Marysię kocha Blues - Psy.pl

Marysię kocha Blues

W domu rodzinnym piosenkarki Marysi Sadowskiej od lat żyją zgodnie psy z kotami. Zasada jest jedna: ponieważ koty są małe, psy mieszkają tu zawsze duże

Podobno gdy nagrywałaś płytę w Stanach Zjednoczonych, opiekowałaś się tam starym psem – to chyba nie był twój owczarek Blues? Wygląda jeszcze dość młodo…
Rzeczywiście, to nie był mój pies. W wynajętym przez producentów płyty domu zastałam cały zwierzyniec. Gdy tam zamieszkałam, pod moją opieką znalazły się: papuga, piranie, które musiałam karmić mięsem, i pies. Był już tak stary i schorowany, że gdy wszedł na piętro, nie był w stanie sam zejść. Musiałam go znosić – a był to ogromny mieszaniec.

Uszczęśliwiono Cię na siłę?
Właściwie tak, ale bardzo się zaprzyjaźniliśmy. Spędzałam dużo czasu sama, czułam się samotna i ten pies dotrzymywał mi towarzystwa. On też był szczęśliwy, że ktoś z nim jest. Po moim wyjeździe biedak umarł – chyba nie tylko ze starości, ale również z tęsknoty. Podobno wył przez kilka tygodni…

A Ty wróciłaś do Bluesa. Jego imię nie dziwi – pochodzisz przecież z rodziny muzyków i sama śpiewasz – ale czy mówi coś o jego charakterze?
Nasz pies jest marzycielem i ma w sobie taki bluesowy flow. W bluesie jest wiele sprzeczności, bo to muzyka tęskna, smutna, a równocześnie wypełniona ogromnym ładunkiem emocji i energią, która się kryje pod zawodzącymi nutami. Myślę, że to imię zdeterminowało życie Bluesa, które było burzliwe, bo to największy rozrabiaka ze wszystkich psów, które mieliśmy. Ale jest też niezwykle kochany, potrafi cudownie okazywać uczucia.

Pięknie o nim opowiadasz. Sama go wybrałaś?
Tak. Chwycił mnie za serce, bo jako pierwszy z miotu szczeniąt podbiegł do mnie, gdy tylko weszłam przez bramę. Wychowałam go i jestem z nim ogromnie związana. Strasznie przeżyłam, gdy pewnego razu się nam zgubił. Przemierzyłam na piechotę dziesiątki kilometrów, by go odszukać. W końcu po paru dniach znalazłam Bluesa w schronisku Na Paluchu. To był dla mnie kolejny wstrząs: takie piękne psy w klatkach! Samotne, przestraszone… Blues siedział osowiały w ostatnim boksie. Gdy nas zobaczył, oszalał z radości! Skakał (choć normalnie tego nie robi, bo wie, że nie wolno), nie odstępował na krok, nie spuszczał z oczu i zdawał się tracić zmysły z niepokoju, gdy musieliśmy się na chwilę rozdzielić, żeby dopełnić formalności.

Do psów, które miałaś przed nim, też byłaś tak bardzo przywiązana?
Wychowywałam się z Jagą – psem mojej babci. To była bardzo mądra suczka, niesamowicie się nią opiekowała, zwłaszcza gdy babcia miała już kłopoty z pamięcią. Pilnowała jej, wszędzie za nią chodziła, a raz nawet uratowała jej życie – doprowadziła do niej rodziców, gdy babcia upadła w lesie. Śmierć Jagi była dla mnie pierwszą dziecięcą tragedią. Odeszła od nas zaledwie dwa miesiące po swojej pani… Następna była Kama, którą dostaliśmy w prezencie. Niestety, umarła młodo na raka.

I dopiero Blues swoim urokiem sprawił, że zdecydowaliście się na psa, a nie kolejną sukę?
Sprawił to rzeczywiście urok, ale… Oskara – owczarka, którego mieliśmy przed Bluesem. Pojechaliśmy do hodowli, miałam wtedy zaledwie kilka lat. Weszłam do kojca i jeden z psiaków uczepił się mojego sznurowadła. Rodzice mnie zawołali, więc wyszłam, a on za mną, na tym sznurowadle… Oskar przeżył z nami 13 lat. Gdy był już wiekowy i chory, wzięliśmy Bluesa. Co ciekawe, Oskar przy nim odżył, uczył go wszystkiego.

Skąd ta wierność owczarkom?
To bardzo mądre, mocno przywiązujące się do właścicieli, no i piękne psy. Nigdy nic złego mnie nie spotkało ze strony owczarka, choć miałam przykre doświadczenia z obcymi psami – dwukrotnie mnie pogryzły z powodu niefrasobliwości ich właścicieli. Dlatego jestem wyczulona na to, że gdy się wychodzi z psem na spacer, to tylko na smyczy. Po co narażać albo nawet tylko niepotrzebnie stresować innych ludzi? Poza tym lubię duże psy, podobają mi się też goldeny i labradory. Pies musi mieć gabaryty. Mały jest kot.

Jesteś również miłośniczką kotów?
Obie z mamą nimi jesteśmy. Koty są u nas od bardzo dawna, w porywach miałyśmy ich nawet sześć, wszystkie przygarnięte.

Nigdy nie było konfliktów z psami?
U nas psy z kotami zawsze się lubiły. Zwykle robimy prezentację: sadzamy Bluesa, bierzemy nowego kota i tłumaczymy: „To jest nasz kotek. Nie wolno go ruszać”. I powtarzamy to przez parę dni. Zresztą Blues już się nauczył, że gdy trzymamy jakiegoś kota na rękach, to on prawdopodobnie zostanie naszym kotem… Zdarza się czasem, że Blues widzi kota – i biegnie… A potem się nagle orientuje, że to jest nasz kot – i hamujeee… A kot stoi niewzruszony i patrzy na niego z politowaniem. Nasze koty chodzą z nami i Bluesem na spacery. Śmiesznie to wygląda zwłaszcza zimą, gdy są zaspy i Balbina oraz Kundzia kicają w śniegu, tak że widać im tylko ogony.

Za co kochasz koty?
Za to, że są tak ciekawe, tak różne – nie było dwóch takich samych. Każdy miał inny charakter, inne nawyki. Kiedyś ktoś przyniósł najbrzydszego kociaka, jakiego w życiu widziałam. Chodził z dziwnie przekrzywioną główką i miał poszarpane futerko. Był tak brzydki, że aż piękny – totalna ofiara losu. Wydawało nam się, że to kotka, więc nazwaliśmy ją Kundzia. Kotek wydobrzał, urósł i okazał się kocurem – bardzo inteligentnym. Gdy przyniesie upolowaną mysz, zaraz idzie do mamy albo do mnie i patrzy wymownie. Jeśli za nim pójdziemy, to przystaje przy tej myszy, jakby mówił: „Proszę bardzo, złowiłem mysz dla tego domu!”.

Z kolei Balbina (na zdjęciu – przyp. red.) jest bardzo rozmowna: wchodzi do pokoju i natychmiast zaczyna miauczeć. Na początku nie wiedziałyśmy, co jest z tym kotem – chory? Może głodny? Dawałyśmy jedzenie, a ona go wcale nie chciała – wolała z nami pogadać. Ujęła mnie też tym, że przez wiele dni towarzyszyła mi przy nagrywaniu płyty. Nie zawsze siedziała grzecznie na kolanach, czasem usiłowała spacerować po klawiszach. I w końcu na tej płycie wystąpiła! Zasłużyła sobie na to wytrwałością, poza tym… trudno było jej nie nagrać. Gdy tylko postawiłam w pokoju mikrofon, który miał wyłapać różne domowe dźwięki, by znalazły się w jednym z utworów, Balbina natychmiast z głośnym miaukiem, w samym środku piosenki, podbiegła do niego. Jest w związku z tym wymieniona na płycie: „Gościnnie wystąpił kot Balbina”. Została prawdziwą gwiazdą, bo wszyscy, którzy słyszeli płytę pytają, co to za kot, więc opowiadam o niej we wszystkich wywiadach. Jestem z niej bardzo dumna!

Chcesz dać głos i ocenić?
Dołącz do naszego stada – zarejestruj się!
Ocena użytkowników

Dodaj komentarz

Zaloguj się do swojego konta lub skomentuj anonimowo. Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *