Przypadek? Czyli czym się kierowałam, adoptując psa
Przypadek? Czym się kierowałam, adoptując psa

Przypadek? Czyli czym się kierowałam, adoptując psa

Nie krytykuję tych, którzy kupują z hodowli, nie wychwalam tych (w tym siebie), którzy adoptują. To są decyzje, które się po prostu podejmuje.

Każdy zna siebie (a przynajmniej powinien) i swoje możliwości. I to nimi powinniśmy kierować się przy wyborze. Ale czy tylko? Może to przypadek? Dziś napiszę o tym, co kierowało mną.

1. Rasa, wielkość i wiek

Nie chciałam psa małego ani potężnego. Do kolan, ale na tyle lekkiego, by móc unieść go na rękach. Z długim włosem. Nie chciałam szczeniaka, ale wolałam psa w miarę młodego, żeby zdążyć wyrobić wspólną więź. Podobnego do bordera, bo po prostu ten typ urody mi się podoba. Sprecyzowanej rasy nie miałam, bo nie byłam ukierunkowana na to, co bym dalej chciała z tym psem robić. W końcu wybór jest tak szeroki (jeśli chodzi i o aktywności, i o rasy), że gdybym miała analizować, to pewnie analizowałabym to wszystko do tej pory.

Border kojarzył mi się głównie z agility (stereotypy robią swoje). Skończyłam z psem w typie hovka z zacięciem do tropienia. I to chyba jedna z najlepszych postaw: dopasować aktywność do psa, a nie kierować się wyborem psa ze względu na aktywność.

2. Płeć

Dla mnie kwestia dość istotna. Zdecydowanie wolałam (i wolę) suki. Bystrzejsze, pilnujące się bardziej domu, ze swoimi babskimi humorami, delikatne, choć czasami i ostre, nie podsikujące na spacerze każdego krzaczka co pół metra. I o ile wszystkie punkty mogłyby ulec zmianie, ten jeden musiał być zachowany.

3. Charakter

Chciałam psa dziarskiego, w miarę odważnego, ale też i nieufnego w stosunku do obcych. Inteligentnego. Koniecznie komunikatywnego. To, że mogę się słownie posprzeczać z psem, a on może wyrażać swoją dezaprobatę lub wręcz przeciwnie – zadowolenie, ceniłam (i cenię!) sobie ogromnie. I nie tyle chodzi mi tu o szczekanie (bo bezmyślnego szczekactwa nie znoszę), co o inne rodzaje wokalizacji.

Z upływem lat zauważyłam też, że mój pies wciąż ewoluuje w wydawaniu coraz to nowych dźwięków i stanowi to dla mnie niesamowite źródło nauki i spostrzeżeń.

4. Miejsce pobytu

Początkowo szukałam w swoich okolicach. Na stronach schronisk i portalach ogłoszeniowych (Facebook wtedy był w fazie bardzo początkowej). Żaden jednak pies czy też opis psa nie trafił w moje gusta. Finał był taki, że Emka trafiła do mnie (Piotrków Tryb.) z domu tymczasowego w Warszawie, choć sama była wyciągnięta ze schroniska w Olsztynie. Wszystko przez forum borderów, które z kolei przekierowało mnie na forum aussików. I właśnie tam… przypadek?

5. „To coś”

Ustrzeliła mnie strzała amora. To była miłość od pierwszego wejrzenia. Jej jedno zdjęcie wystarczyło, żeby z sufitu posypało się konfetti, w uszach zabrzmiał odgłos werbli, a potem pojawił się wielki napis „tak, to ona!”. To był impuls. To była chemia.

Oczywiście to były tylko zdjęcia, i tylko słowa w ogłoszeniu, więc liczyłam się z tym, że konfrontacja „na żywo” może wiele zmienić. Ale intuicji trzeba słuchać.

6. Problemy

Denerwuje mnie pogląd, że pies ze schroniska MUSI BYĆ PROBLEMOWY. Bo przecież inaczej ludzie by się go nie pozbyli. Jakby nie zdarzały się sytuacje, kiedy ludzie znudzili się szczeniakiem (po prostu), właściciel zmarł lub pies się zgubił (wystrzały, petardy, kradzieże, pogoń za zwierzyną). Oczywiście, te psy często mają jakiś ślad na psychice. Ale to nie jest regułą, a bezdomniaków jest tyle, że zawsze można takiego znaleźć (jeśli się chce).

Jedyną rysą na charakterze (nieskazitelnym oczywiście) Emki jest nieufność, o którą przecież mi chodziło. Nieufność, która skutkuje jej awanturami głównie na widok obcych i postawnych mężczyzn. Na chwilę obecną jest to raczej nieszkodliwa przypadłość, która się czasem zdarza, ale początki nie były łatwe. Kontakty z psami również uległy poprawie. Jak i jej poziom komunikacji. Pokazanie zębów czy kącików warg zastępuje to, co kiedyś wyglądało jak atak.

7. Koszty utrzymania

Serce mnie chwyta na widok psów starszych i schorowanych. Na początku myślałam nawet o takim, ale perspektywa kosztów leczenia, a przede wszystkim niedaleka wizja odejścia psa jest ponad moją wytrzymałość psychiczną.

Dodatkowo trzeba mieć świadomość, że pies – nieważne z jakiego źródła – generuje koszty. Wybór więc powinien być na tyle odpowiedzialny, by temu sprostać. Wielkość ma tu tylko teoretyczne znaczenie, bo znam takich opiekunów, którzy więcej wydają na swojego yorka niż właściciel stada huskich. Podstawą jest określenie budżetu, jaki możemy przeznaczyć na miesięczne wyżywienie psa, obowiązkowe szczepienia, odrobaczanie, zabezpieczenie przeciwko kleszczom, akcesoria, które się zużywają, opiekę dla niego, jeśli planujemy wyjazdy itd.

Przypadek?

Niektórzy mówią, że przypadek nie istnieje. Ja uważam, że Emka miała być moim psem. I miałyśmy trafić akurat na siebie. Nie wiem, na ile to mój własny wybór, a na ile przeznaczenie. Wiem, że kiedy jej zabraknie, jedynym sposobem na zmniejszenie mojego odczucia straty będzie przygarnięcie kolejnego psa. Również „z odzysku”.

Autor: Grzeczni Podopieczni
Chcesz dać głos i ocenić?
Dołącz do naszego stada – zarejestruj się!
Ocena użytkowników

  • Krzysztof
    Krzysztof 23 listopada 2017 o 14:50

    Ja wziąłem ze schroniska pieska, który pierwszy wpadł mi w oko. Wszystkich niestety nie mogłem wziąć.

Dodaj komentarz

Zaloguj się do swojego konta lub skomentuj anonimowo. Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *