Nie przesadzajmy, to tylko pies!

Kilka dni temu mój pies zachorował. Spanikowałam – nie pierwszy raz – i spędziłam pół dnia w gabinecie weterynaryjnym, diagnozując go jak opętana, jakby jutro miał lecieć w kosmos i potrzebował zaświadczenia lekarskiego dla NASA. Naturalnie wyniki wyszły tak idealne, że puściliby go w ten kosmos bez skafandra, a ja po raz kolejny uzmysłowiłam sobie, jak bardzo paraliżuje mnie myśl, ze coś mogłoby się stać moim psom.

Jeśli chodzi o ludzi – zawsze miałam do nich szczęście. W przeważającej większości otaczają mnie osoby, które mnie nie oceniają i nie roszczą sobie praw do tego, by krytykować moje życie.

Szczęściara

Jakoś tak się to wszystko ułożyło, że spora część ludzi, z którymi przebywam, szczerze lubi moje psy i z całkowitym zrozumieniem podchodzi do mojego hopla na ich punkcie. Moi znajomi znają moją historię, wiedzą, jakim koszmarem jest dla mnie to, że nie mieszkam w tej chwili z Tuwimem i jakim błogosławieństwem jest to, że mam w życiu Djanga, psa, który był ze mną w najczarniejszych momentach życia. Ci ludzie codziennie pozwalają mi być sobą i cieszyć się życiem, które wiodę.

Jednak, jak to zwykle bywa, oprócz tych stałych filarów w moim życiu, na co dzień spotykam też całe mnóstwo innych osób – bardziej lub mniej mi znanych, a czasem zupełnie obcych. I te osoby naturalnie nie mają obowiązku rozumieć tego, co dla moich bliskich jest takie oczywiste.

Ja nigdy!

Dlatego mimo błogosławieństwa, jakim są moi wyrozumiali znajomi i przyjaciele – i tak ciągle dokładam starań, by utrzymywać zwodniczy wizerunek osoby rozsądnej i zdrowej na umyśle. Codziennie próbuję trzymać w karbach to moje psie życie i usilnie szukać równowagi między tym, co ludzkie, a tym, co zwierzęce.

Żeby nikomu nie podpaść, nie nazywam moich psów swoimi synami i nie mówię o sobie, jako ich „mamie”. Nie wieszam na ścianie tych popularnych tabliczek z dosadnymi napisami w stylu: „W tym domu dorzucamy sierść do kawy i zupy” albo „Jeśli nie tolerujesz bąków mojego psa – zostań za drzwiami”. Nie popadam w kredyty konsumenckie, kupując dla Tuwima i Django wypasione posłania czy interaktywne zabawki dla zwierząt. Z różnym skutkiem staram się nie narzucać z opowieściami o ich postępach i moich małych sukcesach wychowawczych.

No, może czasem…

Kiedy jednak już opowiadam o udanej sesji treningowej, o spacerze, na którym Tuwim nie awanturował się na widok psów, o niespodziewanej i nieprowokowanej atencji, jaką uraczył mnie Django – zawsze staram się to delikatnie wykpić, subtelnie obśmiać moją ekscytację. Ironizuję, że się cieszę, jak zbyt ambitna matka przejęta stopniami swojego dziecka, że najwyraźniej nie mam w życiu większych problemów, albo że chyba faktycznie mam za dużo wolnego czasu.

Codziennie łapię się na tym, że trzymam się na baczności z tą moją psią miłością, że stale czuję się w obowiązku udowadniać swoim zachowaniem, że mam prawidłowo ustawioną hierarchę, że wiem, jak powinno wyglądać „prawdziwe życie”, że nie mylą mi się priorytety.

Keep calm

I kiedy jeden z moich psów zachoruje, to podczas gdy połowę energii przeznaczam na zachowanie trzeźwego umysłu oraz walkę z chorobą i paraliżującym strachem, to równocześnie zdaję sobie sprawę, że drugą jej połowę powinnam zużyć na to, by zachowywać właściwe proporcje, nie panikować i nie nakręcać się myślą, jak bardzo przeraża mnie choroba zwierzęcia. Bo przecież na świecie codziennie zdarzają się miliony gorszych rzeczy, niż choroba zwierzęcia.

Inny punkt widzenia

Kiedy umiera bliski nam człowiek, ludzie dookoła podejmują niezręczne próby ulżenia nam w smutku. Te działania – skądinąd podejmowane w dobrej wierze i ze szlachetnych pobudek – są z góry skazane na niepowodzenie, bo bazują na absurdalnym i nieprawdziwym przekonaniu, że w każdej tragedii, w każdej śmierci da się znaleźć jakieś „całe szczęście”.

Całe szczęście, że nie cierpiał.

Całe szczęście, że nie była wtedy sama.

Całe szczęście, że zdążyliście się pogodzić.

Całe szczęście że nie wiedział, że to koniec.

I choć pozornie to wszystko jest ważne i prawdziwe, to rzecz w tym, że dla kogoś, kto stracił bliską osobę – nie istnieją żadne, nawet najmniejsze powody, by odczuwać radość i wdzięczność czy poszukiwać pozytywnych aspektów sytuacji.

A może nie taki inny ten punkt widzenia?

Według mnie to jest to miejsce, to jest ten moment, w którym psia i ludzka tragedia mają wspólny mianownik. Bo kiedy umiera pies, to to nie jest „tylko pies”. To nie jest „na szczęście nie człowiek”. Nie „kupi się nowego w zamian”, nie „będzie się miało więcej czasu, bo w końcu pies to obowiązek”. To nie „będzie nauczka, żeby już nie mieć zwierząt, bo krótko żyją i potem jest smutno” (serio usłyszałam ostatnio od pewnej dziewczyny, że gdy umarł jej królik, ktoś jej poradził, by potraktowała to jako trening w „nieprzywiązywaniu się”).

Epilog

Centrum mojego wszechświata są psy. Mimo tego mogę codziennie brać poprawkę na to, że prawdziwa, podstawowa relacja to ta między ludźmi, a nie między człowiekiem i zwierzęciem. Mogę w rozmowie z innymi ironizować i wyśmiewać samą siebie za to, jak bardzo straciłam serce dla moich psów.

Ale ponieważ na co dzień i od święta moja miłość do psów musi być siłą rzeczy uczuciem wtórnym do miłości międzyludzkiej, umówmy się, że mój strach o ich życie i zdrowie będzie jak najbardziej pierwotny.