Pon potrafi - Psy.pl - mamy nosa!

Pon potrafi

Polski owczarek nizinny spośród naszych rodzimych ras zdobył największą popularność na świecie i dopiero za granicą został w pełni doceniony i wykorzystany - bo PON żadnej pracy się nie boi!

Od dawna hodowane jako zwierzęta wystawowe i do towarzystwa polskie owczarki nizinne nie cieszą się uznaniem szkoleniowców. Uważają oni, że w dużym stopniu zatraciły predyspozycje do pracy. Jednak coraz więcej miłośników rasy zaczyna coś robić ze swoimi kudłaczami.

Uratowany ogród, czyli PON pasterz

Polskie owczarki nizinne wywodzą się z Podlasia, gdzie w okresie przedwojennym utrzymywane były w gospodarstwach jako „zmyślne” pastuchy pomagające w codziennej pracy przy stadach owiec i krów oraz jako stróże. Po wojnie nadal hodowano je u nas z myślą o użytkowości pasterskiej. Jeszcze w latach 80. XX w. w okolicach Zakopanego miałam szczęście widzieć pracującą przy owcach PON-kę. Kiedy niesforna owca wychodziła na drogę, suczka bez żadnej komendy przeganiała ją z powrotem do stada. Był to jednak rzadki obrazek.
Powrót PON-a do dawno wykonywanej pracy nastąpił… w Stanach Zjednoczonych, gdzie szkolenie pasterskie jest bardzo popularne. Mieszkająca tam Polka Anna Klocke, właścicielka kilku utytułowanych PON-ów wystawowych, postanowiła sprawdzić, czy w jej pięknych kudłaczach drzemie jeszcze instynkt pasterski. W zeszłym roku w Portland za sprawą Ani i jej męża odbyło się pierwsze spotkanie pasterskie miłośników rasy, na którym można było poddać psy próbom pasienia. Przybyło na nie 20 PON-ów, w tym
11 importowanych z ojczyzny. Większość nigdy wcześniej nie miała styczności ze zwierzętami gospodarskimi. Okazało się, że ponad połowa z nich wykazała się świetnym instynktem pasterskim! Żaden nie był agresywny wobec owiec. Psy pracowały głosem i ciałem, a ich zachowanie było zrozumiałe dla owiec. Niektóre psy reagowały na owce od razu, inne potrzebowały trochę czasu. W tym roku impreza została zorganizowana po raz drugi. PON-y niezainteresowane owcami pasły gęsi.
Choć w Polsce nie było jeszcze wielkich imprez pasterskich dla PON-ów, to okazuje się, że niektóre z nich mają okazję korzystać ze swojego instynktu. Nutka Gabrieli Obary – urodzona w centrum dużego miasta,
a mieszkająca w cichej świętokrzyskiej wsi – z pasją godną prawdziwego pastucha codziennie pomaga wyprowadzać na pastwisko i przyprowadzać z niego stadko kóz (a nie są to zwierzęta łatwo poddające się kontroli). – Przed przybyciem Nutki do naszego domu kwiaty w ogrodzie wcześniej czy później kończyły jako przysmak rogatych – wspomina Gabriela Obara. Dziś ogród cieszy oczy, choć nikt nie uczył Nutki zaganiania…

Skarb szkoleniowca, czyli PON sportowiec

Kamila Brodowska chciała mieć briarda, ale ostatecznie trafił do niej dorosły PON – Werbel z Kuny. – Był zmotywowany do pracy pierwszorzędnie, ale na smakołyki, i tylko na nie – wspomina Kamila. Z Werblem przez kilka sezonów jeździła z grupą pokazową Pedigree, biorąc udział w pokazach agility i posłuszeństwa. – Werbel był typowym klaunem drużyny – opowiada Kamila. – Albo zrzucał przeszkody, albo je omijał, bo przecież „on nie ma siły, on zjadł tylko trzy śniadania”. Kochał komendę „waruj-zostań” – smacznie wtedy zasypiał. Kiedy skakał przez przeszkody, ostentacyjnie stękał, a gdy zobaczył wyjście z ringu, wybiegał natychmiast żwawym truchtem przy aplauzie publiczności.
– Kolejny mój wybór był już świadomy – opowiada dalej Kamila. – Do domu trafił młodziutki Dereń z Kuny, zwany Bzikiem. Szaleniec w każdym calu
i bardzo utalentowany pies. Po dość trudnych początkach na szkoleniu stał się prymusem. Zdał egzamin PT z najlepszym wynikiem w grupie. Niestety moje studia i częste wyjazdy przekreśliły jego sportową karierę.
Agility uprawia z PON-ką także córka mieszkającej w Niemczech Elżbiety Grzechnik. – Początki były trudne. Na treningach Jamajka była mocna…
w obszczekiwaniu innych zawodników. Wszystkie polecenia szły na wiatr. Przychodziły wtedy chwile zwątpienia, ale dzięki trenerowi pracowaliśmy dalej. Za każdy udany skok, pokonanie tunelu, wejście na kładkę itd. były nagrody w postaci łakoci i owacje. I tak z lekcji na lekcję Jamajka robiła postępy. Obecnie pies i jego pani stanowią zgraną parę. Wszystkie przeszkody Jamajka pokonuje szybko i prawidłowo. Elżbieta podkreśla, jak bardzo sport ten cieszy suczkę. – Wystarczy powiedzieć trochę głośniej „agility” albo założyć agilitową kamizelkę, a już biegnie po smycz.
Ola Kobylińska z Warszawy kupowała PON-a już z myślą o agility. Szkolenie w zakresie posłuszeństwa i sztuczek rozpoczęła samodzielnie, kiedy Misia miała jakieś pół roku. Dziś ma trzy lata i jest jednym z niewielu PON-ów, które możemy zobaczyć na zawodach agility w naszym kraju. Niestety, dla PON-ów pewną niedogodnością jest ich wzrost – większość z nich mieści się w klasie large, ale są na tyle małe, że skoki na wysokości 60 cm nie idą im tak łatwo jak wyższym psiakom. Misi także nie zawsze chce się wysoko podnosić łapy, jednak mimo to lubi agility. Ćwiczy także frisbee. Chętnie wyskakuje do dysków, choć nie jest bardzo szybka – jak większość PON-ów woli się poruszać kłusem niż galopem.
Zdaniem Oli PON-y są łatwe do szkolenia, ale większości ludzi brakuje konsekwencji, co pies tej rasy wykorzysta. To samo mówi Kamila: – PON-y trzeba mocno motywować, bo są diabelnie inteligentne, a do tego dość leniwe
i cwane – jeśli zobaczą, że można przejść pod przeszkodą lub skakać niżej i zrzucać tyczki, zrobią to. Rozpuszczony, niepilnowany, niekonsekwentnie wychowywany PON stanie się krnąbrnym osiołkiem czyhającym na smakołyki. Ale dobrze prowadzony jest skarbem szkoleniowca.

Na blachę, czyli PON sztukmistrz

Hania Puszczewicz nie uprawia żadnych sportów, lecz uwielbia po prostu pracować ze swoją PON-ką Lebiodą. Uważa, że w szkoleniu tej rasy doskonale sprawdza się metoda klikerowa. – Lebioda kocha dwie rzeczy: piłeczkę i żarcie. Zatem głównie te dwa wzmocnienia wykorzystywałam w pracy
z nią. Teraz nie możemy już rzucać piłeczką z powodu paskudnej dysplazji, więc zamiast rzucania nagrodą jest jej szukanie. Jedyną przeszkodą w nauczeniu Lebiody czegokolwiek są moje umiejętności, a raczej ich brak. Dobrze pokierowana opanuje każdą komendę. Pięknie generalizuje, co sprawia, że szybko możemy przechodzić od pracy w domu do pracy na zewnątrz. Ma doskonałą pamięć: każde ćwiczenie podejmuje w miejscu, w którym skończyłyśmy się uczyć – nawet jeśli było to wiele miesięcy wcześniej. Może pracować długo i z zapałem, a kiedy się czegoś wyuczy, to na blachę. Zna ponad 30 komend, a opanowałaby więcej, tylko czasami po prostu brakuje mi pomysłów (ze względu na ograniczenia ruchowe wykluczone są wszystkie sztuczki obciążające stawy). Muszę tylko uważać, żeby jej nie przeuczyć – kiedy pracujemy za dużo, zaczyna wariować, tzn. robi wszystko, co umie, szczeka i w ogóle nie zwraca uwagi na moje wskazówki. Kolejną rzeczą jest precyzja. Ponieważ uczy się błyskawicznie, dwie pomyłki w moim kliknięciu spowodowały, że nauczyłam Lebiodę rozrywać gazetę, zamiast ją trzymać – po prostu dwa razy kliknęłam za późno. Miewa również kłopoty, kiedy jakieś zachowanie ma wyuczone doskonale i próbujemy czegoś podobnego (np. chodzenia przy prawej nodze).
Pewnym problemem jest jej szczekliwość. Potrafi szczekać z każdym przedmiotem w pysku, w każdej pozycji. Szczeka ostrzegawczo, szczeka, kiedy jest pobudzona lub kiedy dzieje się coś ciekawego. Komenda „cicho” jest jedyną, której nie udało się jej nauczyć.

