Królewna i czołgista - Psy.pl

Królewna i czołgista

Bora ma grację, Fabio to wieśniak, a Fiszka jest "kochanym dzieckiem" wokalistki Małgorzaty Ostrowskiej, która opowiada nam o swoim stadzie

Co Panią zachwyciło w belgach?
Już jako dziecko miałam psy, ale zawsze to były kundelki. Jako kilkulatka trafiłam do szpitala. Byłam przerażona. W domu mieliśmy wtedy młodą suczkę Kikę. Moja starsza siostra zapakowała ją do koszyczka i przedzierając się przez wysoki mur, przyniosła mi ją do szpitala. To była niesamowita niespodzianka!

Po wyprowadzce z rodzinnego domu początkowo nie miałam czworonoga, bo nie było na to warunków. Gdy już osiedliśmy w swoim domu, przekonałam męża, że fajnie byłoby mieć psa. Długo się zastanawialiśmy nad wyborem rasy. Ja lubię takie „psie” psy. Myślałam o długowłosym owczarku niemieckim. Ale Artur Malik, ówczesny perkusista Lombardu, miał młodego belga. Nie znałam tej rasy, widziałam ją tylko na zdjęciach w kalendarzu. Gdy zobaczyłam na żywo, od razu się zakochałam.

Chodziło nam też o to, żeby to był stróż, ale nie ostry. Bałabym się mieć ostrego psa, nie miałabym czasu, by ciągle nad nim pracować. Zdecydowanie wolę psy kumple, z którymi można pogadać, a belgi rozróżniają ponoć 300 słów!

Groenendael nie jest odpowiednim psem dla osoby zajętej…
Rzeczywiście, często nie ma mnie w domu, dlatego najważniejsze obowiązki przejął mąż. Mam świadomość, że pies musi mieć osobnika alfa nad sobą, że potrafi potwornie tęsknić. Dlatego nawet nie próbowałam objąć roli przywódcy w naszym stadzie, bo wiedziałam, że będzie to z krzywdą dla niego. Mąż, który wcześniej nie miał zwierząt, bardzo się podszkolił i teraz jest świetnie zorientowany w pieskich sprawach.

Belgi są bardzo wrażliwe, popełniliśmy kilka błędów przy wychowywaniu Bory, matki Fabia – na szczęście niegroźnych. Po prostu nie trzymaliśmy nerwów wystarczająco na wodzy, a ona bardzo się boi podniesionego głosu.

Oprócz trzech psów – bo jest jeszcze kundelek Fiszka – mamy również cztery koty. Całe to stado musi żyć w zgodzie, co wymaga konsekwentnego układania hierarchii. Chyba się to udaje – nasze psy są przyjazne, choć wykonują swoje zadanie: pilnują domu. Bo z drugiej strony płotu wyglądają groźnie…

Sąsiedzi nie zgłaszają pretensji o taki zwierzyniec?
Oni też mają psy, choć jedni trzymają swojego w kojcu…

To był impuls do wzięcia udziału w naszej akcji „Zerwijmy łańcuchy”?
Między innymi. Najbardziej drastyczną historię na ten temat opowiedział mi weterynarz. Przywieziono kiedyś do niego psa z wrośniętym w szyję łańcuchem, trzeba go było chirurgicznie usuwać. Młodemu psu założono łańcuch, a potem nie zauważono, że urósł…

Pani też uratowała ofiarę ludzkiego okrucieństwa…
Tak, dwa lata temu. Wyjątkowo to ja wyszłam na nocny spacer z psami. Szłam jasnymi ulicami, mąż prawdopodobnie poszedłby inną drogą. Nagle usłyszałam wrzask dobiegający z pojemnika na makulaturę – byłam przekonana, że to kot. Przyniosłam z domu ręcznik i już razem z mężem na środku ulicy wysypaliśmy pojemnik. Ostrowska zaczęła grzebać w śmieciach. Z jednego z worków wyleciała mała kuleczka… Na dworze było zaledwie 7 stopni, nie miała szans na przeżycie. Wsadziłam ją pod kurtkę i pobiegłam do domu. Zawiniętą w ręcznik całą noc ogrzewałam termoforem, dokarmiałam mleczkiem i masowałam brzuszek. Pierwsza kupka – smółka i krew przy pępowinie, a więc maluch został wyrzucony świeżo po urodzeniu.

Dopiero rano Gulczas, brat męża, który przyszedł do nas w odwiedziny, zdjął ręcznik i stwierdził… że to pies!

Fiszka jest cudowna, kochana i bardzo do nas przywiązana. Starała się mieć jak najwięcej długiego włosa, bo wie, że jej pani to lubi – nie do końca jej to wyszło, ale i tak jest piękna.

Czym Pani psy różnią się między sobą?
Bora ma w sobie grację, królewski temperament, jest bardzo przytulajska. Gdy pije w ogrodzie wodę z wiadra, robi to bezgłośnie. A Fabio to facet – jak pije, to prawie wiadro przewraca. Potrafi przejść po mojej nodze, w ogóle tego nie zauważając. Jest czołgistą, ma niesamowity nerw – takie psie ADHD. Ciągle w ruchu, uwielbia coś robić. Natomiast Bora jest już troszkę – pewnie z powodu wieku: 9 lat – leniwa.

Fabio jest wieśniakiem. Na wystawach przynosi wstyd. Umie chodzić przy nodze, pięknie biega, ale na ringu nie podaruje sobie pyskówki z innymi facetami…

A Fisza? Jest moim kochanym dzieckiem. 10 tygodni karmiłam ją butelką, spała w koszyku obok mnie. Weterynarz do teraz mi gratuluje, że ją tak odchowałam.

Uwielbiam poranki z moimi zwierzakami. Wstaję później niż mąż. Gdy wracają ze spaceru, jestem grupowo budzona – przychodzi całe stado. Fisza wskakuje do łóżka, Bora kładzie łeb do wygłaskiwania, a Fabio jest skonsternowany… W głowie się mu nie mieści, że pani leży, a nie chodzi na dwóch nogach. To jedno z najpiękniejszych przebudzeń, jakie sobie można wyobrazić.

Sami szkolili Państwo psy?
Tak. Mówimy do nich: „siadaj”, a nie „siad”. One to rozumieją. Rozmawiamy ze zwierzętami. Znajomi się śmieją, że gdy pies nie wykona jakiegoś polecenia, to mój mąż mówi do niego z wyrzutem: „Rozmawialiśmy już o tym!”.

Wystawia Pani swoje psy – czy sędziowie nie patrzą bardziej na Panią?
Coś w tym jest, ale właśnie dlatego po ringu biega mój mąż. Ja stoję obok i bardzo to przeżywam. Nie czuję się hodowcą. Zaczęliśmy wystawiać psy, bo chciałam mieć rodowodowy miot. Gdy Bora urodziła szczeniaki, zostawiliśmy sobie Fabia, a ją wysterylizowaliśmy.

Jak Pani wybrała szczeniaka?
Maluchów było sześć – wszystkie śliczne i kochane. Serce bolało, gdy oddawaliśmy kolejne. Kiedy zostały już tylko dwa, jeden z nich tak na nas spojrzał, przekrzywił łebek… Zostało mu to do tej pory.

Fabio też był już wystawiany. Zapowiada się doskonale, choć nie ma jeszcze uprawnień reproduktora.

Jak odchowała Pani maluchy?
Było dużo pracy. Jedno z nas dotrzymywało im towarzystwa w kojcu, a drugie stało przy garach. To robota jak przy szóstce dzieci, ale było warto.

Miot gwiazdy można sprzedać drożej?
My sprzedawaliśmy po kosztach. Szukaliśmy dobrych domów, psy trafiły do znajomych, ze wszystkimi utrzymujemy kontakt. Co niedzielę psiaki się spotykają – w różnym składzie – na spacerze w Rogalinie. To wielka przyjemność patrzeć, jak razem biegają – aż ziemia dudni.

Jest Pani bardziej psiarą czy kociarą?
Mam równowagę. Inną osobowością jestem na scenie, inną w domu. Może jedna z nich kocha koty, a druga psy? Psy miałam na początku, później, gdy się usamodzielniłam, dokarmiałam koty w piwnicy, przygarnęliśmy kotkę.

Miała Pani problemy z sąsiadami, gdy dokarmiała koty?
Tak. Ale kotka okociła się w mojej piwnicy – to co miałam zrobić? Były pretensje, że koty przyniosły pchły do piwnicy, ale ja jestem pewna, że to nie one – żaden interes dla pchły, by z cieplejszego kota przenosić się na człowieka. Starałam się to tłumaczyć. Nawet wywieszałam kartki w piwnicy – z prośbą, by nie obwiniać kotów, bo one są nam bardzo potrzebne. Za blokiem były pola, lasy – gdyby nie te koty, mielibyśmy myszy jak w innych blokach.

Myśli Pani, że to człowiek wymyślił antagonizm między psami i kotami?
Oczywiście! I na dodatek ciągle go podsyca – te wszystkie „bierz go!”, szczucie na kota. Zwierzę biegnie za tym, co się rusza. Moje psy też gonią obce koty, ale nigdy nie zrobiły im krzywdy. Nawet gdy któregoś dogonią, to stają i nie wiedzą, co robić. Najchętniej wylizałyby go, jak swoje koty. Mam kotkę, która kiepsko się porozumiewa ze światem, nie lubi kontaktu, dotyku ludzkiej dłoni. Ale gdy wraca z wędrówek, czule wita się z psami. Zimą muszę wręcz interweniować, bo jest tak mokra od ich jęzorów, że się boję, że zesztywnieje…

Psy mają wpływ na Pani muzykę?
Gdy pracowałam nad poprzednim materiałem do płyty, w trakcie prób pojawiła się Fiszka – zabierałam ją w koszyku do studia. Początkowo jej to nie przeszkadzało, ale gdy zaczęłam nagrywać, nie mogłam przy niej śpiewać – tak strasznie płakała. Teraz jest inaczej, czasem zabawnie. Bo gdy leci z płyty czy radia moja piosenka, to psy rozpoznają mój głos i nie mogą się nadziwić, jak to możliwe, że jestem przy nich, a słyszą mnie gdzie indziej.

Moja najnowsza płyta „Słowa” jest bardzo kobieca i stawiająca na wrażliwość. To bliskie wrażliwości belgów. Mam psy duże, imponujące, groźnie wyglądające, ale bardzo wrażliwe. Ta płyta ma dużo wspólnego z belgami…

Małgorzata Ostrowska – wokalistka i autorka tekstów,
śpiewała w zespołach Vist i Lombard, w 1996 roku
rozpoczęła karierę solową. Dała półtora tysiąca
koncertów. Ostatnio wydała album „Słowa”. Wystąpiła jako królowa Aba w filmie „Podróże Pana Kleksa”.

Chcesz dać głos i ocenić?
Dołącz do naszego stada – zarejestruj się!
Ocena użytkowników

Dodaj komentarz

Zaloguj się do swojego konta lub skomentuj anonimowo. Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *