Ale to kosztuje

Słucham? Ale to kosztuje?!

Dla wielu właścicieli psów posiadanie pupila w domu to rzecz normalna. Zupełnie jak komoda w sypialni, coś zupełnie oczywistego.

Na wsi jest podobnie. Dom bez psa na podwórku (a najlepiej kilku psów) to tak jakby niedokończony obraz.

Posiadanie zwierzęcia to według wielu osób obowiązek. Moim zdaniem jest to przywilej, a nawet pewien luksus.

Czy to kosztuje?

Odebrałam niezliczone ilości telefonów, kiedy to potencjalni klienci próbowali przeprowadzić wizytę bez wizyty. Co to znaczy? Podam przykład.

– Dzień dobry. Pani doktor, mam takiego chorego psa.
– Dzień dobry. Co się dzieje?
– No od kilku dni on się gorzej czuje. Nie chce wstawać ani jeść.
– Dobrze, w takim razie zapraszam do gabinetu, musimy przeprowadzić badania i zacząć diagnostykę.
– No ale co mu może być?
– Niestety nie wiem, nie umiem postawić diagnozy na odległość.
– Może mu coś dam? Jeszcze oko mu ropieje. Mogę przemyć herbatą?
– Droga pani. Muszę zbadać psa, zanim zalecę jakieś leczenie. Zapraszam do gabinetu.
– A ile to będzie kosztowało?

No i o to najczęściej się rozchodzi. „Ile to kosztuje?”, albo, idąc dalej: „To coś kosztuje?! A kiedyś szczepienia były za darmo!”.

Może i były. Ja takich czasów nie pamiętam. Obecnie przychodnie weterynaryjne są usługami prywatnymi, a za takie się płaci. Nie wyobrażam sobie podobnego pytania czy zdziwienia pacjenta, który udaje się np. na USG do prywatnej przychodni, a nie takiej, gdzie płaci NFZ. I nie jest to brak empatii, brak serca. Lekarze weterynarii wykonują taki sam zawód jak hydraulik czy właściciel sklepu. Poza powołaniem to także nasza praca i sposób na zarabianie pieniędzy.

Dzień dobry, poproszę tabletkę na odrobaczenie

Częsty klient przychodni. Wpada i wypada.
– Proszę bardzo, poproszę X złotych.
– Ojej! Mam płacić?
Jakoś nie wyobrażam sobie pójścia do apteki (bo w tym wypadku usługa jest do złudzenia podobna do tej aptecznej) i dziwienia się, że mam zapłacić, np. za lek przeciwbólowy.

To jest bezdomny pies. Nie będę za niego płacić!

Innym rodzajem zdziwionego klienta są ci, którzy przygarniają zwierzę z ulicy. Nieważne, czy mieszka u nich jeden dzień, miesiąc czy kilka lat. Gdy decydujemy się przygarnąć psa, bierzemy za niego odpowiedzialność.

Odpowiedzialność, czyli także gotowość do zapewnienia psu komfortu życia, pełnej miski jedzenia, a także opieki medycznej. To wszystko spoczywa na naszych barkach i w naszym portfelu.

Za psa z ulicy nie muszę płacić

Zdarzają się ludzie, którzy uważają, że jak wzięli psa z ulicy, to nie muszą za niego płacić.

– Dzień dobry. Mam psa i on jest chory, ma pchły i kleszcze, i jakoś tak się drapie po uszach.
– W takim razie zapraszam do gabinetu, zbadamy i wdrożymy leczenie.
– To kosztuje?
– Tak, proszę pani, kosztuje. Leki i badania są płatne.
– Ale to bezdomny pies! Czemu mam za niego płacić?
– Mówiła pani, że to pani zwierzę.
– No tak, ale wzięłam go 6 lat temu z ulicy, on jest bezdomny!

Żeby było tanio i szybko pomogło

Kilka dni temu trafił do mnie kilkumiesięczny szczeniak. Jakiś czas temu wraz ze swoją siostrą przybłąkał się na posesję do pewnych ludzi. Nowych właścicieli zaniepokoiło dziwne zachowanie psa. Nie chciał się bawić, nie jadł, ogólnie był osowiały.

Pierwsza moja myśl to babeszjoza. Pies był odwodniony i z gorączką. Przeprowadziłam badania w tym kierunku i choroba się nie potwierdziła. Następnego dnia pies czuł się tylko minimalnie lepiej. Opiekunka, lekko zdziwiona i zawiedziona, powiedziała mi wtedy: „Myślałam, że po tych lekach i kroplówce on się poczuje od razu lepiej i będzie biegał”. Owszem, czasem podamy lek i zwierzak jest jak nowy, ale czasem dochodzenie do zdrowia trwa kilka dni albo tygodni. Nie ma magicznego leku, który pomoże na wszystko i od zaraz!

Na moją informację, że potrzebne są badania dodatkowe i musimy ustalić, co się z psem dzieje, usłyszałam: „Ale my tego psa mamy krótko i nie chcielibyśmy za dużo za niego płacić.” Moje zdziwienie było ogromne…

Czasem diagnostyka oparta jest jest na odrzucaniu innych podejrzeń, tu nie było inaczej. Niestety nie udało mi się psa leczyć dalej, bo właściciele odmówili współpracy.

Wzbudzacze poczucia winy

W ostatnim czasie spotkała mnie jeszcze mniej przyjemna sytuacja. Przyszedł wyraźnie zmartwiony pan. Usiadł w gabinecie i zaczął opowiadać o swoim biednym, chorym psie, który nie je od kilku dni, a teraz tylko leży i pije. Kilka lat temu, jak pies chorował, panu pomogła córka, ale teraz nie może, bo jest w ciąży. Pan oczekiwał, że to ja zafunduję leczenie psu. Niestety, mimo szczerych chęci, nie mogę o takich rzeczach decydować. Pracuję u kogoś, nie w swojej firmie. Przekazanie psa fundacji, która mogłaby go wyleczyć, nie wchodziło w grę, bo pan go kocha. On sam nie ma pieniędzy.

Naszym stałym klientom zawsze staramy się iść na rękę i mamy wielu takich, którzy spłacają leczenie w ratach tygodniami. Nie odmawiamy pomocy.

Pan miał wygórowane oczekiwania w stosunku do mojej osoby. Pierwszy raz się u nas pojawił. Gdy nie podjęłam sugestii, że wyleczę mu psa za darmo, obrażony na odchodne rzucił: „No to umrze!”.

Pies to obowiązek! Też finansowy.

Autor: Z życia weterynarza
Chcesz dać głos i ocenić?
Dołącz do naszego stada – zarejestruj się!
Ocena użytkowników
Przeczytaj także