O psie, który pokonał demony

Tak już jest na świecie, a przynajmniej w Polsce, że jak człowiek ma powiedzieć, co mu nie wychodzi, albo w czym jest kiepski, to mógłby gadać, gadać i się nie zamykać. Ale kiedy coś się udaje, to, po pierwsze, nie wypada się chwalić, po drugie - lepiej nie zapeszać, a po trzecie - może tylko się nam wydaje, że jest się czym szczycić. Ale uwaga: dziś mam się czym pochwalić i nie zawaham się tego zrobić.

Po kilku tygodniach wymówek, przyczajek i zwlekania – w końcu coś Wam opowiem. Bo to nie ja osiągnęłam sukces, tylko mój pies. I ponieważ z taką łatwością przychodzi mi pisanie o jego słabościach, to byłabym nie w porządku, gdybym o tym sukcesie nie napisała.

Uwierzcie na słowo

Wiem, że nie znajdę słów, żeby w pełni oddać to, co dokonało się w ciągu kilku ostatnich tygodni. Żeby to zrozumieć – trzeba było towarzyszyć mi i Tuwimowi na każdym spacerze w ciągu ostatnich trzech lat.

Trzeba było bać się zbliżających psów, kiedy trzyma się na smyczy 78 kilo nadpobudliwego psa. Trzeba było szarpać się z molosem, który staje na tylnych łapach tak, że przewyższa wszystkich przechodniów. Trzeba było próbować opanować psa, który ujada najniższym z basów tak głośno, że nie ma szans, by dotarły do niego nasze słowa. Trzeba było prowadzić na smyczy psa, który jest tak niepewny, że traci chęć na najlepsze smakołyki, kiedy tylko w zasięgu jego wzroku pojawia się inny pies.

I to wszystko tylko wtedy, kiedy jest na smyczy. Czyli przez większość spacerów. Bo bez smyczy, w domu, czy w jakiejkolwiek innej sytuacji Tuwim jest cichy i pokorny. No może nie jest cichy i pokorny, ale jest w porządku.

I kompletnie nie wiem, dlaczego stale używam czasu teraźniejszego. Bo prawda jest taka, że Tuwim wreszcie dochodzi do ładu ze swoim pieniactwem smyczowym i posyła je w przeszłość. Nie, źle to ujęłam. Tuwim z politowaniem patrzy na swoje pieniactwo smyczowe, cedzi przez zęby: „Hasta la vista baby” i, mrużąc oczy, naciska spust.

Nici z fejmu

Fajnie i edukacyjnie byłoby teraz napisać, że nasz sukces to składowa małych postępów, osiąganych na drodze ciężkiej, acz systematycznej pracy. Że dzięki uporowi i niezłomności, która przyświecała nam przez lata, doszliśmy do tych zadziwiających efektów, które obserwujemy w coraz większym natężeniu za każdym razem, kiedy wychodzimy na spacer. Brzmiałoby to profesjonalnie, a mój blog stałby się wreszcie rzeczowym kompendium wiedzy na temat pracy z psem oraz inspiracją dla osób zmagających się z podobnymi problemami.

Rzecz jednak w tym, że nie było jednostajnej, przynoszącej wymierne korzyści pracy. Było miotanie się, szukanie porad, niedowierzanie im, czytanie poradników, wyrzucanie ich do kosza i powracające przekonanie, że to wszystko na nic, że nic nie skutkuje, że widocznie nasz przypadek jest unikalny i jeszcze nikt nie znalazł rozwiązania takiego problemu.

Nasz sukces nie przyszedł drogą regularnych mikro-postępów. Pojawił się on nagle, niespodzianie, w ciągu jednego wczesnowiosennego tygodnia. Po prostu pewnego razu w końcu przyszło olśnienie, coś wreszcie zaskoczyło, a kulki w mózgu się „zetknęły”. I to wcale nie w mózgu mojego psa, tylko moim.

Niedowiarek

Na przestrzeni lat pracy z Tuwimem w różnych miejscach i u różnych ludzi szukałam porad. Pytałam  trenerów, behawiorystów, czytałam poradniki, oglądałam programy. Propozycji było milion, ale najczęściej pojawiało się jedno zalecenie: w przypadku problemu z zachowaniem przez mojego psa spokoju na smyczy, kiedy mija nas inny pies – powinnam zejść na bok, starając się jak najbardziej zwiększyć dystans, posadzić mojego psa i nagradzać jego spokój smakołykami.

Po pierwsze primo: jak mam zaciągnąć na trawnik psa, który waży więcej ode mnie, szarpie się jak narowisty ogier i wygląda, jakby chciał dopaść przysłowiowego yorka i uczynić mu z ogona jesień średniowiecza? Jak mam kazać mu usiąść, kiedy w napadzie szału on mnie w ogóle nie kojarzy z twarzy, nie mówiąc o tym, żeby brał pod uwagę słuchanie moich poleceń? Jak mam ładować mu parówki do buzi, żeby osłodzić widok mijającego nas psa, podczas gdy łaknienie i procesy trawienne są w tym momencie na szarym końcu potrzeb jego nabuzowanego organizmu?

Niby milion wątpliwości, ale wszystkie podszyte jednym, podstawowym zastrzeżeniem do całej koncepcji „zejścia na trawę”:  jaki jest sens przedłużać tę nerwową sytuację, sadzając psa i zmuszając do trwania w niej w bezruchu, podczas gdy można w miarę szybko minąć przyczynę nerwów i oddalić się z miejsca zdarzenia, nawet za cenę wyrwanego barku, zepsutej reputacji i napędzając stracha połowie spacerujących osób. I właśnie to podstawowe niedostrzeganie sensu w tej metodzie sprawiało, że wydawała się ona niewykonalna.

Nowa perspektywa

Aż pewnego dnia trafiam na artykuł. Kompletnie niezwiązany z moim problemem. Czytam go z innej okazji, myśląc o innym psie, mając inny cel. Artykuł jest trudny. Mocno specjalistyczny, większości rzeczy do teraz nie rozumiem. Ale nagle eureka! Psa nie da się oduczyć złego zachowania. Da się za to nauczyć go innego zachowania w zamian.

W jednej chwili wszystko staje się jasne: nie chodzi o to, by przeczekać, aż inny pies nas minie. Nie mam sadystycznie zmuszać mojego psa do oglądania mijającego nas powodu, dla którego bierze go cholera. Mam mu pokazać, co innego może zrobić w momencie, gdy znajduje się w skrajnie niekomfortowej sytuacji. Nie chodzi o to, by na widok psa stał się mnichem tybetańskim. Chodzi o to, by wiedział, co może zrobić innego, skoro najwyraźniej jego sposób zawodzi, nie przynosi mu ulgi. Zupełnie jak człowiek, który wpadnie w szpony nałogu i postanawia pokonać go, znajdując inny, mniej szkodliwy nawyk.

Mała wielka zmiana

Od chwili, gdy doznałam tego banalnego olśnienia – wypadki potoczyły się dramatycznie szybko. Nagle okazało się, że stanowcze zabranie Tuwima na trawnik wcale nie nastręcza szczególnych trudności. Z posadzeniem go na tyłek był większy problem, ale im bardziej nieustępliwie kazałam mu zachować spokój, im dosadniej wydawałam komendę „siad”, tym częściej jego kuper lądował na trawie.

I nawet jeśli lądował tylko na sekundę, by za chwilę znowu się poderwać z intencją jatki, to każdy ten mikro-sukces był wstępem do kolejnego, nieco większego. Co mam na myśli, mówiąc skromne o „nieco większym sukcesie”? Ano to, że w tej chwili Tuwim w większości przypadków potrafi bez problemu przeczekać defiladę psów. Nie twierdzę, że siedzi wyluzowany jak Bob Marley. Owszem – czoło ma zmarszczone, uszy postawione i próbuje spoglądać zza mnie na czworonożną przyczynę swego obniżonego nastroju. Ale na bloga! Nikt, kto porzuca hazard, nie potrafi po tygodniu na pełnym luzie oglądać na żywo wyścigów konnych!

Idzie nowe

Nie popadam w hurraoptymizm. Wiem, że przed nami setki spacerów, kiedy coś pójdzie nie tak. Ale jest kwiecień 2018 roku, a mój pies kozaczy głównie wtedy, gdy inny pies zwraca na niego uwagę. Psy, które zajmują się swoimi sprawami, kompletnie go nie ruszają.

A dziś, kiedy zeszliśmy na widok innego czworonoga na trawę – mój Tuwim usiadł, zanim zdążyłam go o to poprosić. Jednym słowem zmieniło się wiele, poza jednym – nadal zdarza mi się, jak dziś, wracać ze spaceru we łzach. Obecnie jednak mam zupełnie inne powody 😊