Spacer z psami skrajnościami. Studium porównawcze, część pierwsza

Miałam dużo czasu, żeby się nim nacieszyć, a przy okazji po raz kolejny przekonać się, w jak odmienny sposób funkcjonują moje psy. Wnioski z obserwacji można ująć w jednym zdaniu – moje psy funkcjonują w sposób CAŁKOWICIE ODMIENNY. Tę odmienność, manifestowaną na każdym kroku i o każdej porze, najwyraźniej widać podczas wspólnych spacerów. Pokusiłam się więc o iście naukową, szczegółową analizę tego arcyważnego elementu psiej egzystencji, jakim jest spacer.

Próba badawcza: jako obiekt moich obserwacji posłużyli Tuwim (dog niemiecki) i Django (pies w typie husky o nieustalonym pochodzeniu). Wiadomo, byli pod ręką.

Wiarygodność badania: Studia porównawcze były przeprowadzane w trakcie wspólnych spacerów, nie istnieje więc ryzyko wystąpienia jakichś istotnych zmiennych, które mogłyby wpłynąć na wynik obserwacji.

Ponieważ podczas przeprowadzanego badania dały się zaobserwować pewne podobieństwa – prezentowanie wyników zacznę właśnie od nich. Zarówno na spacer z Django, jak i na spacer z Tuwimem zabieram smycz.

Teraz skupmy się na różnicach.

Django na smyczy, czyli po co idziesz za mną

Django chodzi na spacery sam. To znaczy jestem tam niby gdzieś przyczepiona do drugiego końca smyczy, ale bardziej na zasadzie uwierającej metki w ubraniu, niż cennego towarzysza podróży. Django na spacerze ma do załatwienia milion spraw i ostatnią rzeczą, jakiej potrzebuje, jest jakiś naczelny kroczący półtora metra za nim. Nie zawiadamiajcie TOZ-u, ale czasem coś mnie podkusi i próbuję znienacka odezwać się do niego, kiedy jest w amoku węszenia. Serio – jedyną reakcją jest jakiś ledwie zauważalny ruch gałek ocznych w miejsce, w którym znalazłabym się, gdybym nagle przyspieszyła kroku.

Tuwim na smyczy, czyli nienawidzę kantara

Tuwim za to celebruje każdą minutę wspólnej przechadzki. Tuwim jest praktycznie cały czas w kontakcie, zawsze na łączach. Tuwim utrzymuje kontakt wzrokowy, ale utrzymuje też kontakt każdym innym zmysłem. Na nagły komunikat w jego stronę reaguje równie nagłym podskokiem w moją. A kiedy dog skacze w twoją stronę, to wiedz, że możesz skończyć z podbitym okiem. Kiedy podejrzanie długo nic do niego nie mówisz – Tuwim zaczyna przypominać ci o swoim istnieniu delikatnymi jak muzyka Rage Against The Machine uderzeniami pyska w twoje biodro.

Prowadzenie Tuwima na spacer charakteryzuje jeszcze jeden istotny, acz kłopotliwy element, będący konsekwencją moich zaniedbań wychowawczych. A mianowicie – mam na imię Ola i mój pies ciągnie na smyczy.

W sumie nie do końca jest tak, że zaniedbaliśmy naukę chodzenia na luźnej smyczy. W czasie nauki używaliśmy po prostu złych metod, a kiedy już poznaliśmy dobre – było za późno. No bo jak uniemożliwić psu o wadze 78 kilogramów kontynuowanie spaceru przy napiętej smyczy, jeśli on ma akurat ochotę ją napiąć? Mogę próbować się zatrzymać (ha ha ha) albo zmienić kierunek spaceru, kiedy dog napina smycz, ale będzie to oznaczało, że idziemy w tym kierunku, który wybrał dog, z tą różnicą, że będę ciągnięta tyłem. Krótko mówiąc, moja porażka wychowawcza nazywa się kantar.

Tuwim nie znosi tego ustrojstwa. W sensie bardzo lubi jego widok, bo widok kantara oznacza spacer, ale wielokrotnie podczas każdego spaceru Tuwim próbuje go zdjąć, albo trochę przesunąć, albo się pod nim podrapać, albo rozszarpać go na kawałki. Tak – Tuwim nie lubi nosić kantara. Ale ja nie lubię szorować twarzą po asfalcie (już tego próbowaliśmy), więc poszliśmy na kompromis i Tuwim chodzi w kantarze, a ja chodzę na nogach.

Django bez smyczy, czyli freedom!

Czasami mam wrażenie, że Django żyje tylko dla tych chwil, kiedy biega wolno. Chyba tylko wtedy jest tak naprawdę szczęśliwy. Mamy to niewyobrażalne szczęście, że PÓKI CO (słowa: „mój pies nigdy” już dawno wymazałam korektorem a następnie wydrapałam z mojego słownika żyletką) Django należy do tego promila huskych, które nie nawiewają na spacerach. Mogę więc z umiarkowanie spokojnym tętnem obserwować, jak samodzielnie eksploruje świat i próbuje rozgryźć teorię wszechrzeczy. Biega we wszystkich kierunkach naraz, przystaje, rozgląda się, nasłuchuje, a przede wszystkim węszy, węszy, węszy.

Mimo że z takiego czysto ludzkiego, przyziemnego punktu widzenia Django nie robi nic szalenie istotnego, to jednak budzi we mnie jakiś wielki szacunek, jakąś zazdrość, że ja nie umiem się w niczym aż tak zatracić. Że mimo ciągłych starań i pełnej świadomości, że tak być powinno – nie potrafię aż tak zachwycić się trawą, ławeczką, wiatrem, patykiem, asfaltem, kamykiem, kałużą i koszem na śmieci.

Jest też druga strona medalu – Django, biegając wolno, łączy się z absolutem, nic więc dziwnego, że traci łączność ze mną. No może nie tak do końca, bo kontroluje, gdzie jestem i co jakiś czas przystaje, żebym mogła zbliżyć się do niego na taką odległość, która jest dla niego do zaakceptowania. Jak tylko dystans między nami uzna za odpowiedni – puszcza się biegiem, by kontynuować swoją ekspedycję, a mnie zostawia daleko w tyle, jak ten czterolatek na stoku w Białce Tatrzańskiej, kiedy po raz ostatni wmawiałam sobie, że mogę się nauczyć jeździć na nartach.

Tuwim bez smyczy, czyli nie jestem psem, jestem dogiem!

W przeciwieństwie do Djanga – Tuwim właśnie w czasie spacerów najmniej przypomina psa. To wtedy sprawdza się porzekadło o dogach, że to już nie psy, ale jeszcze nie ludzie. Tuwim puszczony ze smyczy stosunkowo rzadko oddala się na dłuższe odległości. W zdecydowanej większości przypadków kroczy sobie spokojnie obok ciebie i przysięgam, że brakuje tylko, żeby miał kapelusz, prochowiec i ręce założone za siebie, z taką godnością służy ci swoim towarzystwem na spacerze.

Tuwim nie do końca kupuje tę całą historię z węszeniem w trawie. W zasadzie trudno się dziwić, bo jego pysk dzieli od ziemi taka odległość, że na samą myśl o nose worku w jego wydaniu boli mnie kręgosłup. Jeśli już zdarzy się, że w chwili zapomnienia Tuwim oddali się od ciebie na jakąś porażającą odległość 20 metrów – momentalnie wraca biegiem z taką radością, jakbyś był jego kolegą z wojska, którego nie widział od 30 lat. Jak teraz o tym myślę, to z Tuwimem jest trochę jak z dorastającym człowiekiem – póki jest na smyczy, próbuje wszelkimi sposobami się oswobodzić. Kiedy nareszcie może iść luzem – przekonuje się, że ta wolność to w sumie nic aż tak bombowego.

Tym filozoficznym i moralizatorskim akcentem kończę pierwszą część analizy. Pozostańcie z nami – w części drugiej będzie mniej cenzury!