Spacer z psami skrajnościami. Studium porównawcze, część druga

Było już o tym, jak się chodzi na smyczy i jak się chodzi bez smyczy. Dziś skupimy się na tym, jak się biega i jak się załatwia (nomen omen) to, po co ogóle wymyślono spacery. Choć tak naprawdę toaleta – bo o niej mowa – powinna być tylko jednym z elementów spaceru, o czym wie każdy świadomy psiarz!

Bieganie – każdy sposób jest dobry

Każdy, kto widział na własne oczy biegnącego psa rasy pierwotnej wie, że to jeden z najwspanialszych widoków na świecie. Django biega jak postać z pradawnych wierzeń, jak archetyp natury i dzikości. Kiedy patrzę na jego sportową sylwetkę, na ciało układające się podczas skoku w idealny łuk, na sprężyste wybicia, majestatycznie falujący ogon, skupiony wzrok – mam wrażenie, że obraz zaraz zwolni i w tle usłyszę głos Krystyny Czubówny.

Tuwim z kolei biega bardziej jak ja: każda kończyna w inną stronę, wywieszony język i zadyszka po pierwszych kilku metrach. Różnią nas w tym względzie dwie rzeczy: po pierwsze moje uszy trochę mniej fruwają na boki, kiedy biegnę, a po drugie Tuwim mimo wszystko naprawdę lubi biegać. I bez względu na to, jak niezdarnie i pokracznie by nie biegał, kiedy się zatrzymuje – wygląda jak grecki bóg. I tego nie odbierze mu żaden husky syberyjski.

Znaczenie terenu (uprzedzałam, że nie będzie tabu)

Django jest mistrzem w znaczeniu drogi. Nie ma takiego zakrętu, nawrotki, przystanku, którego nie oznaczyłby na spacerze swoim DNA. I nie ma opcji, żeby mu tego DNA nie starczyło na którymś z etapów spaceru. On najwyraźniej dokonuje jakichś niepojętych obliczeń, dzięki którym bez względu na to, jak długi jest spacer i ile razy opróżniał pęcherz – zawsze starczy mu trochę płynu, żeby obsikać wszystko, co konieczne (zawsze kończąc na biednej tui, która rośnie przy naszym bloku).

Ja naprawdę nie mogę pojąć tego fenomenu – jak można nosić to wszystko całą drogę w pęcherzu, biegać truchcikiem, podskakiwać, kłaść się, wstawać, puszczać się sprintem i od czasu do czasu zostawiać to tu, to tam po kropelce. Ja sobie zdaję sprawę, że to jest natura i pewnie też trochę pozostałości po okresie bezdomności i że właśnie dzięki temu wrócił kiedyś do mnie, kiedy raz jedyny zwiał na spacerze tysiąc lat temu, ale serio – gdybym potrafiła tak oszczędzać pieniądze, jak Django oszczędza siki na półtoragodzinnym spacerze – byłabym dziś na okładce Forbesa, a nie na blogu o psach.

Tuwim oczywiście podchodzi do tematu zupełnie inaczej. Wybiega jak sarenka z klatki schodowej, dobiega do pierwszego skweru, na którym nie ma tabliczki z przekreślonym psem i ze stoickim spokojem oddaje się opróżnianiu pęcherza za jednym posiedzeniem. Nie ma najmniejszych szans, żebym mogła pisemnie wytłumaczyć, ile może trwać jego sikanie, nie uwierzylibyście nawet, gdybym wrzuciła tu filmik, oskarżylibyście mnie, że go zapętliłam, czy coś, ale przysięgam – kiedy Tuwim zaczyna sikać, w Australii meteorolodzy odnotowują kwaśne deszcze. Myślę, że przyjdzie dzień, kiedy Rada Miasta oskarży nas o zatrucie ujęcia wody, a wspólnota mieszkaniowa obciąży nas kosztami zakupu nowych aut dla lokatorów, których samochody spłyną z parkingu i będą dryfować po dzielnicy. I to naprawdę nie jest tak, że Tuwim wychodzi na spacer dwa razy dziennie i tak mu się zbiera przez 12 godzin. Jak często byśmy nie wychodzili – każdy spacer zaczynamy od długiego postoju na sikanie.

Nawiasem mówiąc, mam nadzieję, że po tym – dość obrazowym – opisie osoby, które nas znają, przestaną pytać, dlaczego Tuwim, taki dorosły chłopak, nadal nie podnosi tylnej łapy do sikania. Podnieś swoją pod kątem prostym na 4 minuty, a potem oceniaj innych.

Trudna sztuka spacerowania

Jak już wspominałam – z chwilą wyjścia na spacer Django zrywa Wi-Fi. Oczywiście nie zawsze i nie przez 100% czasu, zdarza mu się przecież coraz częściej bawić z innymi psami albo witać z przechodzącymi ludźmi. Najczęściej jednak pochłonięty jest swoimi sprawami, co daje mi wspaniałą możliwość, by również się wyłączyć i oddać nic-nie-myśleniu. Kiedy idziemy sami na wieczorny spacer, w większości przypadków to Django decyduje, gdzie pójdziemy i kiedy wrócimy. Ja po prostu snuję się niespiesznie za nim, nie martwiąc się niczym i chłonąc wieczorną ciszę.

Spacer z Tuwimem z kolei to często taki mały „Blair Witch Project”. Nie, żeby było jakoś bardzo mrocznie i niebezpiecznie, ale Tuwim niestety z lubością uprawia tzw. „pieniactwo smyczowe”. Kiedy jest na smyczy – awanturuje się na widok większości mniejszych od siebie psów (przy jego gabarytach to kryterium rozmiaru nie zawęża specjalnie puli potencjalnych ofiar). Mimo że pracujemy nad tym mozolnie i widać jakieś efekty – na spacerach z Tuwimem nadal trzeba mieć niestety oczy dookoła głowy.

Jest jeszcze jeden powód, dla którego wieczorne spacery z Tuwimem dostarczają nie lada wrażeń. W zasadzie od wczesnych czasów szczenięcych, kiedy wychodzimy po zmroku, Tuwimowi zdarza się ni stąd ni zowąd przystanąć w bezruchu, podkulić ogon i wpatrywać się w pustkę za mną. To znaczy o tym, że Tuwim znowu wpatrywał się w pustkę, przekonuję się dopiero, kiedy w końcu odważę się powoli odwrócić i sprawdzić, na co patrzył. Zanim się jednak odważę, jestem przekonana, że stoi za mną czarna wołga / klaun z piłą tarczową / „Bibuła”, którą straszyli mnie kuzyni / Pan Królak, który jakimś sposobem przekonał się, że ściągałam na maturze z historii.

Prawdopodobnie pewnego dnia po takim jego wyskoku założę z góry, że za mną nic nie ma, a Tuwim drżącym głosem a’la Haley Joel Osment wyszepcze: „I see dead people”. I wtedy ostatecznie skończą się spacery po zmroku.

Podsumowania nie będzie

W tym miejscu miały być wnioski i refleksje, zabawna puenta albo wzruszający komentarz o tym, że każdy pies jest inny i że należy je akceptować takimi, jakie są. Prawdopodobnie pojawiłoby się również jakieś pytanie mające zachęcić czytelników do dyskusji.

Niestety wizja Tuwima, który ludzkim głosem informuje mnie, że jest medium i że duchy naprawdę istnieją sprawiła, że po pierwsze trudno mi jest drżącymi dłońmi trafiać w klawisze, a po drugie nie mogę patrzeć w monitor, kiedy z dużym prawdopodobieństwem ktoś za mną stoi.

Na zakończenie raz jeszcze bez tabu

Z tego miejsca pragnę bardzo serdecznie pozdrowić pierwszego producenta woreczków na psie odchody, który wpadnie na to, żeby dołączać do nich nasączoną gąbeczkę (taką, jakiej używają panie na poczcie). O ile, gdy ma się jednego psa, ślinienie palców by otworzyć pierwszy woreczek na spacerze jest ok, o tyle ślinienie palców, które już raz (albo i więcej), że tak powiem, sprzątały – naprawdę nie wchodzi w grę.