„To był odruch serca, taki impuls”. Czym się kierujemy przy wyborze psa?

fot. Shutterstock

Zbyszek nie kierował się niczym, bo nie miał takiej możliwości - został postawiony przed faktem dokonanym. Diana wybrała - pod wpływem impulsu, tego najbiedniejszego i niechcianego.

Ten artykuł subskrybenci newslettera Psy.pl mogli przeczytać już miesiąc wcześniej. Też miej wcześniejszy dostęp do treści! Zapisz się: www.psy.pl/newsletter.

Każdy z nas ma jakieś oczekiwania, wyobrażenia i wymagania – również względem psa. Poradników, a nawet psychotestów, które mają pomóc podjąć decyzję i wybrać tego odpowiedniego zwierzaka jest mnóstwo. A jak jest w rzeczywistości? Czy na pewno zawsze planujemy powiększenie rodziny o szczekającego i merdającego ogonem towarzysza? Czy może, jak w przypadku Zbyszka, zostajemy postawieni przed faktem dokonanym? A może pies pojawia się w naszym życiu pod wpływem impulsu? W tej sprawie oddaliśmy głos opiekunom psów.

Ania

Mam jednego psa – adopciaka. Czym się kierowałam? Zacznę więc może od początku… Kilka lat temu pogryzł mnie pies. Dotkliwie. Zaatakował mnie, gdy wyszłam z garażu z grabiami. Chciałam zebrać trawę, którą mój mąż skosił. Dwie dorosłe osoby nie mogły go odciągnąć. To cud, że mogę chodzić.

Dlaczego zaatakował? Pewnie poczuł zagrożenie. Nie mogę go przecież za to winić – psy, tak jak i my, też mają emocje. Po tym zdarzeniu bałam się jednak psów. Ich widok napawał mnie lękiem, wręcz paraliżował. Nawet mały york wzbudzał we mnie przerażenie, takie irracjonalne, które trudno opisać. Tak się złożyło, że nie mogę mieć dzieci, a miłość do psów mimo wszystko została. Bardzo chciałam przezwyciężyć ten strach. Dlatego wybór był prosty. Chciałam przyjacielską rasę, najlepiej labradora. No i takiego mam. Prawie. To adopciak, który jest w typie labradora. Jest moim psim dzieciakiem. Pomógł mi pokonać mój lęk – mogę mu zaufać i wiem, że mnie nie ugryzie. Nigdy.

Klaudia

Chyba od zawsze chciałam i psa, i kota. W domu rodzinnym też jest pies. Jest i kot, ale jak to na gospodarstwie – koty są wszystkich i niczyje. Z czasem się to zmieniło – nie u wszystkich, ale u nas tak. Rodzice się przekonali i stały się pełnoetatowymi domownikami. Skończyłam studia, mam dobrą pracę, a przede wszystkim własny dom. Wiedziałam, że mogę sobie pozwolić na zwierzaki, że to jest odpowiedni czas – bo kiedy, jak nie teraz?

Na kota mąż nie wyraził zgody. Mamy więc psa. Ale za to jakiego! Wymarzonego, takiego, którego wygląd imponował mi, odkąd zaczęłam przeglądać listę ras. Żeby nie było – to niejedyne czym się kierowałam przy wyborze psa. Chciałam podejść do tego odpowiedzialnie. Oboje z mężem pracujemy długo. Nie ma nas w domu po 12 godzin dziennie – na szczęście na zmianę. Szukaliśmy więc psa, dla którego dłuższy pobyt samemu nie będzie problemem. Takiego, który nie będzie wymagał aktywności fizycznej – takiego trochę leniuszka.

Zbyszek

Niczym. Zostałem postawiony przed faktem dokonanym. Szczerze tak pani powiem, że w ogóle nie chciałem psa. Pies to obowiązek, wydatek i ogromna odpowiedzialność. Nie byłem na to gotowy. Nigdy też nie miałem psa. Pewnego dnia dziewięcioletnia wówczas córka bez pytania przyniosła takiego małego szczeniaka do domu – od koleżanki, bo jej suczka się oszczeniła. Tak, przyznaję się i to bez bicia – nie chciałem go. Córka jednak mnie zaszantażowała, że jeśli piesek nie zostanie, to ona wyprowadza się z domu. Wyobraża to sobie pani? No właśnie, też nie mogłem uwierzyć własnym uszom.

Co mogłem zrobić? No został pies. I wcale tego nie żałuję. Jest z nami już 9 lat. Tak cieszyć się z mojego powrotu do domu to potrafi chyba tylko on – choć miały, to doskoczy mi prawie do samej głowy, a aż taki niski to ja przecież nie jestem. Nieskromnie tak pani powiem, że chociaż byłem największym przeciwnikiem Gucia, to teraz nie córka – a ja jestem jego największym zwolennikiem. Tak, a wspólne spacery o 5 rano wcale nie są takie straszne. No co ja jeszcze mogę dodać? Moje obawy okazały się na wyrost.

Diana

To był odruch serca, taki impuls. A może intuicja? W każdym razie nigdy nie żałowałam tej decyzji. Przeczytałam to ogłoszenie i wiedziałam, że chcę zaoferować temu psu dom. Co takiego było w tym owczarku, że od razu poruszył moje serce? Poczułam, że muszę mu pomóc. Taki najbiedniejszy i niechciany.

Chciałam zabrać go – a raczej ją – z lecznicy. Chciałam, by miała kogoś i, żeby nie czuła się tam samotnie. Zaczęło się od weekendu, który spędziłyśmy na działce. Weekendu, który, proszę pani, trwa już pięć lat. Nigdy nie miałam do czynienia ani z tą rasą, ani z psami na wózku. Nie miałam żadnego doświadczenia, ale nawet przez chwilę nie zwątpiłam, że dam sobie radę. Wszystkiego się nauczyłam – bo tego chciałam. Choć w sumie, jak tak się zastanawiam, to raczej Mirabelka mnie wszystkiego nauczyła. To moja przyjaciółka. Tak po latach naszła mnie teraz taka myśl, że fajnie jest być młodym i czasami podjąć jakąś decyzję spontanicznie.

Autor: Magdalena Olesińska
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments