Jedni mają antyki, my mamy psy - Psy.pl

Jedni mają antyki, my mamy psy

To rodzinny dom dziecka dla zwierząt - mówi o swoim podwarszawskim przytulisku Emir Krystyna Sroczyńska, emerytowany teatrolog i historyk literatury

Razem z mężem, ostatnio na bezrobociu, mają przy szosie katowickiej niewielki dom, w którym mieszkają oni, większość przygarniętych psów (pozostałe mają ciepłe boksy i legowiska w ogrzewanej komórce gospodarczej) i wszystkie koty. W kuchni, w wielkim garze prawie cały czas gotuje się jedzenie, bo zwierzaki są bez przerwy głodne, a na suchą karmę nie ma pieniędzy. W pokoju, na tapczanie, kotłują się psy. W tym domu nie ma dla nich obszarów zakazanych. W drugim pomieszczeniu, pod stołem króluje nowofundlandka Tora, karmiąca pięć szczeniaków. Na sąsiednich działkach ktoś zostawił ją na łańcuchu i odjechał. Okoliczni ludzie chcieli pomóc, ale bali się podejść. Odplątali ją dopiero, kiedy straciła przytomność. Do dziś ma psychiczny uraz. W przytulisku, nim państwo Sroczyńscy zdążyli ją wysterylizować, „zgrzeszyła” z mieszkającym pod schodami wyżłem, Jazzem. 12-letni, zabiedzony (sama skóra i kości), z nowotworem na klatce piersiowej, w schronisku na Paluchu był skazany na uśpienie. Zabrany przez panią Sroczyńską odżył.

Wpatrzone oczy psa
Jazz w przytulisku ma nie tylko kochankę, ale również antagonistę. Jest nim Borys, ogromny, stary owczarek kaukaski, z atrofią mięśni i dysplazją. Na Paluchu mieszkał w tak małej budzie, że obcierał sobie tylne nogi. U państwa Sroczyńskich jest już drugi rok. Sypia na wygodnym, ciepłym legowisku, dostaje zalecone przez lekarza zastrzyki i ma już tyle wigoru, że nie może wychodzić na spacery razem z Jazzem, bo mógłby go zaatakować.
Jest też Kazan, wilkopodobny, potrącony przez samochód na Mazurach i zostawiony na poboczu, przywieziony do Warszawy przez jakąś dobrą duszę. Po operacji i masażach powoli wraca do zdrowia. Obok macha ogonem Bobik, mieszaniec, którego straż miejska przywiozła na dwóch pętlach, bo podobno był agresywny i niebezpieczny. Dziś sypia z panią Sroczyńską i jest łagodny jak baranek.
W końcu malutki Koniaczek. Kiedy właścicielka przytuliska jechała samochodem do Warszawy zobaczyła, jak siedzi przy szosie i trzęsie się jak galareta. Nie mogę – pomyślała – w te mrozy nie mam ani jednego wolnego legowiska. Kiedy wracała, dalej siedział. Nie wytrzymała. Zatrzymała się, wzięła go na ręce i mocno przytuliła. Był prawie zamarznięty. Do dziś chodzi w ubranku ze starego swetra, bo sprawia wrażenie jakby wciąż było mu zimno.
– Każdy z naszych podopiecznych ma wyciskającą łzy z oczu przeszłość. Staramy się przywrócić im wewnętrzną równowagę. Naprawdę nie ma złych zwierząt, są tylko źli, albo bezmyślni ludzie – słyszę.
– Ale wy już prawie nie macie normalnego życia. Psy i koty skaczą po łóżkach, kotłują się pod stołami. Trzeba je karmić, sprzątać po nich, pamiętać o porach spacerów…
– Nie mamy również urlopów. Dom wygląda jak wygląda. Samochód musieliśmy dostosować do przewozu zwierząt. Na okrągło naprawiamy budy i siatki, a w nocy karmimy szczeniaki. Ale to nasz wybór. Jedni mają antyki, a inni wpatrzone w siebie oczy psa.

Po pierwsze bezpieczeństwo
Pasją pani Sroczyńskiej jest wyprowadzanie pokaleczonych, zaszczutych, nieufnych zwierząt na psychiczną prostą. Nigdzie nie uczyła się psychologii zwierząt, ale ponieważ przez całe życie miała z nimi do czynienia, wie co robić.
– Zaczynam – wyjaśnia – od stworzenia nowemu psu czy kotu poczucia bezpieczeństwa. Zanosimy go do oddzielnego boksu, dostaje miskę z wodą i jedzeniem i na 48 godzin zostawiamy go w zupełnym spokoju. W tym czasie nie powinno być żadnego kontaktu: słów, prób głaskania itp., tylko podawanie jedzenia. Można wejść i odezwać się dopiero, gdy zwierzak wyjdzie z ukrycia, zaczyna chodzić i obwąchiwać otoczenie. Zachęcającym sygnałem jest machanie ogonem. Po nawiązaniu kontaktu ze zwierzakiem próbuję dołączyć go do stada. Za każdym razem zwierzęta same ustalają między sobą hierarchię. Bywają psy, które się nie tolerują. Wtedy wychodzą na spacer osobno.

Co pan ma dla niego?
Celem państwa Sroczyńskich jest znalezienie dla młodszych i zdrowych nowego domu. Starymi i schorowanymi opiekują się do końca. Do adopcji starają się przygotować zwierzaki maksymalnie dobrze. Proponują tylko takie, które mają już zaufanie do człowieka i są przyuczone do porządku. Dają im wyprawkę: książeczkę zdrowia z wykazem szczepień, puszkę witamin, obrożę, smycz i identyfikator. Bywa, że odwiedzają nowych opiekunów, aby przekonać się, czy zwierzakowi jest dobrze w nowym miejscu. Ale przede wszystkim dokładnie sprawdzają kandydatów na właścicieli. Niedawno przyjechał do nich amator psa obronnego.
– Co pan ma dla niego? – zapytali.
– No, budę i łańcuch. Odmówili.
Nie mają żadnej pomocy finansowej.
– Żeby urząd gminy chociaż płacił nam rachunki za prąd i gaz – wzdycha pani Sroczyńka. Wysyła więc za naszym pośrednictwem apel do ludzi dobrej woli: przydaje się wszystko, żaden dar nie jest za mały. Nie tylko pieniądze, również stare swetry, koce itp. Na szczęście mają współpracującego z nimi życzliwego weterynarza. Dr. Adam Modrzewski zawsze, gdy jest potrzeba, przyjedzie, zrobi zabieg, pomoże, często nie pytając o wynagrodzenie. Prostsze zabiegi przeprowadzają sami na przystosowanym do tego celu stole w komórce. Teraz pertraktują z sąsiednią jednostką wojskową, aby przekazała im wyposażenie gabinetu lekarskiego. Założyli również fundację.
Kiedy wyjeżdżam pani Sroczyńska ofiarowuje mi napisaną przez siebie litanię: „…od kopnięć, ciosów łopatą, razów kijami wybaw nas Panie… Ugaś pragnienie, ucisz cierpienie i miej nas w Swojej opiece”.

Chcesz dać głos i ocenić?
Dołącz do naszego stada – zarejestruj się!
Ocena użytkowników

Dodaj komentarz

Zaloguj się do swojego konta lub skomentuj anonimowo. Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *