Portrety z sercem: sprzątała stajnię Augiasza – wywiad z Wandą Dejnarowicz


Przychodzę nie w porę. Kilka dni wcześniej Wandzie Dejnarowicz, dyrektor warszawskiego schroniska Na Paluchu nagle zmarł mąż. Nie odwołała jednak rozmowy, bo i tak jest w schronisku. Była tu już dzień po pogrzebie.

Dlaczego? – Potrzebuję obecności zwierząt – tłumaczy. Ich małżeństwo to w dużej mierze historia psów, które wspólnie adoptowali. – Byliśmy razem 28 lat. Wszystkie nasze zwierzęta były stąd. Mąż miał ulubionego jamnika Poldka. Pies siedzi teraz przy furtce i czeka na swojego właściciela – mówi ze smutkiem i dodaje: – One cierpią tak samo jak my. Ja nie mam czasu na rozpacz, bo zwierzęta w schronisku nie mogą czekać. Poza tym one pomagają mi przejść przez żałobę. Okazują radość z tego, że do nich przyszłam. Mówią do mnie, merdając ogonkami: „chodź na spacer”, „pogłaszcz mnie”. Czuję ich bliskość i wsparcie. Kiedy się do mnie przytulają, wiem, że jestem dla nich ważna. Nie, to jest inaczej – patrzy w oczy kundelka siedzącego na jej kolanach. – Te biedactwa są mi bardziej potrzebne niż ja im.

Okser czołgał się do ludzi

W pokoju dyrektor schroniska mieszka kilka zwierząt. Trafiają tutaj te najbardziej potrzebujące: stare i schorowane oraz te, które nie gryzą się z innymi. – Agata ma cukrzycę. Po dziewięciu latach została wyrzucona z domu. Właścicielka, gdy ją przywiozła, powiedziała, że pies śmierdzi. Nawet się nie obróciła, kiedy ją zostawiała. Zobaczyłam, jak suczka siedzi przestraszona i skulona w boksie. Powiedziałam sobie, że to niesprawiedliwe, i zamieszkała tu, pod biurkiem. Doktor Jacek Garncarz, znakomity okulista, przeszczepił jej dwie soczewki, zagraniczne soczewki. Jest też Pipi, kruszynka wielkości ratlerka. W dniu przyjęcia pogryzła siedem osób. A była umierająca, kiedy trafiła na Paluch. Początkowo nie wiedzieliśmy, co jej dolega, a ona miała zmacerowany płód. Pipi nie schodzi z dyrektorskiego fotela. Tylko czasem się nim ze mną dzieli – żartuje Dejnarowicz. – Z kolei Pan Docent pilnuje porządku. Feliks, ten biały pudelek, szybko nas pewnie opuści. Czekamy, aż zjawi się entuzjasta pudelków, bo to bardzo inteligentny pies.

To tylko kilka z wielu psów mieszkających w biurze na Paluchu. Wszystkie mogą liczyć na to, że w spokoju dożyją swoich dni. W schronisku usypia się zwierzęta tylko, kiedy cierpią: są w agonii, mają złamany kręgosłup, nowotwór. Takich wypadków jest około 40 rocznie. Ale nie zawsze tak było. Kiedyś to była istna stajnia Augiasza.

– Zanim tu trafiłam, pracowałam w inspekcji sanitarnej, ale miałam dosyć. Któregoś dnia przyjaciel przyniósł ogłoszenie z „Życia Warszawy” i powiedział: „Wanda, ty lubisz zwierzęta, a Paluch jest zaniedbany. Spróbuj, może ci się uda coś zmienić. Pewnie nie ma środków, ale może jakoś dasz radę. Najważniejsze, że jesteś za życiem zwierząt” – wspomina Dejnarowicz. – Schronisko było w złym stanie. Po raz pierwszy byłam tu w 1976 r. i płakałam. Zaadoptowałam wtedy stąd psa. To było straszne miejsce. Jakieś wojskowe baraki i zwierzęta żyjące w koszmarnych warunkach.

Kiedy przystąpiłam do konkursu, musiałam napisać program. Żeby to zrobić, znów odwiedziłam Paluch. Z tej wizyty pamiętam potworny smród. Dopiero kiedy wygrałam, zrozumiałam, co mnie czeka. To był ogrom pracy. Na samym początku była burza. Zalało schronisko, powyrywało drzewa. Patrzę, a tu pod drzwi biura przyczołgał się pies. Musiały się otworzyć drzwiczki w boksie i ten biedak pełzł do ludzi w błocie. Miał niedowład tylnych łap, ale bardzo chciał być z nami. Miał na imię Okser. Zabrałam go. Żył jeszcze dwa lata. Najtrudniejsze w tej pracy jest to, że one szybko od nas odchodzą.

Pani dyrektor mówiąc to, ściąga ze ściany tablice ze zdjęciami swoich przyjaciół. – To para jamników, które się nie rozstawały. To Amelia wyciągnięta z lodowatej wody przez wędkarzy.

Gdzie jest „pies, co kogoś zagryzł”

W 2005 r. Warszawą wstrząsnęła przerażająca wiadomość. Przy ulicy Małej na Pradze suczka rasy amstaf zagryzła swoją panią, 15-letnią Elę. Okoliczności nie były jasne. Dziewczynka zemdlała, a pies ponoć się na nią rzucił. Kiedy policja wyprowadzała go z mieszkania, mieszkańcy kamienicy krzyczeli: „Zabijcie tego psa, zabijcie go!”. Wkrótce na internetowych forach i w prasie brukowej ukazywały się głosy: „pies morderca”, „bestia z Małej”. Za Sarą ujęła się wtedy Wanda Dejnarowicz.

– Sara bardzo kochała ludzi – mówi dyrektorka. – Na pewno doszło do tego zdarzenia, ale sądzę, że to był wypadek. Ona chciała ją chronić, a nie skrzywdzić. Wiadomo, w jaki sposób suka przenosi szczeniaki. Najpierw złapała ją za włosy, a potem za kark i w ten sposób próbowała swoją panią ratować. Pech chciał, że trafiła w tętnicę. Psa przywieziono do nas na obserwację. Zasięgnęłam opinii specjalisty od psychiki zwierząt, robiliśmy testy i ten pies był naprawdę wyjątkowo łagodny. Oczywiście to był amstaf i trzeba o tę rasę dbać szczególnie, ale Sara nie wydawała się zdolna do zabójstwa. Przez dwa tygodnie prowadziłam dziennik opisujący jej zachowanie. Pamiętam jej smutne i wierne oczy.

Sprawa ciągnęła się długo, ale w końcu odstąpiono od decyzji o uśpieniu. Darowano jej życie pod warunkiem, że nigdy nie trafi do adopcji. Sara była bardzo ciepłym psem. Podskakiwała i całowała mnie w buzię. Pewnie dlatego, że tylko ja wychodziłam z nią na spacery. Bałam się, że komuś innemu ucieknie – ciągnie Dejnarowicz i dodaje: – Dostawałam wtedy mnóstwo listów. Większość z wyrazami poparcia, ale były też takie, w których życzono mi, aby mnie psy zagryzły. Sarę trzeba było chronić przed chłopakiem zmarłej właścicielki. Zapowiedział, że zrobi jej krzywdę, a więc przenosiliśmy ją z miejsca na miejsce.

Przychodzili też ludzie, którzy chcieli ją zaadoptować. Był mężczyzna, który marzył o ostrym psie. Takim „na teściową” – mówił. Inni pytali, gdzie jest ten „pies, co kogoś zagryzł” – mówi Dejnarowicz i ciągnie dalej: – Zdarzyła się jeszcze jedna historia. Dwa lata temu przyszedł do mnie człowiek, który przedstawił się jako przyjaciel Eli. Powiedział: „Ja mam prośbę od Eli, żeby pani nie dała psu zrobić krzywdy”. „Jak to?” – pytam go. A on mówi: „Widzi pani, Ela mi się śni i prosi, żeby dbać o Sarę. W tym śnie tłumaczy mi, że ona nie ma do psa pretensji. Dlatego wpadłem zobaczyć, jak się czuje. Cieszę się, że pani psa wybroniła”. Nigdy więcej się nie zjawił.

Dyplomu nie będzie

Schronisko to nie tylko psy. To również ludzie – pracownicy, wolontariusze, ale także osoby, które chcą je zaadoptować, i niestety ci, którzy oddają własne zwierzęta. – Ja dosyć późno stąd wychodzę i widzę czasami, jak od przystanku idzie ktoś z psem na smyczy. Rozpoznam ich w ciemnościach – mówi Dejnarowicz. – Zwykle zjawiają się w piątki po 18. Żeby już był zmrok. Przyprowadzają swojego psa i próbują nam wmówić, że go znaleźli. Ale to widać. Pies merda do nich ogonem, szuka ich wzrokiem. A wie pan, że oni nigdy nie patrzą psu w oczy? Czasem słyszę: „Jestem taka dobra, taki dobry, że przywiozłam tego bezdomnego psa”. Pewna pani nawet zażyczyła sobie, żeby dać jej z tej okazji dyplom. Powiedziałam: „Nie, szanowna pani, dyplomu nie będzie, a psa oczywiście weźmiemy”.

Zawsze trzeba zabrać zwierzaka od człowieka, który go nie chce. Choć te psy za nimi tęsknią. I to jak! Serce pęka! Ich pierwsze chwile w schronisku są potworne. Zwierzę, które było z właścicielem przez pięć albo osiem lat, nie wie, dlaczego się tu znalazło. Przecież kochało tego człowieka tak, jak potrafiło. Dlatego te najbiedniejsze psiaki skupiam wokół biura, aby je obserwować i mieć z nimi największy kontakt. A ludzi staram się nie oceniać.

Raz pewna kobieta tak mnie zdenerwowała, że odmówiłam z nią rozmowy. To było rok temu. Przyszła do nas starsza pani z psem i z synem. To był nasz pies. Tylko zaadoptowany 13 lat wcześniej. Suczka miała nowotwór macicy. Ta kobieta oddała ją, aby u nas umarła. Równo po kwarantannie odeszła. Ale przyczyny porzucania zwierząt są różne. Kiedyś młoda dziewczyna oddała psa. Minęły dwa dni, a ona stoi pod furtką i szlocha. „Ja wiem, że pani pewnie nie może na mnie patrzeć, ale proszę mi jeszcze raz zaufać. Nie mogę żyć bez tego psa” – mówiła. Okazało się, że straciła pracę, chłopak od niej odszedł, miała kłopoty finansowe i chciała też porzucić psa. Ludzie popełniają błędy, ale daliśmy jej szansę. Uważam, że czasem trzeba sobie wiele rzeczy przemyśleć i zrozumieć, co jest w życiu ważne. Jednym wystarczą dwa dni, a innym nie wystarczy całe życie.

Rasa: pies schroniskowy

– Ale po co mówić o złych ludziach – przerywa dyrektor Dejnarowicz i dodaje: – Przecież tych dobrych jest tu więcej. To nasi wolontariusze, którzy pracują dla zwierząt. To też znane osoby. Fantastyczny Michał Piróg, Joanna Szczepkowska, Anna Chodakowska, Agata Buzek, Joanna Krupa czy Tomasz Raczek. To też władze Warszawy. Przecież bez pomocy pani prezydent Hanny Gronkiewicz-Waltz i Biura Ochrony Środowiska nic byśmy nie zrobili. Tak samo bez życzliwych dyrektorów z firmy Porty Lotnicze, którzy co roku podpisują z nami umowę na dzierżawę 3 ha, dzięki czemu mamy miejsce dla ok. 1400 zwierząt.

Jasne, że chciałabym, aby to schronisko było puste, ale ucieszę się, jeśli będzie u nas choćby 500 psów mniej. Kiedy przyszłam, było 30 proc. adopcji, a teraz mamy ponad 100 proc., czyli oddajemy więcej zwierząt, niż do nas trafia. To wszystko dzięki pracy wielu fantastycznych ludzi. Także tych zwyczajnych. Niedawno słyszałam, jak dziewczynkę, która zaadoptowała u nas psa, zapytano, jakiej jest on rasy. Odpowiedziała z dumą: „To najprawdziwszy pies schroniskowy”.

Autor: Konrad Piskała