Dariusz Jakubowski - Psy.pl - mamy nosa!

Dariusz Jakubowski

Dlaczego przygarnia bezdomne psy?

Rok temu, 1 czerwca, odeszła od nas po 15 latach nasza bokserka Bubulina (zobacz „Mój Pies” nr 3/2008). Dla mojej żony i dla mnie była to wielka rana. Ale uznaliśmy, że musi się ona sama zabliźnić. Pojechaliśmy na pierwsze od lat wakacje bez Bubeńki do Kazimierza Dolnego. I pomyśleliśmy sobie, że ona gdzieś tam z góry pokaże nam, jaką drogą mamy pójść. Chcieliśmy oddać to, czym ona nas obdarzyła. Z takim nastawieniem przetrząsaliśmy internet. I natrafiliśmy na historię bokserki, która w połowie lipca została  znaleziona na Lubelszczyźnie – błąkała się po tamtejszych lasach z dwoma szczeniakami. Trafiła najpierw do przytuliska, a potem do 
fundacji Boksery w Potrzebie. Swoimi maluchami opiekowała się 
nadzwyczajnie – tak je wylizywała, że zyskały przydomki Ślimak i 
Maślak (dziś oba są już w rodzinach adopcyjnych, z którymi mamy 
kontakt). Ponieważ zawsze mieliśmy boksery, postanowiliśmy ją 
przygarnąć. Ważyła 22 kg (dziś 40  kg) i wyglądała jak sto 
nieszczęść.
Nim zabraliśmy ją 1 września do siebie, przebywała w szpitalu na 
obserwacji, a potem w rodzinie zastępczej. Jej ówczesna opiekunka 
była psychoterapeutką i zajmowała się dogoterapią. Bokserka 
została kiedyś zabrana na taki seans i okazało się, że ma w sobie 
pokłady matczynej troskliwości i swoją wielką łapą sama 
przytulała osoby cierpiące na depresję.
Nasze pierwsze spotkanie odbyło się w przyjaznej psom kawiarni w 
Sopocie. Leżała na kanapie, wziąłem ją na kolana, dostała pyszne 
lody i… właściwie wszystko stało się jasne. Mieliśmy z żoną 
poczucie, że ona wie, o co chodzi. Gdy się rozstawaliśmy, by 
następnego dnia wziąć ją już na dobre, w jej pięknych oczach 
widzieliśmy pytanie: „To co, rozstajemy się, nie idziemy razem?”. 
Kiedy przywieźliśmy ją do domu i poszliśmy na spacer, okazało 
się, że nie jest w stanie się załatwić. I tak przez dwa dni. Na 
jedzenie się rzucała. Zaczął się bardzo intensywny rok. 
Poprosiliśmy o pomoc dr Sumińską oraz behawiorystów i uczyliśmy 
się pokazywać jej świat. Bo takiego psa po przejściach nie da się 
włączyć jak telewizora – powiedzieć: już jesteś bezpieczna, 
będzie fajnie. Trzeba na to poświęcić czas.
Ale najpierw było imię. Wydawało się, że ten „stary typ 
boksera” – jak mówi lek. wet Joanna Iracka – wyglądający na 
mocne suczysko aż się prosi o imię brzmiące zgodnie z posturą i  
z  pochodzeniem, np. Greta. Jednak my nie postąpiliśmy schematycznie, 
obserwowaliśmy, kto do nas zawitał, i szukaliśmy dźwięków, na 
które reaguje, aż powiedzieliśmy: „To Dziunia po prostu”, i 
chwyciło.
Zaczęliśmy ją warunkować pozytywnie, każdy napotkany człowiek – 
zwłaszcza ochroniarz w czarnym uniformie, którego się panicznie 
bała – dostawał do ręki ciasteczko z prośbą, by podał je psu. 
To zaprzyjaźnianie dotyczy także dzieci mieszkających w okolicy. Za 
zgodą ich mam maluchy często dwa razy mniejsze od Dziuni podają jej 
przysmaki, a ona potem liże je po rączkach, a nawet po twarzy.
I nie ma się co oburzać: jak mówi dr Sumińska, powinniśmy jak 
najczęściej dawać się lizać zwierzętom, bo skoro jedzą one 
różne świństwa i są zdrowe, to w ich ślinie muszą być  
doskonałe dezynfekatory.
Musieliśmy Dziunię wysterylizować. Prawdopodobnie była 
wykorzystywana w pseudohodowli (miała wyciągnięte sutki). Po zabiegu 
przeprowadzonym przez naszego charyzmatycznego weterynarza, dr. 
Kołodziejskiego, okazało się, że jajniki miała w tak złym stanie, 
iż groziła jej ciężka choroba.
Przez ten rok nie obyło się bez przygód. Ponieważ dla mnie 19, 
kiedy kurtyna idzie w górę, to środek dnia, więc często chodzimy 
na spacery w nocy. Ma to swoje dobre strony, bo napotykamy mniej 
zagrożeń. Ale nie zawsze się to sprawdza. Kiedyś Dziunia wybiegła 
spod skarpy wiślanej w towarzystwie dzika. Ponieważ musiała sobie 
radzić w życiu, więc jest dość niezależna. I tu też była gotowa 
się nie poddawać, ale dzik ją olał i poszedł w siną dal. Dziunia 
uznała jednak, że skoro on ucieka, to trzeba go gonić. Tak się 
przez chwilę próbowali, a ja się zastanawiałem, czy już wchodzić 
na drzewo. Wszystko skończyło się jednak happy endem.
Kiedy spacerujemy za dnia, Dziunia bawi się z okolicznymi psami. Do 
jej największych przyjaciół należy pies potrącony autem przez 
pewnego człowieka, a potem przez niego przygarnięty – jakby 
zwierzaki po przejściach się wyczuwały.
Dziś Dziunia w niczym nie przypomina tego wychudzonego przerażonego 
psa sprzed roku. Ma już własne zabawki, rytmy, klimaty, smaki 
(nazywamy ją Smakija). Ze spokojem zagląda do miski, by sprawdzić, 
co kuchnia wydała. Lubi owoce i mleko. Serdecznie wita i żegna 
każdego gościa.
Warto przygarnąć zwierzaka i zobaczyć, jak rozkwita. Mamy nadzieję, 
że Dziunia wkrótce będzie nam towarzyszyć wszędzie, tak jak 
Bubulina. Zwłaszcza że bywa z nami w pracy i już kilka razy 
wyjechała na koncerty. Mieszkaliśmy wtedy w hotelach przyjaznych 
psom. Teraz przed nami pierwsze wspólne wakacje!
wysłuchała Magdalena Ciszewska

Chcesz dać głos i ocenić?
Dołącz do naszego stada – zarejestruj się!
Ocena użytkowników

Przeczytaj także

Dodaj komentarz

Zaloguj się do swojego konta lub skomentuj anonimowo. Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *