Różaniec za psa - Psy.pl - mamy nosa!

Różaniec za psa

Podczas długiej i krwawej wojny w Wietnamie psy uratowały życie10 tys. amerykańskich żołnierzy

Paul i Suzie
Jedną z nierozłącznych par, których przyjaźń hartowała się w Wietnamie, stanowili 19-letni wówczas Paul Morgan i suczka owczarka niemieckiego Suzie.
Morgan trafił do Wietnamu w 1965 r. jako członek elitarnej jednostki „zielone berety” i wcale nie miał walczyć z psem u boku. Spotkał jednak kiedyś księdza z czworonogiem i zaproponował mu w zamian za niego służbowy pistolet i różaniec. Dobił targu, suczka trafiła w jego ręce i wkrótce stała się pomocnym partnerem. Podczas jednej z akcji oboje zbliżali się do pozycji nieprzyjaciela. Huk wystrzałów nie przerażał Suzie – bez wahania podążała z Paulem. Niespodziewanie zaczęła jednak głośno szczekać na stojącego nieopodal człowieka w amerykańskim mundurze. W ostatniej chwili Morgan rozpoznał w nim przebranego partyzanta Wietkongu (tak Amerykanie nazywali partyzantów Narodowego Frontu Wyzwolenia Wietnamu) próbującego rzucić w ich stronę odbezpieczony granat. Amerykański żołnierz zdążył oddać strzał. Eksplozja zabiła napastnika i wietnamskiego oficera. Morgan i Suzie nie odnieśli obrażeń. Niestety gdy Morgana odesłano do kraju, nie wolno mu było zabrać z sobą zwierzaka, który uratował mu życie. Podczas dramatycznego pożegnania Suzie wyła i próbowała wskoczyć do auta. Komandos płakał i wpinał w psią obrożę medal i naszywkę piechura. To doświadczenie wpłynęło na resztę życia Paula – poświęcił się szkoleniu psów i napisał książkę o psich drużynach w Wietnamie.

Porzucony przyjaciel
W marcu 1967 r. John Burnam wyjechał do Wietnamu, gdzie został przydzielony do pododdziału psich zwiadowców. Wiązało się to z dużym ryzykiem, bo wymagało poruszania się na przedzie patrolu. W maju Burnam i jego owczarek niemiecki Timber wpadli w zasadzkę podczas przeprowadzania rozpoznania. Choć nie odnieśli ran, pies nie był psychicznie zdolny do dalszej służby.
Nowym partnerem Burnama został łagodny owczarek Clipper. Podczas jednego z patroli pies dał sygnał, że w pobliżu kryje się nieprzyjaciel, jednak jego ostrzeżenie zignorowano. Doszło do gwałtownej wymiany ognia. Otoczony przez partyzantów Wietkongu Burnam padł na ziemię, udając zabitego. Pies szybko zrozumiał intencje żołnierza i ległszy przy nim, nawet nie drgnął. W ten sposób doczekali przybycia posiłków. Clipper jeszcze wielokrotnie zasłużył się podczas patroli. Wykrywał przykryte liśćmi doły czy powieszone na drzewie granaty.
Burnam podobnie jak Morgan, opuszczając Wietnam, nie mógł zabrać z sobą psa. Po powrocie do Stanów Zjednoczonych zaangażował się w walkę o oficjalne uznanie poświęcenia czworonogów w Wietnamie i rozpoczął zbiórkę pieniędzy na budowę pomnika. – W Ameryce jest wiele rodzin, które doczekały się wnuków tylko dlatego, że w Wietnamie służyły psy – mówi Burnam.

Szczęściarz Nemo
Bodaj najsłynniejszym czworonogiem, któremu przyszło walczyć w Wietnamie, był owczarek niemiecki Nemo. Jako pies wartowniczy trafił w 1966 r. do bazy lotniczej Tan Son Nhut, gdzie znalazł się pod opieką lotnika Roberta Thorneburga. W grudniu bazę zaatakował oddział Wietkongu. Rozmieszczone na obrzeżach psie drużyny natychmiast ostrzegły przed zbliżającym się zagrożeniem. W potyczce zginęły trzy psy: Rebel, Cubby i Toby.
Atak został odparty, ale nikt nie zauważył, że przeciwnik ukrył się na pobliskim cmentarzu. Podczas wieczornego patrolu nieświadomy zagrożenia duet Thorneburg – Nemo wszedł niemal pod lufy partyzantów.
Gdy Nemo szczekaniem ostrzegł żołnierza, ten spuścił go ze smyczy i zaczął się ostrzeliwać. Nemo błyskawicznie ruszył w stronę wrogich stanowisk, jednak pocisk wroga trafił go w oko. Ranny został też Thonenburg. Mimo ciężkich obrażeń pies rzucił się na wroga, dając żołnierzowi cenny czas na wezwanie wsparcia przez radiostację. Gdy strzelanina ustała, Nemo podczołgał się do opiekuna i wtulił się w jego krwawiące ramię.
Nemo przeżył, choć stracił oko. Powrócił do służby wartowniczej, jednak przedłużająca się rehabilitacja sprawiła, że odesłano go na emeryturę. Szczęście Nemo było podwójne – nie tylko nie zginął z rąk żołnierzy Wietkongu, ale też wrócił do Stanów Zjednoczonych. Pentagon postanowił wykorzystać bohatera do celów propagandowych. Nemo wielokrotnie pojawiał się w gazetach i telewizji, a jego obecność miała zachęcać do oddawania psów na cele wojenne. Zmarł w bazie lotniczej Lackland w grudniu 1972 r. w wieku 11 lat.

Bez podziękowań
Łącznie w walkach w Wietnamie, Laosie i Kambodży zginęło 500 psów i 263 ich opiekunów. Tę tragedię pogłębiło jeszcze to, co stało się po zakończeniu działań wojennych. O ile po II wojnie światowej większość amerykańskich psów wróciła do swych rodzin, te służące w Wietnamie miały dużo mniej szczęścia. Żaden z nich nie wiódł już cywilnego życia, a tylko garstka mogła dalej służyć w Stanach Zjednoczonych. Dowódcy wojskowi nie godzili się na ich powrót do kraju, obawiając się azjatyckich chorób. Nie liczyły się ani względy humanitarne, ani prośby żołnierzy. – Zdaniem dowódców pies był elementem wyposażenia żołnierza – mówi Larry Gandy, opiekun psa wartownika w Wietnamie – nie znaczył więcej niż plecak czy karabin.
Żołnierze nie potrafili się z tym pogodzić. – Te psy za swoją pracę chciały tylko jednej zapłaty: miejsca przy naszej nodze i podrapania za uszami – mówi emerytowany opiekun z Wietnamu Stan Eriksen. – Więcej niż pan i sługa, więcej niż bracia, byliśmy jednym ciałem i jedną duszą – wspomina Charlie Cargo, który walczył z psem Wolfem. Nigdy nie zapomni wyrazu smutku w oczach czworonoga, gdy go opuszczał. Wolf miał jednak niebywałe szczęście, bo znalazł się w grupie 200 psów, które wróciły do kraju i należał do nielicznych, których nie uśpiono.
Niektórzy żołnierze przedłużali służbę w Wietnamie, byle tylko dalej być ze swym psem. Inni łamali regulamin, aby nie awansować i zostać w jednostce. – Mogli zapomnieć imię kolegi, z którym walczyli, ale na pewno nie imię psa, z którym pracowali – przekonuje Michael Lemish, historyk zajmujący się losami czworonogów w Wietnamie. Po wojnie robili wszystko, aby przekazać społeczeństwu wiedzę o tamtych wydarzeniach i niezwykłym psim oddaniu. Powołano liczne stowarzyszenia i fundacje, wspierano budowę pomników. Wielu weteranów nosi na ręku przerobione obroże – jedyne pamiątki po swych psich partnerach.
Pozostawione w Azji psy zostały przekazane Wietnamczykom. Niestety często kończyły na ich stołach. Nieliczne uciekły i do końca swych dni błąkały się po dżungli. Wszystkie jednak żyją do dzisiaj we wspomnieniach żołnierzy.

Chcesz dać głos i ocenić?
Dołącz do naszego stada – zarejestruj się!
Ocena użytkowników

Przeczytaj także

Dodaj komentarz

Zaloguj się do swojego konta lub skomentuj anonimowo. Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *