Gdy weterynarz ma inne zdanie niż właściciel psa…


Czasem są takie dni, że stopień niezrozumienia z właścicielem sięga zenitu, a weterynarz ma ochotę krzyczeć. W różnych kwestiach właściciele zwierząt mają inne zdanie niż my, lekarze, ale bywa, że naprawdę trudno znaleźć kompromis.

Do gabinetu przyszła pani w średnim wieku z małym pieskiem na rękach. Z daleka już było widać, że psiak jest kiepsko ostrzyżony, po amatorsku. Miał tak zwane „zęby”, a jego sierść była postrzępiona.

Co się stało?

– Pani doktor, ona się zadrapała na szyi. Dziś ją strzygłam i to zobaczyłam.
– Sama ją pani strzygła? Nożyczkami?

Piesek był mały, około 2-3 kilogramów, trochę podobny do shih tzu. Rana wyglądała jak przecięcie skóry, a nie zadrapanie, i to dość spore, bo miało około 5 centymetrów!

– No tak, sama. Teraz jak jest ten koronawirus to nic nie można załatwić. Jak pani myśli, skąd się wzięła ta rana?
– To wygląda jak przecięcie, a nie zadrapanie. To duża rana. Znieczulimy miejscowo i zszyjemy.
– Szycie? No nie….
– Ale czemu nie? Boi się pani znieczulenia? To tylko miejscowe.
– Nie, nie chcę szycia.
– Druga opcja jest taka, że goimy pod opatrunkiem, ale to zajmie ze dwa tygodnie.
– No to tak, tak lepiej.

Po dokładniejszych oględzinach okazało się, że rana jest bardzo duża i pod opatrunkiem będzie się goiła naprawdę długo. Zszycie rany byłoby szybkie i prędko by się zrosło. Takie gładkie cięcia po zszyciu zrastają się przez rychłozrost. Kilka dni i po sprawie. Oczywiście po uprzednim dokładnym oczyszczeniu rany i podaniu antybiotyków.

Kolejna próba dyskusji z właścicielką…

– Wie pani co, może jednak to zszyjemy, to naprawdę duża rana.
– Ale szycie to nie za bardzo. Naprawdę jest konieczne?
– Według mnie jest to lepsze rozwiązanie.
– Ale ja się nie zgadzam. Według mnie to całe szycie jest zupełnie niepotrzebne.

Gdy właściciel nie wyraża zgody – nie możemy nic zrobić. Koniec końców rana dobrze zaopiekowana, odpowiednio doglądana, odkażona i pod opatrunkiem ma szansę się wygoić.

Opatrunek, ale i leki

– W takim razie zrobimy opatrunek, podamy antybiotyk i leki przeciwbólowe i spotkamy się za dwa dni na zmianę opatrunku.
– Antybiotyk? I pojutrze znowu mam przychodzić? Po co? Nie zgadzam się!

Niestety, tłumaczenie zdało się na nic. Właścicielka nie wyraziła zgody na podawanie leków. Smutne, że przyszła do nas po pomoc, a tej pomocy nie chciała otrzymać. Weterynarze nie mieli kompletnie żadnego autorytetu w oczach tej pani. Podważyła sensowność naszego planu wyleczenia, za którym przecież stała wiedza i doświadczenie, i nie pozwoliła na leczenie psa.

Czasem, mimo szczerych chęci, lekarz nie może za wiele zrobić. Jego zadaniem jest proponowanie rozwiązań, ale to właściciel ostatecznie decyduje. Wyraża zgodę na pewne procedury, a na inne może się nie zgadzać. Tylko psa szkoda…