Twój pies jest jakiś dziwny…

Czy ktoś z was ma „problemowego” psa? A jeśli tak, to czy kojarzycie pełne współczucia spojrzenia ze strony tych, których pies „by nigdy…”?

Tuwim – pies problemowy

Praca z Tuwimem idzie ciężko. Można powiedzieć, że Tuwim ma swoje demony, ale można też ująć to tak, że nienawidzi 90% psów, które mija, będąc na smyczy. Ostatnio kiepsko zachowywał się również bez smyczy, choć i to można by ująć dosadniej.

Generalnie ma podobne problemy, jak zdecydowana większość yorków, z całą sympatią do tej lekceważonej, niedocenianej i noszonej w damskich torebkach rasy, która onegdaj miała naprawdę ważniejsze zadania niż noszenie kokardek i sikanie do kuwety. Skala jest jednak nieco większa, niż w przypadku yorka. Jakieś 25 razy większa, biorąc pod uwagę kilogramy.

Smyczowy awanturnik

Tuwim reaguje na mijane psy eksplozją złych zachowań: szarpie smycz, staje dęba, ujada. Poza wspomnianym wcześniej wyskokiem, kiedy, nie będąc na smyczy, również „pokłócił się” z innymi psami, trzeba natomiast powiedzieć, że bezpośrednie kontakty z przedstawicielami jego gatunku należą raczej do udanych. Owszem – często wzbudza lęk swoją masą i pokładami energii, ale jest nastawiony pokojowo i zabawowo, więc po pierwszym szoku psy do niego lgną.

Nic mądrego do powiedzenia

Tyle tytułem wstępu. To nie będzie post o metodach w naszej żmudnej pracy, ani o powolnych, mikroskopijnych postępach. To nie będzie post o mojej bezsilności i frustracji, kiedy robimy krok w przód, a potem cofamy się o dwa.

Nie będzie porad ani wskazówek, bo przygnębiająco często mam wrażenie, że co kilka dni jest regres i zaczynamy od zera. Nie będę też prosić o pomoc i podpowiedzi, bo wszystkie techniki znam na pamięć i nie mam wątpliwości co do tego, że coś robię źle, że winę za brak progresu ponoszę ja, i nikt inny. Jestem tego świadoma i myślę o tym częściej, niż może się wam wydawać.

Do ciebie, zniesmaczony przechodniu

Ten post jest o czymś zupełnie innym. Chcę go skierować do wszystkich tych, którzy mijają mnie na spacerze. Mnie i każdą inną psio-ludzką parę, która ma problemy. Mijają, kręcąc głową z dezaprobatą, komentują naszą szarpaninę szeptem na tyle głośnym, bym była w stanie go usłyszeć, przewracają oczami, przekrzywiają usta, podnoszą brwi.

Piszę go do wszystkich, którzy dziwią się, że mimo spacerowych katastrof, tak bardzo cieszę się na odwiedziny Tuwima. Do moich znajomych i do wszystkich znajomych innych ludzi z problematycznym psem. Do tych, którzy dziwią się, jak można lubić takiego sfiksowanego psa. Jak można kochać, jak można chcieć uchylić nieba psu, który sprawia kłopoty i jest męczący. Nie tylko tego psa, który wścieka się na mijane czworonogi. Także takiego, który ma jakikolwiek inny problem do przepracowania. Warczenie przy misce, szczekanie na gości, gonienie rowerzystów. I każdy inny problem, o jakim można pomyśleć.

Bezczelnie uzurpuję sobie prawo do tego, by powiedzieć coś w imieniu wszystkich właścicieli, którzy mają „problemowego” psa i są tego świadomi.

A zatem…

Nie jesteśmy ślepi. Znamy swojego psa. Widzimy jego zachowanie na co dzień. Widzimy je częściej niż wy. Próbujemy coś z tym robić. Czasem budzimy się pełni silnej woli i działamy, a czasem bezradnie rozkładamy ręce i chcemy tylko, by spacer się skończył. Czytamy poradniki, rozmawiamy ze specjalistami, szukamy rozwiązań na forach, ale są dni, kiedy połykamy łzy i wątpimy, czy kiedykolwiek pomożemy naszemu psu.

Bo to jest właśnie główny cel. Nie jest nim ułatwienie sobie życia czy udobruchanie sąsiadów. Chcemy ulżyć psu.

Mój Tuwim nie jest kibolem, nie jest chuliganem. Nie czerpie radości z sytuacji, kiedy pragnie spuścić łomot innemu psu. Mój Tuwim jest kłębkiem nerwów. Jest spięty, zestresowany i pełen lęku. Skąd to wiem? Bo kiedy widzi mijającego go psa – nie interesują go nagrody. Jest to ta jedna jedyna minuta w ciągu dnia, kiedy nie może myśleć o jedzeniu. To dlatego tak ciężko się z tym pracuje. To dlatego trudno wskazać mu poprawne zachowanie. To stąd wiem, że jego stan emocjonalny jest daleki od euforii. To stąd moja pewność, że on sam byłby dużo szczęśliwszy, gdyby potrafił wyluzować.

Człowiek psu wilkiem

Psy same sobie nie fundują takich problemów. Poza jakimiś ewidentnymi przypadkami chorobowymi – za „złe zachowanie” psa odpowiedzialny jest człowiek. Czasem jest to degenerat, który bił swojego psa, innym razem domorosły treser, który uważał, że ma święte prawo zabierać psu miskę sprzed nosa, kiedy tylko najdzie go ochota. Niestety równie często jest to dbający i kochający właściciel, który coś przeoczył, o czymś zapomniał, całkiem nieświadomie zaniedbał socjalizację.

Z ręką na sercu – nie wiem na sto procent, w którym momencie popełniłam błąd. Nie jestem nawet w stanie wskazać konkretnego momentu, kiedy to wszystko się zaczęło. Myślę, że przyczyn było kilka, nałożyły się na siebie i spowodowały kataklizm. Moja w tym głowa, żeby to odkręcić i choćbym miała próbować do śmierci, to będę próbować. I będę czuć wyrzuty sumienia za każdym razem, gdy Tuwim doprowadzi mnie do szewskiej pasji swoim zachowaniem, bo jedno spojrzenie w jego niespokojne oczy przypomni mi, kto tak naprawdę cierpi, kogo ta sytuacja dotyka najbardziej.

Do sedna

Wy wszyscy, którzy dziwicie się tej miłości. Którzy może nawet rozumiecie, że nie bardzo mamy inne wyjście, niż „męczenie się” z naszymi problemowymi psami, ale współczujecie, że to na nas trafiło i w duchu myślicie, że lepiej nie mieć żadnego psa, niż mieć takiego, jak nasz.

Zrozumcie jedno. Ten nasz problem – czy jest nim agresja smyczowa, czy warczenie przy misce, czy ucieczki na spacerach, czy niszczenie w domu, czy wycie i szczekanie pod nieobecność właściciela, czy popuszczanie na widok obcych, czy skakanie na ludzi, czy ciągnięcie na smyczy, czy rzyganie w aucie… To jest tylko jeden niewielki wycinek życia z naszym psem. Mały aspekt jego osobowości. Jeden podpunkt na liście jego cech charakteru. Poza nim są tysiące innych. Miliony powodów, by kochać. Miliardy chwil, które stworzą wspomnienia tak wielkie, że nie będzie już miejsca na to, by pamiętać, że mój pies nie znosił innych psów, gdy szedł na smyczy.