Pies na łańcuchu, czyli tradycja rodzinna - Psy.pl - mamy nosa!

Pies na łańcuchu, czyli tradycja rodzinna

Rok temu, krótko przed akcją „Zerwijmy łańcuchy”, wybrałam się wraz z dziennikarką programu TVN Uwaga! Dorotą Pawlak do kilku podwarszawskich wsi, by sprawdzić, jak wygląda sytuacja psów łańcuchowych. Teraz też pojechałyśmy do miejscowości oddalonej o kilkadziesiąt kilometrów od Warszawy. Towarzyszyła nam piosenkarka i współzałożycielka działającej w Wielkiej Brytanii fundacji K9 Angels, ambasadorka tegorocznej akcji „Zerwijmy łańcuchy” Pola Pospieszalska.

Obrazek 1.

Duże podwórko, z daleka widać dwie budy. Nie mamy jednak pewności, czy są w nich jakieś psy. Zostawiamy samochód, podchodzimy bliżej. Podwórko nie ma ogrodzenia, pełno tam kur. Gdy jesteśmy już przy samym domu, z obydwu bud równocześnie wyskakują psy – typowe kundelki. Na łańcuchach, a jakże. W tej samej chwili pojawia się kobieta – nie wiemy nawet, skąd wyszła, bo nagle wyrosła przed nami jak spod ziemi.

– Czego tu chcecie?
– Dzień dobry, chcemy zapytać, dlaczego pani psy są na łańcuchach? – pyta Dorota Pawlak.
– Idźcie do sąsiadów, tam też są!
– A pójdziemy, pójdziemy na pewno – mówi Pola Pospieszalska.

Pani o psach raczej nie ma ochoty rozmawiać.

– Nie macie nakazu, proszę wyjść mi z podwórka, rozumicie czy nie? – kobieta nie daje za wygraną. Dorota Pawlak prosi, by psy były spuszczane w nocy i miały wodę do picia. Otrzymujemy zapewnienie, że wodę mają (ale nie możemy wejść na podwórko, by to sprawdzić) i że są spuszczane (choć po chwili właścicielka mówi, że nie może ich spuszczać, bo nie ma ogrodzenia, więc nie wiemy, jaka jest prawda – możemy się jedynie domyślać…). Próbujemy się dowiedzieć, co psy jedzą. – Wszystko jedzą, ja im wszystko daję, mleko jedzą, nawet przed chwilą mleko jadły. Karmy im żadnej nie daję, tylko to, co sama jem, co mi zostaje, różne resztki.

 

Obrazek 2.

Zgodnie z obietnicą jedziemy do sąsiadów, zobaczyć, jak tam wygląda sytuacja. Zatrzymujemy się przed bramą prowadzącą na duże, wiejskie podwórko, które wygląda – przynajmniej od frontu – na ogrodzone. Przy budzie naprzeciwko bramy stoi i szczeka na nas niewielki kundelek. Na łańcuchu.Widać, że pies nie jest agresywny w stosunku do kur – gdy ptaki przechodzą tuż obok niego, ten nie zwraca na nie uwagi. Podchodzi starsza kobieta. Grzecznie się witamy i mówimy, że chcieliśmy zapytać o psa. Pani nie chce z nami rozmawiać. Próbujemy zadać jej kilka pytań, gdy oddala się w stronę domu, w głąb podwórza.

– Chcemy tylko zapytać, czy psy mają wodę do picia – krzyczy Dorota.
– Mają, mają, przed chwilą im dawałam – odkrzykuje kobieta.
– A czy możemy wejść na podwórko i zobaczyć?
– Nie, bo tu kury są.
– A czy ten pies musi być na łańcuchu?

Pani nie odpowiada. W tym momencie, po dobrych kilku minutach, od chwili, gdy się tam pojawiliśmy, odzywa się gruby głos innego psa, o którego obecności wcześniej nie mieliśmy pojęcia. Znajduje się on w gęsto zarośniętej zagrodzie. Stojąc przy bramie, nie możemy dojrzeć, jak wygląda. Domyślamy się tylko, że musi być spory. Pani już chyba nie słyszy naszych kolejnych pytań.

Gdy już mamy odejść, do bramy podchodzi młoda kobieta, być może córka właścicielki. Dorota pyta o imię niewielkiego kundelka. To nasze pytanie często dziwi właścicieli, gdy zaś mówią, że pies imienia nie ma, staje się dla nas jasne, że nie nawiązali z nim nigdy żadnej relacji. W tym wypadku nie było inaczej – na pytanie o imię kobieta odpowiedziała, żebyśmy już poszli i dokładniej zamknęła bramę. Poinformowała nas, że leczy się psychiatrycznie i żebyśmy jej nie denerwowali, bo dostanie ataku, i że zaraz wezwie policję. Na pożegnanie rzuciła jeszcze, że psy nie mogą biegać, bo wylatują na ulicę, na co skarżą się sąsiedzi.

– To może załatać te dziury w płocie i nie byłoby problemu? – proponuje Pola Pospieszalska.
– Pani mi nie będzie mówić, co ja mam robić.

 

Obrazek 3.

Udajemy się do sołtysa wsi Wieliszew, którą odwiedziłyśmy. Mieszka nieopodal. W kojcu ma starszego już, ale w dobrej formie owczarka niemieckiego. Pies ma porządną budę i kilka garnków – z wodą i jedzeniem. Sołtys powie nam później, że jego pies całą noc biega po ogrodzonym, aż jednohektarowym polu.

– Panie sołtysie, kręcimy się tu po okolicy i widzimy, że psy nie są najlepiej traktowane, nie mają tak dobrze, jak pana pies, są uwiązane, siedzą w klatkach. Czy pan, jako sołtys, zwraca uwagę na ten problem? – zaczyna Dorota.
– Droga pani, co tu można rozmawiać z gospodarzem, to o nim samym świadczy, jak ma w obejściu, jak wygląda jego pies, jak go traktuje.

Próbujemy przekonać sołtysa, że może on interweniować w swojej wsi, może próbować zwracać uwagę, zagadnąć nieraz o psa trzymanego stale na uwięzi. Sołtys twierdzi, że niektórzy ludzie są po prostu niereformowalni. Gdy nie pomoże prośba, pozostaje groźba, ale co robić?

– Można by te psy odbierać i co, do schroniska? – zastanawia się sołtys. – Schroniska są już pełniutkie. Zadzwonić do straży miejskiej, na policję? Policja ma już swojej roboty tyle, że psami nie będzie się zajmować. A wie pani, ile tu biega bezdomnych psów? Całe ulice! Nie mówiąc już o tym, co się tu dzieje na wiosnę… Droga główna jest przejazdowa, więc gdy ludzie jadą na wakacje, wyrzucają tu całe masy psów. To jest problem!

Zastanawiamy się, skąd tak naprawdę bierze się to trzymanie psów na łańcuchu. Sołtys uważa, że u niektórych osób to jest po prostu zakorzenione. Ktoś to ma we krwi, ktoś inny nie, po prostu. Gdy pytamy o sąsiadkę, sołtys mówi, że u niej to tradycja rodzinna – rodzice tak samo trzymali psy, więc ona nie widzi w tym nic dziwnego.

– Dla niektórych pies w obejściu ma być, zwykle uwiązany, byle jeść czasem cokolwiek dostał i tyle. Niełatwo to myślenie zmienić. Może w młodym pokoleniu coś się ruszy? – zastanawia się sołtys. 

Chcesz dać głos i ocenić?
Dołącz do naszego stada – zarejestruj się!
Ocena użytkowników

Przeczytaj także

Dodaj komentarz

Zaloguj się do swojego konta lub skomentuj anonimowo. Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *