Portrety z sercem: niewrażliwy obrońca zwierząt – wywiad z Cezarym Wyszyńskim


Fizia to jego zwierzak życia – bez dwóch zdań! Ale nigdy by jej nie spotkał, gdyby nie został wolontariuszem w Korabiewicach, a nie zostałby nim, gdyby nie pewien las. Trudno o gorsze miejsce urodzenia dla obrońcy praw zwierząt niż wieś. Miał pięć lat, gdy rodzice rozpoczęli hodowlę zwierząt. – Całkiem sporą, bo mieli ponad sto świń – przypomina sobie Cezary Wyszyński, prezes fundacji Viva! Akcja dla Zwierząt.

Na szczęście był wtedy jeszcze dzieckiem. – Jako młody mężczyzna musiałbym uczyć się zabijania. Wtedy nie widziałem w tym nic złego. Myślałem, że to normalne. Świnie są po to, aby je zabijać i zjadać, a psy służą tylko do pilnowania zwierząt – mówi.

A jednak świniobicie, które widział jako kilkulatek, wyparł z pamięci. Przypomniał sobie o nim dopiero po latach. Dlaczego? – Chyba to było na tyle okrutne, że nie chciałem tego pamiętać – zastanawia się Cezary Wyszyński.

Bo konie płaczą

Uważa, że miał szczęście, bo zanim dorósł, rodzice zmienili profesję. Hodowla była nieopłacalna. Dobro zwierząt nie zaprzątało wtedy jego głowy. Miał 18 lat. Lubił jeździć ze znajomymi do Puszczy Bolimowskiej. Spacerowali, palili ogniska. Kiedyś przyjechali na swoje ulubione miejsce, a tam wycięty kawał lasu. Powalone pnie, ścieżki rozjeżone traktorami. – Byłem zły. Tak egoistycznie, bo zepsuli mi ładny widok. Zacząłem wnikać, dlaczego ten las wycinają i czy można coś z tym zrobić – opowiada Wyszyński. – Znalazłem kontakt z organizacją Źródła z Łodzi. Nic się nie dało zrobić z lasem, ale wtedy zacząłem poznawać ludzi, którzy mieli inny światopogląd niż mój. Mówili o ekologii, życiu w zgodzie z naturą i o losie zwierząt. Oni zwrócili moją uwagę na problem.

Wtedy zaczął sprawdzać w internecie, jak wygląda sytuacja zwierząt. Polskich stron było mało, ale na stronach anglojęzycznych mógł już zobaczyć zdjęcia z przemysłowej hodowli świń, tuczenia gęsi na foie gras (pasztet strasburski), czy przerażające sceny z ferm drobiu. Dowiedział się też, że zwierzęta czują ból, tęsknią. Konie płaczą. Świnie, jeśli da się im szansę, wcale nie są brudne. Że zwierzęta – podobnie jak człowiek – mają swoje potrzeby psychiczne.

– Nie byłem szczególnie wrażliwy, ale zrozumiałem, że coś jest nie w porządku z tym, jak traktujemy zwierzęta. Zadałem sobie pytanie, po co jeść mięso, i nie potrafiłem udzielić sensownej odpowiedzi. Była niedziela i zdecydowałem, że od poniedziałku przestaję – opowiada. – Było to jakieś 15 lat temu. Wszyscy wokół się krzywili. Rodzina była święcie przekonana, że wkrótce umrę. Najpierw, że za rok, potem – za pięć lat, dziesięć. Tymczasem ja ciągle miałem się dobrze. Tak samo jak mój brat, który również przeszedł na wegetarianizm. Mama zaczęła nam gotować i jeść to, co my. I tak mięso powoli znikało również z jej diety. Nagle okazało się, że czuje się dużo lepiej i dolegliwości, na które cierpiała latami, ustąpiły – wspomina Cezary Wyszyński. – Prowadziła hodowlę, a dziś i ona jest wegetarianką.

Każde z nich rzuciło mięso z innych powodów. Oni dla zdrowia, Cezary, żeby nie zabijano zwierząt.

Bo kotkę potrącił samochód

Ale samemu się zmienić, to nie wystarczało. To, czego się dowiedział, chciał przekazywać dalej. Razem z przyjaciółmi wieszali plakaty, drukowali ulotki. Wreszcie założyli stowarzyszenie Empatia. – Wspominam te czasy bardzo miło, ale to była partyzantka. Po dziesięciu godzinach pracy zasuwałem dla stowarzyszenia, aby robić coś dla zwierząt – tłumaczy i dodaje: – W pewnym momencie Viva szukała akurat pracowników i się zgłosiłem. Mogłem wreszcie zajmować się tym, czym chcę. Czyli poświęcić cały swój czas dla zwierząt.

W życiu Cezarego Wyszyńskiego ważną rolę odegrało schronisko dla zwierząt w Korabiewicach. – Pierwszy raz pojechałem tam ze Źródłami. Prowadząca schronisko zrobiła świetne wrażenie. Była mroźna zima. Kiedy wchodziliśmy do domu, poprosiła mnie, abym nie domykał drzwi. „Myszy przychodzą się ogrzać” – wyjaśniła. Była to zwyczajna bzdura, bo miała w mieszkaniu tyle psów, że żadna mysz by tam nie przeżyła. Ale wtedy pomyślałem, że to miło, iż ktoś troszczy się nie tylko o psy – opowiada Wyszyński.

Kiedy dwa lata później dowiedział się, że schronisko ma kłopoty, nie wahał się ani chwili. Został wolontariuszem. Któregoś dnia, jadąc po dary dla schroniska w Korabiewicach, znalazł Fizię. Padał deszcz. Samochód przed nim zjechał w bok. Automatycznie zrobił to samo i kątem oka dostrzegł, że na jezdni leży coś przypominającego maskotkę. – Pomyślałem, że gdyby to było zwierzę, toby odwróciło głowę w kierunku przejeżdżającego samochodu – wyjaśnia. – Kiedy wróciliśmy sprawdzić, okazało się, że to mała kotka. Miała może miesiąc. Została potrącona i miała problem z błędnikiem. Nie mogła się sama podnieść. Widocznie przechodziła z matką przez ulicę i nie zdążyła.

Cóż było robić, jeśli nie zabiłby jej następny samochód, to nocą zjadłyby ją szczury z pobliskiego wysypiska. Zabrałem ją do lekarza weterynarii. Kiedy po paru dniach jej przeszło, zacząłem szukać dla niej domu. Nie chciałem mieć zwierząt. Pracuję od świtu do nocy i siedziałaby sama. Ale – zawiesza głos – jakoś się polubiliśmy. Dzielnica, w której ją znalazłem, nazywa się Żbików i ona nawet jest trochę do żbika podobna. Ma takie pędzelki na uszach, krótki i gruby ogon. Chyba coś w tym musi być. Dziś kiedy tamtędy przejeżdżam, to zawsze patrzę, czy jest jeszcze ten dołek. Trochę mi będzie smutno, gdy zniknie – żartuje.

Bo psy traktowali łopatami

Wkrótce po znalezieniu Fizi współpraca ze schroniskiem w Korabiewicach przestała się układać. Prowadząca przytulisko zaczęła utrudniać adopcje i sterylizacje. Nie pozwalała zabierać psów do leczenia. – Mówiła: „Weterynarz już u niego był”. Tyle że gołym okiem było widać, że nikt psu nie udzielił pomocy. Potrafiła wyzwać ludzi od najgorszych z byle powodu. Osoby, z którymi działałem w schronisku, zaczęły się wycofywać. W końcu zostałem sam. Też się poddałem. Skupiłem się na pracy w Vivie – wspomina.

W schronisku w Korabiewicach ekipy wolontariuszy co rusz się zmieniały. Gdy ktoś usłyszał, że są kłopoty, oferował swoją pomoc. Jednak po jakimś czasie był zmuszony odejść. Zaczęły się dziać straszne rzeczy. – Ślepe mioty  wkładano do wiadra na szafie, gdzie się dusiły – opowiada Wyszyński. Wolontariusze byli bezradni. Bo albo milczysz, albo nie możesz pomagać psom. Jeśli wolontariusz zgłaszał sprawę na policję, to była umarzana. – Ta pani była bezkarna, bo nikt nie miał interesu, aby to ujawnić – tłumaczy Wyszyński. – Pierwsza instytucja, która stwierdziłaby nieprawidłowości, musiałaby coś z tym zrobić. A to kosztuje. W Korabiewicach było 600-700 psów. Nie uśpi się ich, nie wywiezie. Dlatego wszyscy udawali, że wszystko jest w porządku.

Wolontariusze, którzy przewinęli się przez Korabiewice, przygotowali raport. Był wstrząsający. Jedna z dziewczyn była świadkiem, jak suka, która szczeniła się na wybiegu, została w potworny sposób zagryziona przez inne psy. Zwierzęta były głodne i agresywne, pracownicy traktowali je łopatami. Po trzy miesiące nie wchodzili do ich boksów, jeśli zepsuła się furtka albo zasypał ją śnieg. Karmili psy przez płot. Jeden pchał taczkę, a drugi miał łopatę i przerzucał jedzenie prosto w błoto przez ogrodzenie. – To nie był raj wbrew temu, co twierdziło wiele osób, to była umieralnia – podsumowuje Wyszyński. – W jednym roku różnica między przyjęciami a liczbą psów wynosiła tysiąc.

Poszli z raportem do telewizji. Po programie „Uwaga!” TVN (laureat nagrody Serce dla Zwierząt 2011) kontrola NIK-u wykazała ogromne nieprawidłowości. Schronisko zostało wreszcie „odbite”. – To chyba nasz największy sukces, że te psy już nie giną w tym miejscu. Kiedy byłem tam ostatnio, zobaczyłem, jak te zaniedbane zwierzaki błyskawicznie się zmieniły – mówi prezes Vivy. – Powoli znajdują też nowe domy.

Bo zwierzęta są inteligentne i wrażliwe

Niektórych szokuje, gdy mówi, że nie kocha wszystkich zwierząt. – Mogę powiedzieć, że kocham niektóre. Swoją kotkę kocham i mogę to przyznać uczciwie – wyjaśnia. – Ale czy kocham nieznajomego kota, który chodzi po dachu? – wskazuje ręką przeciwległą stronę ulicy. – To byłoby tak, jakbym powiedział, że wszystkich ludzi darzę uczuciem. Zresztą nie wierzę tym, którzy mówią: „Kochamy zwierzęta”. Zazwyczaj nic się za tymi słowami nie kryje.

Cezarego Wyszyńskiego, choć od wielu lat zajmuje się obroną praw zwierząt, ciągle zadziwia i przeraża ludzkie okrucieństwo. – Zastanawiam się, dlaczego ludzie nie chcą dopuścić do siebie myśli, że zwierzęta są podobne do nas. Może, gdyby przyjęli do wiadomości, że zwierzęta gospodarskie są inteligentne i wrażliwe tak jak psy, to nie skazywaliby ich na życie w tak okrutnych warunkach?

Autor: Konrad Piskała