Psy marszałkowskie - Psy.pl - mamy nosa!

Psy marszałkowskie

Daria i Tomasz Nałęczowie przygarnęli Maksa i Żabę ze schroniska. Psy wybrał ich syn Andrzej, a one szybko zawładnęły sercami właścicieli

Tomaszowi Nałęczowi psy towarzyszyły od zawsze. Pełno ich było w jego rodzinnym domu we wsi Gołomyń na północnym Mazowszu. Traktowano je tam jak domowników.
Dziś profesor Nałęcz, historyk, wicemarszałek Sejmu i szef komisji badającej tzw. aferę Rywina, również nie wyobraża sobie życia bez zwierząt. – Mam nawet takie, może trochę niesprawiedliwe, kryterium. Ludzie, którzy nie lubią zwierząt, budzą moją nieufność, a ci, którzy kochają psy czy koty mają u mnie od początku plus – mówi prof. Nałęcz.

Pies terapeuta
Dwa kundelki: 16-letni Maks i ok. 2-letnia Żaba zostały zabrane z warszawskiego schroniska na Paluchu. – Psy wybrał nasz syn, choć Żabę tak naprawdę wypatrzyła jego dziewczyna Joasia. To ona tak ją nazwała – opowiada marszałek. – Na początku byłem zdziwiony, że takie imię można nadać psu, ale teraz nie dopuszczam myśli, aby mogła nazywać się inaczej.
Maks swoje imię zawdzięcza rodzinnej tradycji; tak wabiły się wszystkie psy rodziny Nałęczów. W domu wicemarszałka Sejmu pojawił się w grudniu 1989 r. Miał być lekiem na samotność dla dziewięcioletniego wówczas syna. Wcześniej profesor, jako pracownik naukowy, dużo czasu spędzał w domu. Gdy zaangażował się w działalność polityczną, syn nie widywał ojca całymi dniami i bardzo to przeżywał. – Andrzej miał oznaki choroby sierocej, dlatego przygarnięcie psa ze schroniska potraktowaliśmy jak terapię – opowiada prof. Nałęcz.
Dziś Maks jest psim emerytem. Nie słyszy, prawie nie widzi, trzeba go nosić po schodach. Dom i okolicę zna dobrze, ale w nowym terenie na wszystko wpada. Sylwester poza domem Żaba mieszka z rodziną Nałęczów od 13 grudnia ubiegłego roku. Początkowo profesor obawiał się, jak suczkę przyjmie Maks, który czasem zdradza cechy „rozpieszczonego jedynaka”, ale wszystko potoczyło się dobrze.

Lek od prezydenta
Kiedy jesienią Maks poważnie zachorował i kilkanaście dni musiał spędzić pod kroplówką, wydawało się, że to już koniec. – Gdy pojawiła się Żaba, Maks odżył. Zaczął żywiej biegać po domu. Zwierzaki szybko się zaprzyjaźniły – mówi prof. Nałęcz. – Teraz, kiedy choroba znowu go dopadła, Żaba opiekuje się starszym kolegą.
Maks to zwierzak o bogatym życiorysie. Kilka razy napadły na niego duże psy, zdarzyło mu się też spędzić noc poza domem. Podczas pierwszego Sylwestra wystraszył się huku petard i uciekł. – Opiekunka ze schroniska przestrzegała nas, aby na spacery zabierać smycz, ale Maks był do nas tak bardzo przywiązany, że zrezygnowaliśmy z tego – opowiada profesor.
Po zaginięciu psa rodzina rozkleiła na całym osiedlu plakaty i następnego dnia Maks odnalazł się. Taka sama przygoda spotkała 14 lat później Żabę. Jej nie było aż dwa dni. Tym razem plakaty nie pomogły. Żona profesora, Daria Nałęcz znalazła ją dopiero w jednym ze schronisk. Okazało się, że suczka oddaliła się od domu o kilkanaście kilometrów i przygarnęła ją jakaś kobieta.
Tomasz Nałęcz lubi chwalić się swoimi zwierzakami przed innymi politykami. Rozmawia o nich także z prezydentem Kwaśniewskim. – Prezydent zna Maksa od wielu lat. Gdy dowiedział się, że pies ma kłopoty z chodzeniem, polecił mi preparat, który pomógł jego Sabie. Dostałem nazwę leku na kartce, ale niestety gdzieś ją zapodziałem, a później wstyd mi było dzwonić w tak błahej sprawie do głowy państwa – opowiada prof. Nałęcz. – Przy następnym spotkaniu prezydent zapytał, czy specyfik pomógł Maksowi i wtedy przyznałem, że zgubiłem kartę. Ostatecznie prezydent przesłał mi preparat do Sejmu i dzięki niemu Maks poczuł się lepiej.

Tylko ze schroniska
Rodzina Nałęczów nigdy nie myślała o rasowym psie. Kiedy pierwszy raz profesor odwiedził warszawski Paluch, postanowił, że będzie miał kundle tylko ze schroniska. – Tam jest taki bezmiar psiego nieszczęścia, że aż przykro patrzeć. A te zwierzęta są mądre i wierne. Gdy trafią do dobrego domu, to aż przesadnie kochają nowych właścicieli. Czasem czuje się nawet skrępowany takim psim oddaniem – mówi marszałek. Na razie rodzina Nałęczów nie myśli o powiększeniu zwierzęcego stadka. Co prawda wszyscy domownicy są miłośnikami kotów, ale ze względu na alergię syna przygarnięcie kociaka nie jest możliwe. – Może jak syn się wyprowadzi? – uśmiecha się Tomasz Nałęcz. – A największe marzenie związane ze zwierzętami? Kiedy odejdę z polityki, wrócę do pracy na Uniwersytecie Warszawskim i będę miał dużo czasu, chciałbym, aby Żaba miała szczeniaki.
Pies czyli Pies

Tomasz Nałęcz, specjalista od historii II Rzeczpospolitej, jak mało kto zna losy marszałka Józefa Piłsudskiego. – W jego życiu najważniejszą rolę odgrywała Kasztanka, klacz z okresu Legionów, która była ulubienicą całej rodziny. Po 1926 r. w domu Marszałka pojawił się także pies – owczarek niemiecki. Nazwano go po prostu Pies. To ujmujące, bo świadczy o skromności tej rodziny – opowiada prof. Nałęcz. – Na zdjęciach Piłsudskiego Pies pojawia się tylko przez bardzo krótki czas, co oznacza, że coś złego musiało mu się przydarzyć. Kiedyś chętnie to zbadam.

Chcesz dać głos i ocenić?
Dołącz do naszego stada – zarejestruj się!
Ocena użytkowników

Dodaj komentarz

Zaloguj się do swojego konta lub skomentuj anonimowo. Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *