„Dzień dobry, mój pies ma wybity bark. Można przyjechać?”. Prawda okazała się jednak inna…


Pracuję w przychodni na obrzeżach dużego miasta. Jesteśmy jedną z najdłużej pracujących placówek w okolicy, dlatego nie dziwią mnie poważne sprawy o późnych godzinach. A zwłaszcza w weekendy. Jednak w sobotę było u mnie dużo pacjentów, więc telefon na półtorej godziny przed zamknięciem lekko mnie zmartwił. Dlaczego?

Była sobota, godzina 17.45. Za 15 minut planowałam zamykać przychodnię, w poczekalni nie było już nikogo. Nagle zadzwonił telefon:

– Dobry wieczór, mam psa, który chyba ma wybity bark, do której pracujecie?
– Do 18, a co się stało?
– Nie wiem właśnie. Poczeka pani na mnie? Będę za godzinę.
– Za godzinę?
– Jadę do pani 40 kilometrów, szybciej mi się nie uda.
– Dobrze, czekam na pana.

Moje marzenie o spokojnej herbacie w domowym zaciszu szybko się ulotniło. Trzeba było pomóc cierpiącemu zwierzęciu!

Plan działania

Obmyśliłam plan postępowania, naszykowałam rentgen, żeby nie czekać, aż się włączy. Zastanawiałam się, co pocznę, jeśli bark faktycznie będzie wybity, przecież nie jestem ortopedą.

Ponownie skontaktowałam się z panem z informacją, że jeśli prześwietlenie uwidoczni zwichnięcie stawu, ja sama go nie nastawię, więc będę musiała odesłać ich dalej do specjalisty. Pan był jednak zdecydowany na przyjazd, choćby tylko na rentgen i diagnozę. Myślę sobie, że ok. Poczekam. Odpowiedzialny właściciel. Będziemy działać!

Kiedy wszystko było przygotowane i na spokojnie przemyślałam sprawę, uświadomiłam sobie, że nigdy nie widziałam zwichnięcia barku u psa! Biodra czy stawu skokowego tak, ale nigdy kości ramiennej. Wtedy pojawiła mi się iskierka nadziei, że może to będzie coś mniej skomplikowanego i uda mi się pomóc na miejscu.

Wejście

Mniej więcej po godzinie do gabinetu wszedł młody mężczyzna ze smutną amstaffką. Lubię te psy, zwykle są bardzo sympatyczne. Ale szybko sobie uświadomiłam, że szanse na nastawienie przeze mnie barku u tak umięśnionego zwierzaka są bliskie zeru.

Przyjrzałam się suczce i nie było to na pewno wybicie stawu! Pies stał na przednich łapkach stabilnie, obie obciążał tak samo mocno. Gdyby problem dotyczył postawionej przez właściciela wstępnej diagnozy, pacjentowi nie udałoby się w ogóle stanąć na łapie.

Moją uwagę przykuła wielka gula w okolicy łopatki. Była wielkości dorodnej pomarańczy. Dokonałam oględzin i odetchnęłam z ulgą. Wielka gula była w jednym miejscu bardziej miękka, chełbocząca. Pies zawył przy dotyku.

Ta gula to ropień!

Powiedziałam właścicielowi, że to ropień. Przedstawiłam najbliższe postępowanie, obejmujące nakłucie zmiany, ściągnięcie wydzieliny i wypłukanie jamy po ropniu. Pan, o dziwo, się nie przeraził, bo – jak stwierdził – wie doskonale, o co chodzi. Sam jest zapaśnikiem i takie rzeczy robią mu się na… uszach!

Wspólnie przystąpiliśmy do zabiegu. Suczka zniosła z godnością i dużą cierpliwością manewry przy swojej łopatce. Po mojej interwencji gula zniknęła, a kształt łapy wrócił do normy. Od razu na pysku pacjentki widać było ulgę. Przestało boleć.

Skąd biorą się ropnie?

Przyznam szczerze, że tak wielkiego ropnia to jeszcze u psa nie widziałam. U kotów znacznie częściej pojawiają się zmiany ropne, a to ze względu na fakt, iż wychodzące osobniki walczą o teren z innymi kotami.

Etiologia ropni jest banalnie prosta. W sytuacji, gdy dojdzie do uszkodzenia skóry – czy to przez zadrapanie, ugryzienie, a czasem nawet zwykłe stłuczenie (co powoduje zmiażdżenie komórek) – do rany dostają się bakterie. Małe rany, np. po kłach lub pazurach, szybko się zasklepią i wygoją, ale drobnoustroje pod skórą zaczną się rozmnażać, wywołując powstawanie ropy. Płyn zbiera się pomiędzy tkankami. Z czasem jest go tak dużo, że skóra potrafi pęknąć i dochodzi wówczas do wydobycia się gęstej mazi na zewnątrz.

Ropnie bolą!

Ból jest w miejscu, gdzie ropień się znajduje, ale przez swoją intensywność może wywoływać ogólny spadek formy pacjenta, brak apetytu, problemy z poruszaniem się (w zależności od tego, gdzie jest umiejscowiony), apatię.

Zwykle bez interwencji lekarza weterynarii i podania odpowiednich leków (przeciwbólowych i antybiotyku) się nie obędzie. Na szczęście, jak już wspomniałam, ropnie u psów zdarzają się stosunkowo rzadko.