Zawsze dam się zamknąć w klatce - Psy.pl

Zawsze dam się zamknąć w klatce

Maja Ostaszewska wegetarianką jest od zawsze, od pięciu lat - twarzą fundacji ratującej rzeźne konie, a od dwóch - szczęśliwą panią Maszy i Stefanii

Gdyby nie pewien program telewizyjny, Masza i Stefania nie mruczałyby dziś na Pani kolanach…
Rzeczywiście, miałam polecić na antenie jakąś dobrą książkę. Potrzebny był do tego ładny plener – wybraliśmy Powiśle. I właśnie tam, nad Wisłą, w jakichś chaszczach siedziały Masza i Stefania, wtedy jeszcze bezimienne. Rozdzierająco miauczały.

I nie namyślała się Pani długo?
Nie mogłam! Koteczki były umierające, musiałam się spieszyć. Nasz dom w okamgnieniu zmienił się w oddział intensywnej terapii. Codziennie jeździliśmy z nimi na zastrzyki, co godzina wpuszczałam kropelki do oczu. Wszystko inne zeszło na dalszy plan. Miałam przecież pod opieką dwójkę niemowlaków!

A jak zostały Maszą i Stefanią?
Imię dla Maszki pojawiło się spontanicznie, tak jakby na nią czekało. Kiedy tylko zobaczyłam jej pyszczek, wiedziałam, że będzie Maszą. Co do Stefanii -myśleliśmy, że to chłopiec, i mój partner Łukasz nazwał go Stefanem na cześć Stefana Dedalusa z „Ulissesa” Joyce"a. Tymczasem Stefan okazał się Stefanią.

Podobno obie kocie panny mają bojaźliwe natury?
To prawda. Myślę, że to skutek tego, co przytrafiło im się, kiedy były malutkie. Potwornie boją się psów, są bardzo delikatne. Mimo to jedna z tych słabych istot doprowadziła do wypadku, niczym mały terrorysta. Popełniłam błąd początkujących kociarzy, u których uczucia biorą górę nad rozsądkiem. Kupiłam kociakom koszyk do samochodu – ale wybierając go, myślałam tylko o tym, żeby był wygodny i miękki. Masza wyszła z niego w czasie jazdy i wturlała mi się pod nogi. To było straszne: schylam się, żeby ją stamtąd wyjąć, a kątem oka widzę, że jadę już po poboczu, prosto na znak drogowy. Znak złamałam, samochód skasowałam, ale kotom na szczęście nic się nie stało…

…a Pani?
Miałam zwichnięty kark i nadgarstki, wstrząśnienie mózgu. Kiedy w okresie rekonwalescencji leżałam w łóżku, obie kotki nie odstępowały mnie ani na krok.

Zdaje się, że Masza w ogóle ma talent do ucieczek?
Tak – spadła też kiedyś z balkonu. Szukaliśmy jej przez trzy tygodnie. Przetrząsaliśmy dzielnicę nawet w nocy, z latarkami. Było wiele fałszywych alarmów, aż wreszcie zadzwoniła pewna starsza pani i powiedziała, że widuje Maszkę na swoim podwórku. Przyjeżdżam na miejsce, wołam ją i… nagle wychodzi wielki, tłusty, szary, bardzo zadowolony z siebie kocur. No ładnie – myślę sobie – kolejna pomyłka. A tu nagle słyszę cieniutkie miauczenie. To była Maszka – szła na trzęsących się łapkach w moją stronę i popłakiwała.

W Pani rodzinnym domu w każdym kącie siedział jakiś zwierzak…
…i zawsze były to znajdy. W mojej rodzinie wyznaje się zasadę, że zbyt wiele jest bezdomnych zwierząt, by kupować rasowe. Kiedy byłam mała, mieszkały z nami koty, psy, jeż… Moja mama ma szczególny dar przyciągania czworonożnych sierot. Teraz ma klacz, którą wykupiła z transportu do rzeźni. Chodzi z nią na spacery – zupełnie jakby to był trochę większy pies.

Zawód aktora oznacza życie na walizkach. A koty tęsknią.
Staram się zawsze zapewnić im dobrą opiekę – zostają z moją przyjaciółką. A kiedy tylko mogę, zabieram je z sobą. Od kilku lat nie opuściły żadnego festiwalu filmowego w Kazimierzu. Najlepszym rozwiązaniem dla ludzi, którzy dużo pracują, są właśnie dwa koty. Wtedy one mają swój świat, nie nudzą się i nie są samotne.

Działa Pani w ruchu obrońców praw zwierząt.
Od pięciu lat jestem związana z fundacją Viva! – Akcja dla Zwierząt walczącą z niehumanitarnym traktowaniem zwierząt. Pomagam w jej kampaniach przeciw transportowi koni na rzeź i okrutnemu przemysłowemu chowowi świń. Niedługo ukaże się broszura z moimi przepisami wegetariańskimi. Współpracuję też z WWF, brałam udział w happeningu przeciw przemytowi egzotycznych zwierząt. Obrońcy praw zwierząt wiedzą, że zawsze dam się zamknąć w jakiejś klatce, by uświadomić ludziom okrutny los cierpiących istot.

Od dawna nie je Pani mięsa?
Prawie nigdy go nie jadłam. Moi rodzice, wegetarianie, nie karmili dzieci mięsem. Czasami to było bardzo trudne. Tata przywoził z koncertów na Zachodzie sojową żywność, o której w Polsce nikomu jeszcze wtedy się nie śniło. Ani ja, ani trójka mojego rodzeństwa nigdy nie chorowaliśmy w dzieciństwie. Własne dziecko też wychowywałabym bez mięsa.

Chcesz dać głos i ocenić?
Dołącz do naszego stada – zarejestruj się!
Ocena użytkowników

Dodaj komentarz

Zaloguj się do swojego konta lub skomentuj anonimowo. Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *