O psie, który zjadał śmieci

O psie, który zjadał śmieci

Odwieczna zasada uzyskiwania złych zachowań u psa mówi, że jeśli chcesz, żeby twój pies zaczął je prezentować, powinieneś publicznie pochwalić go za to, że ich nie prezentuje. Przekonałam się o tym na własnej skórze stanowczo zbyt wiele razy, ale najwidoczniej przykrych niespodzianek ciągle mi mało.

Całkiem niedawno zabrałam głos w sprawie pracy z psem, który nie potrafi odmówić sobie kosztowania rarytasów samodzielnie znalezionych w trawie, na ścieżkach, na chodnikach i w gęstych zaroślach.

Psi survival

Z dumą opowiedziałam wówczas o naszej długiej drodze z Django, który zaznał bezdomności i świetnie sobie w niej poradził. Wiem na pewno, że przez jakiś nieokreślony bliżej czas Django błąkał się po świętokrzyskich wsiach, stołując się na polach i w lasach, i racząc się tym, co pod jego łapy podsunęła matka natura lub niewychowany człowiek.

Wyszlifował więc do perfekcji tę swoją umiejętność samodzielnego pozyskiwania pokarmu i po adopcji trudno było mu nagle z dnia na dzień porzucić dotychczasowe nawyki żywieniowe. Pomijam kwestię właściwych rasie, wielodniowych głodówek i szlachetnego podniebienia, które nie zadowoli się byle jaką paszą.

Od zawsze jego „problemy żywieniowe” spędzały mi sen z powiek, bo jak wiadomo – nadmierna troska o niejadka i chęć nadskakiwania mu z coraz większymi pysznościami to przypadłość dwóch rodzajów ludzi: naszych babć i psich właścicieli, którzy kochają za bardzo.

Zamiast szukać powodów – poszukaj sposobów

Tak czy inaczej, zasięgnęłam porady mojej szkoleniowej guru od psów i okazało się, że nie unikniemy z Django tych obrzydliwych śmieciowych przekąsek, jeśli nie zapewnię mu innych form aktywnego zdobywania pożywienia. No i zaczęło się.

Treningi na spacerach, domowe „polowania na parówki”, chowanie karmy w zakamarkach mieszkania i inne atrakcje, które z czasem zaczęły przynosić efekt. Django miał tyle sposobności, by „pracować” na swoje jedzenie, że w końcu stracił zainteresowanie śmieciami, które obiecująco cuchnęły spomiędzy źdźbeł trawy.

Level: ekspert

I w tym właśnie duchu wypowiedziałam się któregoś dnia na temat moich ewidentnych sukcesów wychowawczych, czując się trochę jak specjalista ds. żywienia, goszczący w telewizji śniadaniowej. Chociaż nie było kamer, makijażystki, ani Marcina Prokopa.

A następnego dnia…

Następnego dnia idziemy sobie z Django na spacerek, w sensie on biega luzem, a ja idę (też luzem). Wychodzimy powoli z naszego ulubionego wąwozu na poznańskiej Cytadeli, mamy przed sobą ostatni trawniczek, na którym Django może przebywać bez smyczy i nie narażać Pańci na karę porządkową z tytułu wykroczenia, słońce świeci, ptaki śpiewają (nieprawda, wszystko dzieje się w połowie lutego w Europie Środkowo-Wschodniej, nic nie świeci i nikt nie śpiewa).

Django wbiega beztrosko na trawniczek, zawęsza się, po czym kładzie wygodnie z pyskiem w zasuszonej i zmrożonej trawie, i zaczyna ruszać szczękami. W pierwszej chwili myślę, że na finał spaceru postanowił poskubać sobie patyczek, ale przypominam sobie, że patyczki nie są okrągłe, miękkie i nie mają wyglądu starej bułki.

Polska język – trudna język

Mówię więc „zostaw”, mówię „fe”, mówię „wypluj”. Niestety w tej konkretnej chwili Django nie mówi już po polsku. Nie mówi ani nie rozumie. Język polski należy do grupy języków zachodniosłowiańskich, z racji czego jest jednym z najtrudniejszych na świecie. Wszystko przez deklinacje, formy osobowe czasownika i trudne głoski typu „sz” i „cz”.

I mimo że słowa „zostaw”, „fe” i „wypluj” nie zawierają „sz” i „cz”, to Django nie rozumie, co do niego mówię. Nie rozumie, nie słyszy, nie reaguje.

Chociaż nie – szybko okazuje się, że słyszy i reaguje, bo im głośniej powtarzam „nie!”, tym szybciej Django łapie bułę i spiernicza z nią kilka metrów dalej. Całe szkolenie na nic. Jak krew w piach.

Zaczynam obmyślanie strategii, ale dociera do mnie, że każda sekunda spędzona na kontemplacji daje mojemu psu dodatkowy czas na konsumpcję. Postanawiam działać szybko i dokonać aktywnego przeglądu technik.

Na szakala

Najpierw pochylam się konspiracyjnie do przodu i zaczynam niepostrzeżenie skradać się do gałgana. Django przygląda mi się z politowaniem, przez chwilę wydaje się nawet rozbawiony, po czym chwyta bułkę i przesiada się dwa rzędy dalej.

Jak w końcu zauważam – jesteśmy na otwartej łące, jest luty, trawa sięga mi maksymalnie do podeszw. Nie ma szans na porządną przyczajkę.

Na antylopę

Dociera do mnie, że jest tylko jeden sposób, by przerwać tę nikczemną degustację – muszę być szybsza niż on. Kucam w blokach startowych, w głowie odtwarzam strzał startera i ruszam zajęczymi podskokami. Zajęczymi, z tym, że w spodniach narciarskich i śniegowcach, po zmrożonej trawa, która chrupie jak zgniatane skorupki od jajek.

Django bez pośpiechu chwyta bułkę i odchodzi w spokojniejsze miejsce.

Na desperata

W końcu pojawia się nowa myśl: „Potrzebuję kija, muszę znaleźć długi kij”. Podejdę tak blisko, jak tylko się da i kijem wytrącę mu tę bułkę z pyska.

Ale co, jeśli on to źle zrozumie? Co, jeśli pomyśli, że ja tego kija chcę użyć w innym celu? Co, jeśli był kiedyś bity kijem, przypomni sobie o tym i pomyśli, że trafił z deszczu pod rynnę? Że te dwa spokojne lata miały tylko uśpić jego czujność, a tak naprawdę znowu trafił na degenerata? Co, jeśli tą jedną decyzją zniweczę długie miesiące przekonywania go, że życie jest ekstra?

Na „wyuczoną bezradność”

Stoję więc bezczynnie, obserwuję, jak mój pies z apetytem pałaszuje znalezisko i wiem, że nigdy, nawet z saszetką pełną parówek, z ciągłą gotowością do treningu i z głową pełną pomysłów na zabawy związane z pożywieniem, nie będę dla niego tak atrakcyjna, jak ten zgniły kawałek pieczywa.

Choć po tym smutnym odkryciu przez chwilę bawię się myślą, czy można na spacery zabierać siatkę starych bułek, już wiem, że pozostaje mi tylko modlić się o łaskawość psich jelit. I o to, że jeśli postanowią zastrajkować – nie wydarzy się to o piątej nad ranem, która to późna, a jednocześnie wczesna pora nie daje szans na porządne odespanie zimowego spaceru.

Bardzo. Dobrze. Wychowany. Pies.

Podsumowując – moje uprzejme prośby, złowrogie groźby, obietnice nagród i ciskane pod nosem przekleństwa muszą być dla Django równie przyjemnym akompaniamentem do konsumpcji, jak dla bywalców dobrych lokali łagodne dźwięki bossa novy wygrywanej przez utalentowanego pianistę na fortepianie marki Steinway&Sons.

Django przełyka ostatni kęs, starannie odkłada sztućce pod odpowiednim kątem, wyjmuje serwetkę zza obroży, wyciera nią kąciki ust i spokojnym krokiem zmierza do mnie z życzliwym wyrazem pyska, jakby chciał zapytać: „wołałaś mnie?”.

Najtrudniejsze przed nami

I to jest dla właściciela ten kluczowy moment w pracy z psem. To jest ta chwila, kiedy decydują się losy waszej relacji. Bo kiedy pies podchodzi do ciebie, to bez względu na to, co się wcześniej wydarzyło – nieważne, czy uciekał, gonił ptaki, nie wracał na przywołanie, czy jadł spleśniałą bułkę, powinieneś nade wszystko ucieszyć się na jego widok i nagrodzić ten spektakularny przejaw dobrej woli.

Nawet jeśli jedyne, na co masz w tej chwili ochotę, to chwycić go za ogon i kręcić nim nad głową tak długo, aż „odłoży” na trawnik wszystko, co przed chwilą zeżarł.

Tylko spokój może nas uratować

Zatem – niech tak będzie. Django zbliża się do mnie, a ja nie jestem zła. Jestem pogodna. Jestem dobroduszna. Jestem Dalajlamą w trakcie sesji jogi, tuż po wyrzucie endorfin za sprawą spożycia opakowania czerwonych lindorów. Widzę, jak Django niespiesznie podchodzi i uśmiecham się do niego szczerze i uroczyście.

Uśmiecham się jak ekspedientka w drogim butiku na mój widok, która już od mojego wejścia wie, że nie ma ubrań w moim rozmiarze ani na moją kieszeń, więc z życzliwością najlepszej przyjaciółki odsyła mnie do działu z akcesoriami, gdzie może zaproponować mi piękną kolekcję kolczyków z metali nieszlachetnych.

Aktorka ze spalonego teatru

Zapinam smycz i wracamy do domu. Trzymam tę jego smycz z obrzydzeniem, jakbym mogła się zarazić chęcią zjadania śmieci z trawy. Idę sprężystym krokiem, mam wyprostowane plecy, wysoko uniesioną głowę, ale wyraz twarzy mam życzliwy i w ogóle jestem pozytywnie nastawiona do wszystkiego, więc Django nie ma powodu, by odczuwać z mojej strony chłód i dystans.

Happy end

Ale chyba jednak odczuwa, bo potem wchodzimy do mieszkania, a Django staje obok mnie i nosem dotyka mojej piszczeli, co w jego świecie jest równoznaczne z wskoczeniem na moje kolana i lizaniem mnie po twarzy. I wtedy naprawdę czuję te endorfiny. I miłość. I myślę sobie, że pewnie zjadł to świństwo, bo chciał dać odczuć starej, porzuconej bułce, że jest potrzebna i wartościowa. Bo sam kiedyś myślał o sobie, że nie jest.

Autor: Jak żyć z psem, by nie zwariował
Chcesz dać głos i ocenić?
Dołącz do naszego stada – zarejestruj się!
Ocena użytkowników
Przeczytaj także