Jesień nad morzem. Czy można piękniej spędzić czas z psem?


Polskie morze poza sezonem to zupełnie wyjątkowe miejsce. O ile w lipcu i sierpniu pogoda tutaj jest mocno „nie do przewidzenia”, o tyle we wrześniu czy październiku można z dużym prawdopodobieństwem postawić na sztormiaki zamiast kremu z filtrem UV i ciepłe szale zamiast pareo.

Jesienią nad polskim morzem nie ma wózków z kukurydzą, obnośnych sprzedawców ręczników i strzelnic z maskotkami. Gdzieniegdzie unosi się jeszcze zapach gofrów, a na nielicznych straganach można kupić magnesy na lodówkę i peleryny. I mimo wszystko – a może właśnie dlatego – nadal jest tu sporo turystów. A wśród nich sporo turystów z psami.

Zabrania się zabraniać

Wczesną jesienią nad polskim morzem prawie się nie plażuje. Znika nagle podział na plaże dla psów i takie, na które psy nie mają wstępu. W deszczowe, wietrzne poranki, kilometrami – wzdłuż bałtyckiego brzegu – przechadzają się psio-ludzkie drużyny, połączone smyczami lub samym porozumieniem dusz.

Może to tylko kwestia tej mojej ulubionej pory roku w ulubionym miejscu na ziemi, ale nie mogę się oprzeć wrażeniu, że jesienią nad morzem ludzie i psy trochę bardziej sobie wzajemnie ufają. Pewnego ranka minęliśmy z Django pana z prawie-amstaffem i prawie-bokserem. Psy biegały wolno i dopiero na nasz widok wróciły do opiekuna i cierpliwie czekały na zapięcie na smycz. Żadnej histerii, żadnego wołania, żadnego uciekania. Mogę się mylić, ale nie wyglądało to na efekt wytężonego szkolenia. Raczej na spokojną pewność co do tego, że teraz lepiej będzie iść na smyczy.

Dla każdego coś miłego

Ale nie chodzi tylko o „puszczanie luzem”. Chodzi o tę świadomość i wzajemny szacunek wobec własnych ograniczeń i upodobań.

Przemierzamy z Django plażę o różnych porach dnia i widzimy wokół same szczęśliwe psy. Psy goniące mewy, psy uciekające przed falami, psy kopiące doły, psy wwęszające się w wiatr i biegnące  przed siebie, jakby ścigały się z deszczowymi chmurami.

Widzimy psy idące spokojnie na smyczy obok starszych opiekunów i wpatrzone w swoich ludzi, jakby nie było morza, ani piasku, ani mew.

Widzimy psy, które pomagają dzieciom kopać tunele i niszczyć zamki z piasku.

Widzimy psy, które wyczuły w piasku coś, czego żaden człowiek nigdy nie poczuje i zastygły w swej myśliwskiej, węszącej pozie, wzbudzając we mnie zazdrość i wyrzuty sumienia, że nie potrafię tak skupiać się i zachwycać nawet na tym, co wyraźne i namacalne.

Wyższa kultura spacerowania

I to nie jest tak, że mijamy same spokojne, zrównoważone psy. Mijamy też te krzykliwe i zadziorne, ale jakimś cudem nie widujemy zniecierpliwionych, poszarpujących i krzyczących opiekunów. Widujemy ludzi, którzy zdają sobie sprawę z trudnych sytuacji, przed jakimi stają ich psy, i starają się być w tym z nimi.

Jesienią nad morzem nikt się nie śpieszy, nikt nie myśli o pracy i o zakupach. Dzięki temu psy mają cały potrzebny im czas na to, by stać w miejscu i z pozoru nie robić nic ważnego. Nikt nie woła psów, nikt ich nie szarpie, nikt nie strofuje. Rozbawieni opiekunowie zwalniają kroku, przystają przy swoich czworonogach, pozwalają im poczuć każdy zapach na świecie i zostawić wszędzie dokładnie taką liczbę kropel moczu, jaka wyda im się stosowna.

Psa urok

Na jesiennych polskich plażach nie spotykam ludzi, którzy nie lubią psów. Nie wszyscy je mają, nie wszyscy chcą je głaskać, ale wszyscy mijają je z uśmiechem i z ledwie dostrzegalną zazdrością, że nikt z nas – dorosłych ludzi – nie umie już tak okazywać radości z bycia na plaży. Że nie wypada nam biegać bez celu, tarzać się w piasku i przekrzykiwać wzburzone morze.

Ludzie, gońcie wiatr! Tysiące psów nie mogą się mylić!