Sekrety weterynarzy! 10 rzeczy, do których żaden weterynarz się nie przyzna

Czasem może wam się wydawać, że lekarz weterynarii robi coś złośliwie. Albo dlatego, że mu się nie chce. Albo nie przejmuje się waszym zwierzakiem. Ile w tym prawdy? Co tak naprawdę myślą sobie lekarze podczas pracy? Przeczytajcie sekrety weterynarzy!

1. Widzimy, że często problem otyłości dotyczy nie tylko psa, ale i właściciela.

Żaden lekarz od zwierząt nie wypowie się nigdy na temat zdrowia czy wyglądu człowieka, który przyszedł do gabinetu ze swoim pupilem. Ale niestety weterynarze często spotykają się z podobieństwem zwierzaka do właściciela. Gruby pies to nierzadko pupilek otyłego właściciela. Razem zajadają pyszności, razem leżą na kanapie przed telewizorem i razem… bardzo mało spacerują. Takich ludzi trudno przekonać do odchudzania psa – nie widzą bowiem problemu. A szkoda, bo mogliby pomóc również sobie.

2. Najbardziej boimy się małych psów.

Nieraz pewnie przyszło wam do głowy pytanie, czy ten weterynarz to nie boi się tak zaglądać do pyska rottweilerowi albo robić zastrzyki pitbulowi. Prawda jest jednak taka, że często duże psy są spokojne i opanowane, a jeśli nie, właściciel o tym informuje i zakłada olbrzymowi kaganiec. To małe, wypieszczone pieski, przynoszone zwykle na rękach, takie jak chihuahua czy york, są dla lekarzy najtrudniejszymi pacjentami. Nieprzewidywalne, często z całą masą lęków, boją się nawet ręki, która się do nich zbliża. A nierzadko to sami właściciele boją się swoich kilkukilogramowych czworonogów! Podsumowując – weterynarze obawiają się raczej miniaturowych pacjentów, a nie tych największych.

3. Wiemy, kiedy ściemniasz.

Wielki guz powstał dosłownie wczoraj? Pies kuleje dopiero od dwóch dni? Ten kamień na zębach pojawił się zaledwie parę dni temu? Weterynarze to też ludzie. Oni wiedzą, kiedy właściciele kłamią i przekręcają fakty. Po co to robią? Pewnie w ten sposób sami przed sobą tłumaczą się z braku szybszej reakcji. Dla dobra zwierzaka zawsze jednak lepiej mówić prawdę i przyznać się do nawet największego zaniedbania niż ściemniać. To tylko utrudnia diagnozę i leczenie.

4. Skąpi właściciele utrudniają nam pracę.

Nie chodzi o ludzi, którzy z natury są oszczędni – do takich weterynarze nic nie mają, jeśli oczywiście nie jest to oszczędzanie na zdrowiu. Mowa tutaj o skąpcach, którzy oczekują diagnozy, ale nie chcą płacić za badania. Weterynarz, tylko patrząc na psa, zwykle niewiele może pomóc. Właściciel, który nie chce opłacić badania krwi ani zgodzić się na prześwietlenie, nie może mieć pretensji, że lekarz nie jest w stanie postawić diagnozy.

5. Naprawdę nie chcemy, by twój zwierzak cierpiał.

Weterynarze czasem spotykają się z zarzutami, że nie zrobili wszystkiego, co mogli, by uratować zwierzaka. Albo że pozwolili mu, by cierpiał. Nie jest tak – lekarze walczą o życie i zdrowie każdego pacjenta. W dodatku wiedzą, że psy czy koty, którym uśmierzy się ból, wrócą do zdrowia szybciej. Dlatego robią wszystko, co mogą, by cierpiącego zwierzaka uratować. Inaczej… nie wykonywaliby tego zawodu.

Chory psiak
fot. Shutterstock

6. Nierzadko pracujemy za darmo.

Niektórym wydaje się, że weterynarze pracują wyłącznie dla pieniędzy i że zależy im tylko na tym, by od właścicieli wyciągnąć jak najwięcej. Nie jest tak. Rzeczywiście, za większość wizyt wystawiają rachunki, bo za ich pracę i leki należy się zapłata. Mają przecież swoje domy i rodziny, które muszą utrzymać. Jednak każdemu weterynarzowi zdarza się – jednym rzadziej, innym częściej – pracować za darmo. Na przykład wtedy, gdy do jego lecznicy trafi bezdomny pies z wypadku, który miał miejsce w pobliżu przychodni. Albo gdy sam, po godzinach pracy, trafi na czworonoga potrzebującego pomocy. Nawet jeśli się tym nie chwali, bo po co?

7. Trudne sytuacje wiele nas kosztują.

To nie jest tak, że weterynarz bez problemu uśpi psa, a za chwilę będzie zaśmiewał się ze znajomymi i popijał kawę. Lekarze weterynarii to też ludzie! Ze swoimi uczuciami i emocjami. Którzy ten zawód wybrali z pasji, więc traktują go bardzo serio, co nierzadko wiele ich kosztuje. Na przykład w sytuacji, gdy wieloletni pacjent, z którym się związali, ciężko zachoruje, to do nich należy uśpienie go… Czy przychodzi im to  łatwo? Oczywiście, że nie. Przy właścicielu zachowują twarz, ale za zamkniętymi drzwiami gabinetu lub wieczorem, już w domu, wszystko do nich wraca i nie daje spokoju. Czy można było coś jeszcze zrobić, by psa uratować?

8. Nie wszystkich lubimy tak samo.

Tak jak różni są ludzie, tak różne są też psy i ich właściciele. Nie każdy weterynarz lubi wszystkich swoich pacjentów, choć jeśli chodzi o leczenie, w każdym wypadku stara się pracować najlepiej, jak potrafi. Lekarze mają swoich ulubionych pacjentów i takich, których najchętniej umawiają do swoich kolegów i koleżanek, bo sami nie są w stanie dogadać się z właścicielem. Choć inny weterynarz nie ma z tym problemu! Po prostu – różnica charakterów. Ale i właściciele, idąc do lecznicy z psem, czasem dzwonią i pytają, kto akurat jest na dyżurze – tylko po to, by trafić na lekarza, którego akurat najbardziej lubią.

9. Nie znamy się na szkoleniu psów.

Zdecydowana większość weterynarzy nie skończyła żadnych kursów trenerskich ani nie jest też behawiorystami. Oczywiście są tacy, którzy łączą zawód lekarza weterynarii z profesją szkoleniowca, ale to naprawdę rzadkość. Dlatego nie są w stanie odpowiedzieć na zadawane im każdego dnia pytania: „Co zrobić, żeby on wreszcie przestał ciągnąć na smyczy?”, „Ona ma pół roku i ciągle sika w domu, co my mamy robić?”, „Jak zostaje sam w domu, wszystko niszczy, czy jest na to jakiś sposób?”. Nie powinniśmy się temu dziwić, że lekarz nie potrafi pomóc nam w wychowaniu. Czy rodzice radzą się pediatry, co zrobić z wyjątkowo nieśmiałym dzieckiem, czy raczej szukają pomocy u psychologa?

10. Najchętniej zabralibyśmy zwierzęta niektórym właścicielom.

Niektórzy weterynarze są zdania, że na opiekuna psa czy kota powinny być egzaminy, niczym na prawo jazdy. Są bowiem ludzie, którzy po prostu nie potrafią zajmować się zwierzakiem, a tego, którego mają, najlepiej, by oddali komuś bardziej odpowiedzialnemu. Przykład? Pewna właścicielka jack russell terriera z podwarszawskiej miejscowości już cztery razy przyszła do lecznicy z potrąconym przez samochód psem. Za każdym razem za kierownicą samochodu siedziała ona sama, a do zdarzenia zawsze dochodziło na podjeździe do jej garażu. Oczywiście – taka sytuacja może mieć miejsce, bo małego psa trudno zauważyć zza kierownicy, ale po kolejnym takim wypadku można by się spodziewać, że rozsądny opiekun zabezpieczy psiaka, zanim ten wbiegnie pod koła. Niestety, nie dla wszystkich jest to oczywiste. I dlatego nie wszyscy powinni mieć psy!

Autor: Aleksandra Więcławska