Szczekająca rakieta, czyli PON ratownik

W poniarskim światku największym szacunkiem cieszy się Miklos – PON szkolony do ratowania ludzi. Oficjalnie Oktet ze Śpiewogry, urodził się w Warszawie, ale jako szczeniak wyjechał w 2002 r. do Finlandii. Zachwycił swoją panią Majkę Borgström wspaniałym, przyjaznym wobec ludzi charakterem. Upór typowy dla PON-a szczególnie przydaje się w ratownictwie – Miklos nigdy się nie poddaje, niezależnie od przeciwności, które napotka. Szkolenie ratownicze rozpoczął w wieku dziewięciu miesięcy. Początkowo pracował tylko na gruzach. Odszukiwanie ukrytych ludzi stało się dla niego świetną zabawą. Rok później rozpoczął naukę pracy w terenie. Uwielbia także to zajęcie, choć nie zawsze dogaduje się z Majką: uważa – i zwykle ma rację – że to on lepiej wie, gdzie szukać ludzi. Nie musi znajdować kogoś za każdym razem, by znowu z chęcią przystępować do pracy. Oto upór przemieniony w wytrwałość – jedna z kart atutowych PON-a.
W 2005 r. Miklos zdał śpiewająco test na psa gruzowego i terenowego. Już wiosną 2003 r. rozpoczęli z Majką treningi w klubie psów ratowniczych w Helsinkach. W tym czasie w klubie szkoliło się około 200 psów, ale poza Miklosem testy w 2005 r. zdał tylko jeden! Dopuszczają one do prawdziwej, odpowiedzialnej pracy. Po zdaniu testów psy i przewodnicy nadal się szkolą i podnoszą umiejętności.

– Wspaniałą cechą Miklosa jest to, że im więcej pracuje, tym bardziej chce to robić – opowiada Majka. – Po trzech dniach wyczerpującego szkolenia biega jak rakieta i oszczekuje znalezione ofiary jeszcze chętniej niż zwykle.

Oczywiście Miklos nie jest chodzącym ideałem. Testy dla psów ratowniczych składają się z trzech części: posłuszeństwa, zwinności i pracy węchowej. Dwie ostatnie dziedziny są jego mocną stroną. Z posłuszeństwem jest inaczej. – Miklos nic nie robi za darmo. Gdy jeździmy na testy i zawody, szybko się orientuje, że nie ma tam nagród za posłuszeństwo…
We wrześniu 2007 r. odbyły się mistrzostwa Finlandii. Miklos zdobył wiele punktów za pracę węchową, lecz oblał właśnie posłuszeństwo. Przez brakujące dwa punkty pozbawił się tytułu Championa Finlandii w ratownictwie, którego przez wiele lat nie zdobył żaden pies… Tydzień później największe wyzwanie: mistrzostwa Finlandii dla drużyn psów ratowniczych. Helsińska grupa nie zebrała trzech psów, ale niepełna drużyna, złożona z Miklosa i Papu, hiszpańskiego psa dowodnego, zdobywa srebrny medal!
W grudniu 2007 r. Majka postanawia wstąpić do Finn Rescue Force – organizacji wysyłającej ratowników za granicę do pomocy przy katastrofach – ale wciąż jej mało! Rok później Miklos rozpoczyna szkolenie na ratownika wodnego. Siedząc w łodzi, wietrzy zapach ludzi. – Największym wyzwaniem w tej pracy jest dla Miklosa jego miłość do wody. Najchętniej popływałby sobie wokół łodzi – śmieje się Majka.
Miklos i jego pani uczestniczą średnio w 10 akcjach ratowniczych w roku. Fińskim ratownikom nie wolno ujawniać szczegółów, ale wiadomo, że Miklos wiele razy spadł, potłukł się i poważnie zranił, a ostatnim razem nawet podtruł. Zawsze jednak jest gotowy podjąć nowe wyzwanie – mimo kontuzji łapy, z którą walczy od kilku lat.
Jego umiejętności okazują się bardzo przydatne na co dzień. Podczas wakacji Miklos przez kilka dni mieszkał u przyjaciół Majki, którzy mają żółwia. Pewnego dnia żółw zaginął. Pokazali więc jego ulubione miejsce Miklosowi, aby „złapał zapach”. Pies z nosem przy ziemi dobiegł do furtki sąsiada. Opiekunowie żółwia powiedzieli psu, że tam nie wolno. A następnego dnia sąsiad przyniósł żółwia, którego znalazł w swoim ogrodzie…

Chcesz dać głos i ocenić?
Dołącz do naszego stada – zarejestruj się!
Ocena użytkowników

Dodaj komentarz

Zaloguj się do swojego konta lub skomentuj anonimowo. Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *