Musimy wybierać - Psy.pl

Musimy wybierać

Rozmowa z dr Dariuszem Liszewskim, etykiem i filozofem z Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego

Czy życie zwierzęcia jest tak samo wartościowe jak życie człowieka?
Wszystko zależy od odpowiedzi na pytanie „kim/czym jest zwierzę?”. Dla jednych, idąc za Arystotelesem i Kartezjuszem, jest żywą rzeczą, z którą można robić, co się chce. Dla innych, np. Petera Singera lub Toma Regana, zwierzęta są istotami praktycznie takimi samymi jak ludzie i powinniśmy się o nie troszczyć tak samo jak o ludzi. Przedkładanie interesów ludzi nad interesy zwierząt nazywają pogardliwie szowinizmem gatunkowym.

Z kolei Stephen Post, a za nim Carl Cohen posługują się pojęciem lojalności gatunkowej. Według nich, nawet jeżeli formalnie uznamy, że zwierzęta są do nas podobne, bo mają świadomość i podobnie jak my odczuwają ból, tak samo, jak bronimy własnej rodziny czy narodu, powinniśmy lepiej traktować istoty do nas bardziej zbliżone niż inne.

O życie zwierzęcia należy walczyć za wszelką cenę?
Oprócz psów mam też dzieci i dlatego muszę dokonywać wyborów. Tu pojawia się właśnie ta gatunkowa – rodzinna – lojalność. Nie żyjemy w idealnym świecie, nie mamy nieograniczonej liczby zasobów, by móc walczyć o każde życie. Musimy dokonywać wyborów. Ale gdyby było mnie stać, tobym walczył.

Czy jednak, np. wsadzając psa na wózek inwalidzki, nie działamy wbrew naturze?
Nie – bo tak jak akceptujemy to, że lekarze pomagają ludziom, którzy zmarliby bez ich pomocy, tak powinniśmy też akceptować pomoc weterynarzy.

Mamy prawo podjąć decyzję o uśmierceniu swojego zwierzęcia?
Skoro hodujemy zwierzęta i tworzymy popyt na określone gatunki, rasy, jesteśmy za powołane w ten sposób do życia istoty odpowiedzialni i mamy obowiązek o tym decydować. Co nie znaczy, że możemy swobodnie tym życiem dysponować. Przesłanki do uśmiercenia (w humanitarny sposób) zwierzęcia muszą być dokładnie rozpatrzone i bardzo poważne, np. ciężka, bolesna choroba nierokująca nadziei na wyzdrowienie. Zwierzęta nie są jednorazową zabawką, którą można „wyłączyć” zastrzykiem u weterynarza, gdy się znudzi.

Musiał Pan kiedyś zdecydować o uśpieniu zwierzęcia?
Jeszcze nie, ale kiedyś pewnie stanę przed tą decyzją. Jeśli będę miał świadomość, że zwierzę cierpi i nie ma dla niego ratunku, będzie ona bolesna, ale nieuchronna. Należy ją odpowiedzialnie przyjąć na siebie. Nie wolno obciążać nią weterynarza czy kogokolwiek innego, kto powie za mnie, co jest w danym momencie słuszne. Nikt nie zna lepiej zwierzęcia niż jego właściciel. Weterynarz ma z nim kontakt tylko przez ograniczony czas. Decyzję musimy podjąć sami. Możemy jej nie podejmować i zrzucić na cudze barki, ale to nie rozwiązuje problemu, jest tchórzostwem.

Podoba się Panu pomysł masowej sterylizacji zwierząt w schroniskach jako element walki z problemem bezdomności?
n Nie bardzo, ale problem istnieje i ktoś musi coś z tym zrobić. Nie ma teorii etycznej, która dawałaby nam bezwarunkowe prawo do masowej sterylizacji. Jest to jakieś zło, ale w obecnej sytuacji to jedyny słuszny wybór. Nie mamy innego.

A sterylizacja zwierząt domowych jako prewencja?
Ja bym swoich zwierząt nie wysterylizował. Sterylizacja czy kastracja to ingerencja w układ hormonalny, a w konsekwencji w osobowość zwierzaka. Trzeba mieć świadomość, że wzięcie zwierzęcia to ogromna odpowiedzialność. Zanim się podejmie decyzję, trzeba się dobrze zastanowić nad wszelkimi jej skutkami.

W ramach walki z bezdomnością dopuszcza się też usypianie tzw. ślepych miotów. Mamy do tego moralne prawo?
To problem zbliżony do problemu aborcji: czy stać nas na przyjmowanie wszystkich na świat, skoro nie możemy im zapewnić warunków wystarczających do życia? Zwolennicy etyki jakości życia dopuszczają zarówno aborcję, jak i usypianie ślepych miotów. Zwolennicy świętości życia są przeciwko. Każdy musi rozstrzygnąć ten dylemat we własnym sumieniu.

Jednak problem aborcji u ludzi dotyczy istot nienarodzonych, a w przypadku
ślepych miotów postulujemy usypianie zwierząt żyjących.

To pozorna różnica. Arbitralnie uznajemy, że decydujący jest moment narodzin. A przecież teraz medycyna łatwo pozwala przyspieszyć czy opóźnić poród, utrzymać przy życiu wcześniaki, które jeszcze 20 lat temu niechybnie by zginęły, więc to nie powinno być decydujące.

Pana psy są rasowe?
Nierodowodowe. To był świadomy wybór. Ludzie, od których je kupowaliśmy, mają zwierzęta rasowe, ale zrezygnowali z jeżdżenia po wystawach i zbierania odpowiednich dokumentów. Dla mnie papier też nie był ważny, ale ogólnie rasa tak. Mieszkamy w bloku i chcieliśmy mieć pewność, że psy nie urosną zbyt duże. Rozumiem ludzi kupujących psy rasowe, bo zwykle w większym stopniu gwarantują spełnienie oczekiwań. Do tego dochodzą kwestie estetyczne, psychika zwierząt, walory użytkowe – pewne cechy konkretnych ras odpowiadają nam bardziej lub mniej. Z drugiej strony, istnienie psich ras wiąże się z pewnym snobizmem, gdzie liczy się cena, moda.

Ale to właśnie psy nierasowe najczęściej trafiają do schronisk…
Myśli pan, że właściciel bardziej kocha zwierzę, bo za nie zapłacił? Nie wierzę, że do końca tak jest. Ludzie pozbywają się zwierząt, gdy stają się one dla nich problemem. A przecież nawet pies rasowy prędzej czy później się zestarzeje, zachoruje albo np. jest przeszkodą w atrakcyjnym wyjeździe. Jego los jest wówczas równie niepewny jak los kundelka.

Nie przesadzamy czasem z ingerencją w naturę? Wyhodowaliśmy wiele ras nienaturalnych, niektóre wręcz z genetyczną skłonnością do chorób.
To sytuacja patologiczna. Być może wzorce ras są zbyt rygorystyczne, może powinna być dopuszczona większa dowolność w wyglądzie i cechach psa. To specjaliści od kynologii powinni ustalić granicę między zdrowiem a wyglądem. Hodowcy powinni się bardziej kierować dobrem zwierząt i rozsądkiem, a nie poświęcać zdrowie zwierząt w pogoni za nieuchwytnym ideałem.

Rozwój cywilizacji sprawił, że zmusiliśmy psy do zamieszkania w nienaturalnych dla nich warunkach – w blokach, na osiedlach, gdzie nie mogą swobodnie się wybiegać…
Ale nasze życie też się zmieniło. Trudno wymagać od ludzi mieszkających w blokowiskach, którzy sami żyją wbrew naturze, by lepiej traktowali zwierzęta. Rozwój naszej cywilizacji pełen jest niebezpieczeństw i patologii. Psy nie mają gorzej niż ludzie.

Te na łańcuchach też?
Te akurat nie. Oczywiście tego nie popieram, ale mentalności z tym związanej nie da się łatwo i szybko zmienić. To zadanie także dla mediów.

Gdzie jest granica psiej wolności? Na spacerze pies zawsze musi przyjść na Pana wołanie?
Oczywiście, że nie. Tylko w pewnych momentach zależy mi, aby był posłuszny. Granicą szkolenia powinien być szacunek dla zwierzęcia. Gdy uczynimy z niego robota, zabijemy jego spontaniczność. A przecież nie o to chodzi. Podstawowe szkolenie jest przydatne, a niektóre rasy wręcz go wymagają. Trudno też oczekiwać, by psy pracujące nie musiały się szkolić, skoro my przed podjęciem pracy też musimy. Naganne jest jednak przesadne szkolenie, tworzenie „psów automatów”, bo to ogranicza psią wolność. A wolność jest wartością zarówno dla ludzi, jak i dla zwierząt.

Chcesz dać głos i ocenić?
Dołącz do naszego stada – zarejestruj się!
Ocena użytkowników

Dodaj komentarz

Zaloguj się do swojego konta lub skomentuj anonimowo. Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *