Nie ma takiego cierpienia psa, którego nie zniósłby człowiek

Tytuł tego artykułu to powiedzenie lekarzy weterynarii, które znam od początku studiów. Jego prawdziwe znaczenie dotarło do mnie dopiero podczas pracy w zawodzie.

To, że ludzie są różni, wiemy nie od dziś. W każdej dziedzinie życia natknąć się można na takich, co są w zachowaniu lub zainteresowaniach tacy jak my, ale też takich, którzy zdecydowanie od nas odbiegają.

Odkąd pracuję w zawodzie, stykam się każdego dnia z ludźmi postępującymi zdecydowanie inaczej niż ja. Mnogość przykładów jest przytłaczająca, ale kilka opiszę.

Buda wrogiem psa?

Pewnego lata przyszły do gabinetu trzy kobiety. Wydawało mi się, że to matka z dwiema dorosłymi córkami. Były zapłakane i roztrzęsione.

W kocu przyniosły starszego pieska, wystawała mu tylko głowa. Trudno mi było się dowiedzieć, co się stało, ale ze strzępków informacji poskładałam, że pies od trzech dni siedział w budzie i nie chciał wyjść. Nic nie jadł i nie pił. Nie skłoniło to właścicieli do wcześniejszego reagowania, mimo szalejących upałów na zewnątrz. Czwartego dnia jednak pies wyszedł, jakby prosząc o pomoc. Wtedy zdecydowały się przynieść go do mnie.

Po odwinięciu koca moim oczom ukazał się obraz nędzy i rozpaczy. Wychudzony pies, ważący około 15 kg, a powinien przynajmniej 20. Sierść była cała pozlepiana od ropy, pomiędzy strupami maszerowały larwy much, a zapach… Nie da się tego nazwać zapachem, raczej odorem…

Na moje weterynaryjne oko sprawa nie toczyła się od trzech dni, ale raczej od trzech miesięcy. Gdy zapytałam o tę rozbieżność w czasie, właścicielki nie zaprzeczyły. Stan psa wskazywał na agonię. Nie pozostało nic innego, jak mu ulżyć.

Mój pies kuleje od zawsze

York, 6 lat. Biegnie i podnosi jedną łapkę, tak pokonuje kilka susów, i później biegnie normalnie. Na moje pytanie, czy kiedyś widział go ortopeda, pada magiczne: „Nie, ale on zawsze tak miał. Myślałam, że to normalne”.

Ale nie jest normalne. Psy ras małych mają genetyczne problemy ze stawami kolanowymi. U większości z nich diagnozuje się zwichnięcie rzepki różnego stopnia. Nie każdy stopień jest wskazaniem do operacji, ale fizycznie nie ma innej możliwości leczenia. Jak objawia się zwichająca rzepka? Dokładnie tak jak na początku akapitu. Pies podskakuje, gdy rzepka spada ze stawu. Nie ma możliwości wtedy wyprostowania kolana, więc biegnie na trzech łapkach. Gdy rzepka wróci na miejsce, piesek może dalej używać nogi.

Sytuacja taka wiąże się z nieopisanym bólem. Dlaczego nie widzą tego właściciele? Bo pies się nie skarży, nie płacze, w pewnym stopniu przyzwyczaja się do bólu.

W tej sytuacji na nic zdały się moje tłumaczenia o silnym bólu, jaki odczuwa pies podczas zwichnięcia rzepki. Bólu porównywalnego ze zwichnięciem kolana u człowieka! Kto miał, ten wie, że jest prawie nie do wytrzymania. Skoro kuleje od zawsze, to po co leczyć? Przecież leczenie jest niebezpieczne! Operacja? Ale po operacji będzie boleć… Czasem nie rozumiem ludzkiej logiki.

To tylko kot!

Na koniec kot. Muszę o nim napisać. Kot, który jest moim wyrzutem sumienia z dzieciństwa. Babcia mojej koleżanki miała go w mieszkaniu. Gdy skończył kilka lat, zaczął chorować. Miły zwierzak z rozrabiaki zrobił się śpiącym starszym panem. Przestał chodzić po mieszkaniu, raczej wylegiwał się zwinięty w kłębek, nie jadł, zaropiały mu oczy, miał ciężki oddech.

Ponieważ miałam tylko 8 lat, nie miałam zbyt wielkiego wpływu na babcię – w dodatku koleżanki. Na moje prośby, aby zabrali kota do lekarza, starsza pani stwierdziła, że to tylko kot, niech się sam wyliże. Nie wylizał się… A mi został niesmak, że nic więcej dla niego nie zrobiłam.

Dlaczego doprowadzamy do takiego cierpienia?

Nie umiem zrozumieć, czemu ludzie biorą zwierzęta, a później o nich zapominają. A jak nie zapominają, to patrzą dniami, tygodniami, latami na ich cierpienie, gdy te zaczynają chorować. Zwykle czekając, aż problem sam się rozwiąże, zamiast zapewnić psu czy kotu godne życie.

Nie ma takiego cierpienia zwierzęcia, jakiego nie zniósłby człowiek. Niestety, tak bardzo jest to prawdziwe…