Miasto psów - Psy.pl - mamy nosa!

Miasto psów

W Anielskiej Dolinie w Stanach Zjednoczonych najbardziej poszkodowane psy żyją jak w raju

Byłem człowiekiem sukcesu – facetem, który codziennie rano maszerował w garniturze przez Manhattan. Ale gdy w 2003 r. razem z żoną pierwszy raz odwiedziliśmy Dogtown, zrozumiałem, że sukces może polegać również na czymś innym. Nie mogłem przestać myśleć o psach, które tu spotkałem. Decyzję o przeprowadzce z Nowego Jorku, rzuceniu prawniczej kariery, by pomagać zwierzętom, podjęliśmy w pięć minut. To najlepsze, co przytrafiło mi się w życiu – mówi Ed, były prawnik z Nowego Jorku, od czterech lat pracownik fundacji Best Friends, jeden z psich opiekunów w Dogtown.
Znajdujące się 70-km na północny zachód od Wielkiego Kanionu Kolorado, na granicy stanów Utah i Arizony, pośród stepów Anielskiej Doliny Dogtown – Miasto Psów – to miejsce niezwykłe. Dach nad głową i profesjonalną opiekę znajdują tu bezpańskie i schorowane psy z całych Stanów Zjednoczonych.

Nie schronisko, lecz azyl
Do Dogtown dojeżdżam w południe po kilkugodzinnej podróży samochodem z Las Vegas. Gdyby nie instrukcje od Barbary, rzeczniczki prasowej fundacji Best Friends, która zarządza schroniskiem, trudno byłoby znaleźć odpowiedni zjazd, choć do Dogtown prowadzi tylko jedna droga. Położone wśród czerwonych piaskowców, stanowiących część przepięknego kanionu Zion, schronisko, mimo ogromnych rozmiarów (3700 akrów), jest tak wkomponowane w krajobraz, że trudno je zauważyć.
Barbarę spotykam w Visitor Center, skąd rozpoczynają się wszystkie wycieczki po Dogtown. Przewodniczka instruuje, by nie używać nazwy schronisko.
– To raczej azyl, w którym swe miejsce znajdują nie tylko psy, ale również koty, konie, świnie, ptaki i inne zwierzęta domowe, w sumie kilka tysięcy stworzeń – mówi.
Na pomysł założenia fundacji Best Friends wpadli Michael Mountain i John Fripp. Na niewielkiej farmie w Arizonie zorganizowali schronisko dla psów. Z czasem zaczęło się rozrastać. Niewielkie pole, na którym zbudowano wybiegi i umieszczono klatki, przestało wystarczać. Michael i John wpadli więc na pomysł wydzierżawienia ziemi od państwa.

Mądrzy fanatycy
Przez kilkanaście lat mało kto wiedział o schronisku. Powiększająca się liczba czworonogów wymusiła jednak na właścicielach podjęcie działań marketingowych, które zapewniłyby stały dopływ pieniędzy. Na początku lat 90. XX wieku fundacja zaczęła organizować różne imprezy. W okolicznych miejscowościach właściciele spotykali się z mieszkańcami, opowiadali o azylu, zachęcali do jego odwiedzania. Do lokalnych przedsiębiorców rozesłano listy z prośbą o datki.
Jednak ogólnokrajowy rozgłos zapewniły Dogtown liczne ekipy filmowe. Sześć lat temu zafascynowani tym miejscem dziennikarze z telewizyjnego kanału National Geographic wyprodukowali krótki film dokumentalny na temat działalności fundacji Best Friends, a od ubiegłego roku emitowany jest serial paradokumentalny opowiadający o codziennym życiu największego w Stanach Zjednoczonych zwierzęcego azylu.

Lista oczekujących
Po dziesięciominutowej przejażdżce stromymi zboczami gór docieramy do wielkiej bramy: „Witamy w Dogtown – kto odwiedził nas raz, zostanie z nami na zawsze” – głosi napis, którego znaczenie zrozumiem dopiero później.  Widok, który mnie wita, w niczym nie przypomina tego z przeciętnego polskiego schroniska. Nie widać żadnych klatek. Po piaszczystych czerwonych alejkach przechadzają się pracownicy wyprowadzający psy. Wokół kilkanaście pawilonów. W jednych szczenięta, w drugich czworonożni seniorzy. Zupełnie jak w niewielkim miasteczku: drogowskazy, przejścia uliczne, samochody dowożące karmę, transportujące psy do lecznicy.
W budynku administracji za niewielką ladą trzy panie zarzucone stertą dokumentów nieustannie odbierają telefony. Znajdują jednak czas na zabawę ze szczeniakami biegającymi po biurze. Psy są zgłaszane z całego kraju. Tworzy się ich kartoteki, historie. – Miesięcznie odbieramy ponad trzy tysiące zgłoszeń, ale mamy miejsce na niewiele ponad pięćset psów – mówi Monika, która w fundacji pracuje od ośmiu lat. – Tworzymy więc listy oczekujących. Panie z administracji odpowiadają również za budżet fundacji, który rocznie sięga 30 mln dolarów. Pieniądze pochodzą z datków instytucji i osób prywatnych, a także np. z reklam wydawanego przez Best Friends miesięcznika.

Poszkodowane przez Katrinę
Nawet najlepsze warunki nie zastąpią zwierzakom tego, co zapewnia pobyt wśród ludzi. Dlatego nie wystarczy, że ktoś zadzwoni z prośbą o przyjęcie czworonoga do Dogtown. Sprawdza się, czy wykorzystano wszystkie możliwości – adopcji itp. Po wstępnej selekcji do miejsc, z których pochodzą zgłoszone zwierzęta, wysyła się specjalnych pracowników. Ustalają, czy deklaracje zgadzają się ze stanem faktycznym, badają psa – i decydują, czy zostanie sprowadzony do Dogtown.
Zdarzają się sytuacje kryzysowe, takie jak w czasie huraganu Katrina sprzed trzech lat. Tysiące zwierząt domowych zostało wtedy bez opieki. – Ściągnęliśmy do Dogtown ponad trzysta psów, które zabłąkały się w trakcie ewakuacji. Na szczęście prawie wszystkie odnalazły później swoje rodziny – opowiada Monika.

Każdy ma dostęp do informacji
Gdy wszystkie formalności zostaną dopełnione, psy trafiają do centrum przyjęć. Każdy zwierzak przechodzi kwarantannę w centrum adaptacyjnym. W zależności od usposobienia przebywa w nim od kilku do kilkunastu dni. Sprawdza się tam, jak reaguje na inne psy, ludzi. Ustala się, czy trzeba wyprowadzać go na smyczy, czy można luzem. W zależności od tego przypisuje się mu odpowiedni kolor obroży. Czerwoną noszą psy agresywne, żółtą – łagodniejsze, ale nie do końca tolerujące obecność nowych osób w pobliżu, a zieloną – psy łagodne, chętnie bawiące się w otoczeniu gości odwiedzających schronisko.
Psy są fotografowane, spisywana jest ich historia. Dobiera się im też odpowiednią dietę. Wszystkie informacje trafiają do folderu, który umieszcza się na furtce wybiegu lub budzie, tak aby każdy, kto zajmuje się zwierzakiem, miał do nich dostęp. Na osobnej kartce zapisuje się także, kiedy pies był na spacerze, brał kąpiel itp.

Radość w oczach
Na dużych wybiegach zwierzaki mogą się zmęczyć, hasając. W jednym znajdują się najwyżej trzy psy (te z czerwoną obrożą trzymane są osobno). Śpią w niewielkich budynkach. Jednak to nie infrastruktura najbardziej odróżnia Dogtown od innych schronisk, lecz radość w oczach czworonogów. Były prawnik Ed zna historię niemal każdego psa, i to bez spoglądania do folderu. – Owczarek niemiecki Guardian trafił do nas dwa lata temu z Pensylwanii. Dzieci znęcały się nad nim. Za miesiąc pojedzie do nowego domu starszych państwa – opowiada. Wiggles, niewielki kundelek, do Dogtown dotarł z Florydy kilka miesięcy temu. Ma guza mózgu, który uciska jeden z nerwów. Operacja nie jest możliwa, ale w Dogtown w spokoju dożyje ostatnich dni. Na Florydzie zostałby uśpiony.

Pod opieką gości
Psy z problemami zdrowotnymi stanowią duży odsetek przebywających w Dogtown. Czterech lekarzy weterynarii robi co może, by im pomóc. Labradorowi Soliderowi
z amputowaną przednią łapą skontruowano wózek. Przeszedł długą rehabilitację: kąpiele w wannie z hydromasażem, specjalne zajęcia ruchowe. Tak przygotowany mógł trafić do adopcji – to główny cel opieki oferowanej w Dogtown. Trzy na cztery psy znajdują nowe domy. – Mamy jedne z najlepszych statystyk w Stanach Zjednoczonych – chwalą się pracownicy fundacji Best Friends. Rocznie przez schronisko przewija się około 30 tys. turystów. Najpierw wpadają na kilka godzin, bawią się z psami. Za drugim razem zostają na kilka dni. Sprzątają teren, nawiązują przyjaźnie z czworonogami, którymi się zajmują. Fundacja zawarła porozumienie z okolicznymi hotelami. Turyści, którzy zamierzają spędzić w Dogtown więcej niż dwa dni, mogą brać psy do pokojów, zobaczyć, czy ich towarzystwo będzie im odpowiadało. Większość odwiedzających Anielską Dolinę powraca tu po raz trzeci – by adoptować zaprzyjaźnionego pupila.  – Zarzucano nam, że częste wizyty gości źle się odbijają na psychice zwierząt. Jednak odwiedzający nas zajmują się czworonogami łatwo nawiązującymi kontakt z nowymi ludźmi. Te, którym przychodzi to trudniej, są pod opieką naszych stałych pracowników – wyjaśnia Barbara.  Kilkugodzinny spacer po azylu kończy się w tym samym miejscu, skąd zaczęliśmy wędrówkę. „Witamy w Dogtown – kto odwiedził nas raz, zostanie z nami na zawsze”, napis, którego na początku nie rozumiałem, nabrał sensu.

Chcesz dać głos i ocenić?
Dołącz do naszego stada – zarejestruj się!
Ocena użytkowników

Dodaj komentarz

Zaloguj się do swojego konta lub skomentuj anonimowo. Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *