Zawsze wdeptuję w g… - Psy.pl - mamy nosa!

Zawsze wdeptuję w g…

Dobrze się czują w sforze, łagodzą konflikty, są muzykalni i smakuje im to samo jedzenie. I nawet są do siebie podobni. O kim mowa? To mops Gluś i jego kumpel Muniek Staszczyk, lider zespołu T.Love.

Gdybym był psem, to byłbym kumplem innych psów, tak jak jestem kumplem różnych ludzi. Lubię przebywać w grupie, w sforze. I nie lubię bezsensownych konfliktów. Gdy byliśmy młodzi, każdy wyjazd zespołu to była radocha, że jesteśmy razem, że będzie czad. Czy nie są to psie zachowania? Nie przeszkadzałoby mi, że śpię w miejscu, w którym jest dużo zwierząt, bo lubię zwierzęce ciepło. Z moimi psami sypiam razem, tak jak bym też był psem.

Wygrany milion

Nie miałem wzorów z domu rodzinnego, jeśli chodzi o psy, bo jedynym zwierzęciem, które krótko z nami mieszkało, był chomik. Małe mieszkanie w bloku nie nadawało się dla większego czworonożnego lokatora. Dopiero kiedy przyjechałem do Warszawy i zacząłem się bujać z Martą, moją przyszłą żoną, która miała kundla, odkryłem, jakiego można mieć świra na punkcie psa. Ale też jak fajny kontakt nawiązuje się ze zwierzęciem. Po wielu latach, kiedy dzieci trochę podrosły, wzięliśmy od koleżanki kota, a nieco później trafiła do nas Misia. Mieszkaliśmy wtedy na nowoczesnym osiedlu, na którym roiło się od białych kołnierzyków z wielkich korporacji. Takie klimaty lat 90. XX w. Dobrze ubrani, wychuchani, jeśli nawet mieli psy, to raczej rasowe. Wychudzona, wystraszona suczka rasy owczarek kielecki (bo uratowana na Kielecczyźnie) wzbudziła więc niemałą sensację, kiedy wysiadła z auta. To była Misia. Wygrany milion w Toto Lotka, jak powiedziała do żony jej koleżanka.

Mops z billboardu

Misia po śmierci naszego drugiego kundla Kluska bardzo posmutniała. Tylko jadła i tyła. Nie chciało jej się ruszać. W tym czasie pojawiły się billboardy mBanku z cudną mopsicą w roli głównej. Przypomniałem sobie, że Marta, choć od zawsze zakochana w kundlach, powiedziała kiedyś, że chciałaby mieć psa tej rasy. I stąd wziął się pomysł prezentu gwiazdkowego dla niej. Z czterech adresów wybrałem hodowlę Eternal pani Kasi z Żoliborza. Trochę z sentymentu do dzielnicy, w której mieszkaliśmy wiele lat. Jak się później okazało, mops na billboardzie pochodził właśnie z tej hodowli. Nocą, po kryjomu, pani Kasia przesłała mi foty szczeniaków, które przyszły na świat w Świdniku, a których ojcem był jej mops. Zdecydowałem się na najżywszego, z mocnym charakterem. W wigilijny poranek owiniętego kocem malucha zapakowałem do kosza i przywiozłem do domu. I… zaczęła się gehenna pierwszych dwóch miesięcy jego szczenięctwa. Czasami trochę nas wkurzał, ale miłość przeważyła i bardzo się z nim zżyłem. Imię Gluś nadała mu żona, po bohaterze opowiadań Macieja Wojtyszki, małym zwierzątku, które miało wielkie marzenia. Dzisiaj nazwałbym go bardziej dostojnie, na przykład Winston. Choć jest mały, to ma klatę tak zbyczałą, że aż się prosi, żeby przypiąć na niej jakieś medale.

Rozbrajający antydepresant

Zawsze podobały mi się psy brachycefaliczne. Takie stwory jak boksery, buldogi angielskie czy francuskie są piękne, chociaż niektórzy mówią, że to ohyda. Gluś to pies nieprawdopodobnej urody. Te wszystkie jego fałdki, zmarszczki to poezja. Na pysku nieustannie pojawia się nowy zestaw min, z których można wiele wyczytać. Te oczy, jak dwa kamienie, ten zez, ta wypukłość, to wszystko przecudowna kreatura. I te uszka, które mu podskakują podczas biegania, pink, pink, pink. Faceci nabijają się ze mnie, że taki pies to dla jaj. Że małpę sobie kupiłem. Ale kobiety, niezależnie od wieku, go uwielbiają. Gluś je rozbraja. Mnie zresztą też. Spojrzysz na takiego gościa i nie dasz rady się nie śmiać. Z powodzeniem mógłbym polecić mopsa jako antydepresanta.

Mopsy mają szczególny dar poprawiania nastroju, gdy człowiek jest bardzo zmęczony. Ale przecież zawsze były to psy do towarzystwa i już na dworach carycy Katarzyny czy królowej Wiktorii trzymano je po to, by rozweselały ludzi. Wychowany na filmach o Szariku i Cywilu kiedyś chciałem mieć dużego psa, ale po pierwsze, dużo z nimi zachodu, a po drugie, nie jestem facetem, który musi mieć duży samochód i dużego psa. Jestem samcem, ale zdystansowanym do siebie, który lubi absurdalne poczucie humoru, więc mops do mnie pasuje jak ulał. No i ma coś takiego w swojej mordce, że jesteśmy do siebie podobni. Jest to nawet zabawne.

Psia micha to pycha

Muszę przyznać, że obowiązki przy zwierzakach ogarnia głównie Marta. Ja jestem od przytulania, głaskania, pogadania. Marta bardzo o nie dba. I choć kot jest narkomańsko wkręcony w whiskas, a i psy jedzą karmy przemysłowe, to jednak czasami dostają jedzonko przygotowywane w domu. I to nie byle jakie. Kiedyś wróciłem ze spotkania z kolegami i jak to po paru głębszych miałem ochotę coś przekąsić. Widzę w kuchni jakieś jadło w garnku, no to bach, łycha i jadę. A tu kasza gryczana i jakiś gulasz. Po prostu pycha. Nieraz zdarzyło mi się zjeść żarcie dla psów.

Warczatka w duecie

Gluś i Misia to dość egzotyczny duet. Kundel z Kieleckiego i mops, deczko wyrafinowana, stara rasa pochodząca z Chin, o której już Konfucjusz wspominał w swoich kronikach. Stało się jednak między nimi coś nadzwyczajnego. Wiedziałem, że ludzie robią różne myki typu młodszy o paręnaście lat partner, żeby się odmłodzić, ale nie wiedziałem, że to działa u psów. Misia wydawała się już starszą, spolegliwą kobietką, która lubi poleżeć, trochę poszczekać, pomerdać ogonem z psiego obowiązku. I nagle odżyła, jakby dostała nowe życie. Niespożyta energia Glusia tak się jej udzieliła, że odkąd są we dwoje, razem biegają, gryzą się na niby, powarkują. Nazywam te ich zabawy warczatką.

Mopsy są niestety bardzo pazerne na jedzenie, a w dodatku Gluś to cwaniak. Szybko zjada swoją porcję i już jest przy misce Misi, która podchodzi do jedzenia bardziej refleksyjnie. Musimy więc mieć go na oku, żeby Misia nam nie zmarniała.

Czasami nasz uroczy mops potrafi mnie wkurzyć, bo tak go roznosi, że panuje kompletna anarchia. Nawet gdy mu nawymyślam, to i tak mnie nie usłucha. Poza tym, mówiąc brutalnie, Gluś jako mops śmierdzi. Mnie to jednak w ogóle nie przeszkadza, mogę go całować, przytulać i wąchać. O chrapaniu nie wspomnę, bo to trudny do opisania odgłos prychającego autobusu. Ale kiedy przytuli się jak dziecko, czy można się na niego złościć? Albo gdy przekrzywia główkę? Robi to zwykle wtedy, kiedy do niego gadam, ale też kiedy słyszy wysokie tony muzyki. Kiedyś w Wigilię Marta zanuciła mu sopranem „Lulajże, Jezuniu”. Główka Glusia przekrzywiała się na wszystkie strony, a my uśmialiśmy się do łez. Przyjmijmy więc, że nasz mops jest muzykalny, tak jak ja.

Szczęśliwe kupy

W zespole nieźle nam idzie, wszyscy dobrze żyją, nagrywamy, zarabiamy dobre pieniądze. Za młodu często biedowałem, żyłem z długami, teraz pożyczam innym. Stare powiedzenie mówi, że gdy się wejdzie w gówno, to oznacza pieniądze. A ja ciągle wdeptuję w psie kupy. I działa to jakoś tak, że oprócz stabilności materialnej dzieje się w moim życiu dużo dobrego. Dlatego, ilekroć wdepnę, nawet się nie wściekam, tylko z uśmiechem myślę sobie, oho, pewnie będzie jakiś duży przelew albo wydarzy się coś fajnego. Trochę kuszę los, bo zdarza mi się przejść skrótem przez trawnik i wtedy oczywiście wpadam w kupę. Wychodzę z samochodu – znowu prosto w kupę. To już klasyka. Ale usuwania tego z butów nikomu nie życzę. Dlatego ja po swoich psach sprzątam i uważam, że każdy powinien to robić. Mnie szczęścia nie ubędzie.

Poważny kumploszczak

W lipcu nagrywałem nową płytę „Old is Gold”, która trafiła na rynek 16 października. To dwupłytowy album, z którego jedna płyta, bardziej elektryczna, oparta jest na starym, czarnym bluesie, a druga, bardziej akustyczna, na muzyce country, folk i starym rock and rollu. Podczas nagrywania byliśmy sami, tylko ja i psy. Pracowałem od rana do wieczora, ale w gruncie rzeczy nie byłem sam. Z Misią kumplujemy się od lat, ale Gluś to jest pies, którego się czuje, taki kumploszczak poważny. Każdy mój dzień był dość monotonny, bo tylko praca, praca, praca, ale on od rana dodawał mi energii. Myślę sobie, że fajnie byłoby napisać piosenkę o ulubionym psie. Jeśli to zrobię, to bez egzaltacji, żeby uniknąć banału, żeby znaleźć balans między ciepłym stosunkiem do psa, ale pozbawionym wariacji, i humorem, ale żeby nie było kabaretu. Już krąży mi po głowie coś z pianinem, może w stylu Beatlesów? Na razie na mojej płycie słowo „pies” pojawia się tylko w kontekście tego, że moją ulubioną literą jest „p” jak Polska, jak pałac, jak pies.

Muniek Staszczyk

współzałożyciel i lider zespołu T.Love. Autor wspomnień „Dzieci rewolucji” oraz tomiku poezji „Ganja”; właśnie ukazał się dwupłytowy album grupy T.Love „Old is Gold” 

Chcesz dać głos i ocenić?
Dołącz do naszego stada – zarejestruj się!
Ocena użytkowników

Przeczytaj także

Dodaj komentarz

Zaloguj się do swojego konta lub skomentuj anonimowo. Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *