Powrót do przeszłości

Równo rok temu na moim prywatnym koncie facebookowym odtrąbiłam sukces. Napisałam wtedy, że z moich doświadczeń wynika, iż "adopcja psa przypomina trochę realizację projektu z jasno określonym celem i prowadzącymi do niego kolejnymi etapami - kamieniami milowymi. Ich osiąganie daje nam poczucie, że posuwamy się naprzód, że zbliżamy się do celu".

Wymieniłam trochę tych naszych – moich i Djanga – cenzur: pierwsza noc, którą zdecydował się spędzić w domu, a nie w ogrodzie, pierwszy dzień, kiedy nie kłapnął na mnie zębami, pierwsza odruchowa pogoń za piłką, itd. A potem opisałam to, co wydarzyło się tamtego dnia – że Django leżał sobie wyluzowany i prawie śpiący, gdy zaczęłam do niego mówić. Na to on – nadal leżąc w bezruchu – zaczął odruchowo i bez opamiętania machać ogonem, jak każdy wesoły i niestraumatyzowany pies na świecie. To był jego pierwszy raz, więc w przypływie radości publicznie – z całą odpowiedzialnością – obwieściłam, że nie czekam na nic więcej. Że przestaję liczyć kamienie milowe, bo nasz proces adopcyjny zakończył się sukcesem, a Django nie jest już psem ze schroniska.

Och, jak mało wtedy wiedziałam! A najmniej o tym, że cokolwiek nie zrobię, ilu sukcesów nie osiągnę i ilekolwiek czasu nie poświęcę – Django nigdy nie przestanie być psem ze schroniska.

Zwykły wtorek

Siedzę z moim psem, bo czasem jest to po prostu najlepsze wyjście na świecie. Coś tam do niego mówię, on coś tam słyszy, ale bardziej zajmuje go wyciąganie spod ławy zbłąkanego smaczka. Wstaję więc i podnoszę ławę, bo w końcu po to Bóg stworzył człowieka, żeby podnosił psu meble. Django nurkuje pod ławę i dokonuje pospiesznej konsumpcji zguby. Wbrew moim oczekiwaniom – nie wyłania się jednak od razu spod stolika, tylko tkwi tam w najlepsze, jakby zamierzał urządzić się tam i zostać na zawsze, więc właśnie przegląda katalog Ikei w poszukiwaniu jakiejś serii mebli, która w nazwie ma same spółgłoski.

Trochę ze strachu, że ława wysmyknie mi się z rąk, a trochę z poczucia, że nie będzie ze mnie husky robił Pudziana, mówię do niego w końcu:

– No dalej, Djanguś, wyłaź spod tego stołu!

Django posłusznie zrywa się na równe łapy i oczywiście dzieje się coś całkowicie do przewidzenia – mój pies uderza się głową o blat ławy.

A potem wszystko toczy się błyskawicznie

Django zaczyna skakać to w lewo, to w prawo, obracać się wokół własnej osi, siadać, wstawać i robić w kilka sekund milion całkowicie dziwacznych ruchów.

Stawiam ławę kompletnie wygłupiona i ruszam w stronę mojego psa, żeby sprawdzić, co się dzieje. Przez te kilka chwil mam w głowie gonitwę myśli, że może rozbił sobie głowę o tę cholerną ławę albo dostał jakiegoś ataku padaczki. Podchodzę bliżej i nagle dociera do mnie, że mój pies nie rozbił głowy i nie ma padaczki, tylko jest w totalnej panice. Mija kolejna chwila, zanim mój otępiały mózg w końcu wyda nogom polecenie, by stanęły w miejscu, zamiast nacierać na to biedne zwierzę, ale jest za późno – mój przerażony pies pada na ziemię, przywiera do niej całym ciałem i przymyka oczy, czekając na kolejny cios.

Ziemia usuwa mi się spod nóg

Mój pies, adoptowany trzy lata temu husky o imieniu Django, ten najwspanialszy, idealny, niekłopotliwy, cierpliwy, nienarzucający się zwierzak, zrównoważony kompan dla nieogarniętych psich kumpli, ulubieniec osiedlowych dzieci, idol ludzi, którzy twierdzą, że nie lubią psów, najlepsza rzecz, jaka mnie w życiu spotkała i obiekt mojej bezwarunkowej miłości – ten właśnie pies pomyślał, że uderzyłam go z premedytacją w głowę. I że zbliżam się do niego, by dalej go bić.

A więc to tak boli złamane serce?

Nie mogę nic zrobić. Nie mogę usiąść i na spokojnie z nim porozmawiać. Nie mogę mu przysiąc, że się myli. Niczego mu nie wytłumaczę i do niczego go nie przekonam. Zostawiam go w spokoju, nie podchodzę, nie przytulam, nie głaszczę. Widzę, jak z ulgą podnosi się i chowa między krzesłami. I tam zostaje.

Dwa dni

Dokładnie tyle czasu Django do mnie nie podchodzi z własnej inicjatywy.

Czasem w nocy budzę się, czując na sobie jego wzrok. Otwieram oczy i rzeczywiście tam jest – stoi przy łóżku i patrzy na mnie. Kiedy zaczynam do niego mówić i wyciągam rękę – Django odsuwa się i wraca na swoje posłanie. Mam wrażenie, że próbuje zrozumieć, co się stało – czy to ten poprzedni właściciel powrócił ze swoimi ciężkimi łapskami i brakiem mózgu? Czy to ta nowa wreszcie zdjęła maskę i pokazała, na co ją stać w kwestii bicia psów.

W ciągu dnia Django wcale nie inicjuje kontaktu. Owszem, zbliża się, gdy pora na spacer, daje sobie zapiąć smycz. Ale nie je, nie daje się karmić z ręki, nie przychodzi po głaski.

Dom zły

Jestem nielubianym sublokatorem. Jestem złem koniecznym. Jestem zaplanowaną wizytą u dentysty i sobotnimi porządkami. Łykam łzy, patrząc, jak kilka razy dziennie Django staje w kącie tyłem do mnie i zapada w letarg. Wtedy przypominam sobie nasze początki. Jego nieufność, kłapnięcia zębami, trzymanie się na dystans. Niby podejrzewałam, że musiało go spotkać coś złego, ale dopiero dziś mam pewność, że był bity. Nie mieści mi się to w głowie.

Jaki mechanizm może uruchomić w człowieku agresję w stosunku do bezbronnego stworzenia? Czym taki bezproblemowy, miły pies może zdenerwować kogoś na tyle, by zasłużyć na lanie? Patrzę na Django, który zastygł w bezruchu w kącie i dociera do mnie, że to, co błędnie interpretowałam kiedyś jako wyłączenia i epizody padaczki, to w rzeczywistości wyuczona bezradność na przemoc, której mój pies doświadczał i której wciąż się boi.

Przełom

Trzeciego dnia Django w końcu daje się pogłaskać. Zanim moja ręka dotknie jego sierści – mój pies trzy razy odchyli głowę i przybliży ją z powrotem. Wszystko dzieje się tak powoli, że muszę mocno trzymać na wodzy moje dobre chęci i mój pomysł na przełamanie tego impasu. Wiem, że trzeba zaufać Djangowi, pozwolić mu zrobić wszystko w swoim tempie. Tylko raz próbuję rozbawić go znienacka, jak za dawnych dobrych czasów, ale jedno spojrzenie w oczy mojego psa i wiem, że jego strach to nie jest coś, z czym poradzimy sobie od ręki.

Będziemy z Django pracować powoli i na jego zasadach. Będziemy znowu robić małe kroczki i notować je na blogu, by mieć z czego być dumnym. Czasem będziemy robić skok w przód, a czasem będziemy stać w miejscu. Pewnie nie raz zrobimy fałszywy ruch i cofniemy się z jakimś kawałkiem wykonanej pracy. Może szybko wrócimy do tego stanu, który mieliśmy miesiąc temu, a może już nigdy tam nie dotrzemy. Będziemy bardziej uważać na dzieci z sąsiedztwa i będziemy omijać Djangowe pola minowe.

Nie będzie delikatnego przesuwania zadu psa, który stoi w przejściu, nie będzie bezmyślnych, gwałtownych podejść i miliona innych normalnych rzeczy, które robi się przy innych psach. Będzie zwracanie uwagi na to, czy życzy sobie dotyku i czy jest na niego przygotowany. A mój pies jak zwykle będzie wart każdej z tych rzeczy, bo to po prostu najlepszy pies, jaki mógł mi się trafić.

Jedno pytanie

I niby to wszystko jest dla mnie jasne jak słońce, ale jedna rzecz nie daje mi spokoju. O jedną rzecz chcę go zapytać, nawet jeśli nigdy nie będzie mi w stanie odpowiedzieć. Siadam więc w sporej odległości, tak by zapewnić mu komfort i poczucie bezpieczeństwa. Odwracam się bokiem do niego, by nie czuł na sobie mojego wzroku i nie traktował całej sytuacji jak wyzwania. Zaczynam mówić cichym i spokojnym tonem, by nie pomyślał, że dostaje reprymendę. Mówię mu, że zrobię, co w mojej mocy, by znów mi zaufał. Że nie będę go popędzać ani wymagać za dużo. Że będę go uprzedzać, zanim go dotknę i będę bronić przed dotykiem innych osób.

A potem pytam: „Czy jest szansa, że kiedykolwiek to, co działo się kiedyś w twoim życiu, stanie się mniej ważne niż to, co jest teraz? Czy nadejdzie dzień, gdy twoimi najważniejszymi doświadczeniami będą te, które zdobywasz ze mną, a z nie tamtym zwyrodnialcem? Czy będziesz w stanie zapomnieć o tamtych dniach, miesiącach, lub latach? Czy pewnego dnia uznasz, że masz to za sobą? Za moment odwrócę się w twoją stronę i spojrzę ci w oczy, tylko na sekundę. A ty daj mi jakiś znak, że jest szansa, by tak się stało. By to, co jest teraz, było ważniejsze niż to, co było kiedyś”.

Odwracam się zgodnie z obietnicą bardzo powoli i spoglądam w oczy mojego psa. I ten jeden, jedyny raz nie mam najmniejszych wątpliwości, co usiłuje on powiedzieć. Mój piękny, skrzywdzony pies patrzy mi w oczy, a jego spojrzenie wyraźnie mówi: „Zjadłbym parówkę”.