Joanna Jędryka – dlaczego przygarnia bezdomne zwierzęta?


Nigdy sobie nie wybieram psów i kotów. One same do mnie przychodzą. W podwarszawskiej miejscowości, w której mieszkam, czują się jak w jednym wielkim domu, więc wędrują z posesji na posesję w odwiedziny, a te bezdomne bywa, że w ten sposób znajdują swe miejsce na ziemi.

Wiele lat mieszkał z nami Adaś, czarny wiejski kundelek, zwyczajny, ale jakże przemiły. Za to Żbik, mieszaniec wilka ze sznaucerem, to był ktoś, profesor. Był mentorem Adasia parobka, ale ten nie dawał się zreformować i nie nabrał przy Żbiku manier. Kiedy jednak do niego coś mówiłam, to przewracał oczyskami i merdał ogonkiem, żeby mi pokazać, jak bardzo chce mnie zrozumieć. Często leżał z łapkami wyciągniętymi do góry, a ja pytałam: „Jak tam, Adasiu, OK?”, w odpowiedzi uderzał ogonem o podłogę: jest okejowo. Był łazęgą znanym w całej okolicy. Za rogiem miał swoją ulubioną dziewczynę u pewnej pani minister. Suczka nazywała się Malta, więc gdy pytałam męża, gdzie jest Adaś, ten z przymrużeniem oka odpowiadał: „Na Malcie”. Adaś warował pod jej bramą dzień i noc, lał deszcz, padał śnieg, a on leżał w błocie i świata nie widział poza Maltą. Przynosiłam mu michę, a on robił minę, że przeprasza, ale nie w głowie mu teraz jedzenie.

Dama na kanapie nie siada sama

Z którejś ze swoich wędrówek Adaś przyprowadził do domu suczkę. Nakarmiłam niebogę, a ta po posiłku usiadła na kanapie jak dama, więc zapytałam, czy chce u nas zostać. Chciała. Dwa dni próbowałam się dowiedzieć, jak ma na imię, ale żadne nie pasowało. Zdecydowałam, że będzie Jagusią. Zgodziła się. Kiedy mąż wrócił z sanatorium, musiałam ją tylko poprosić, żeby pierwsza nie siadała na kanapie, bo to ulubione miejsce pana. Jagusia była u nas tylko siedem lat, ale to były piękne lata, ponieważ była moją wielką przyjaciółką.

Często chodziłyśmy razem na spacery. Jagusia chorowała na serce. Rok temu, tuż przed Wszystkimi Świętymi, pojechała ze mną na pobliski cmentarz, choć bardzo źle się czuła, ale widać nie chciała mi odmówić towarzystwa. Gdy wróciłyśmy, była bardzo zmęczona, nie mogła sobie znaleźć miejsca. Zaproponowałam jej, że położymy się razem na kanapie, bo tam czuła się bezpiecznie. I tego dnia zmarła. Leży w jednej mogile z Adasiem, który odszedł rok po niej.

Żbik, wspomniany już mentor Adasia, trafił do nas z ogromnym nowotworem na piersi. Jego pan zostawił go na rogu ulicy. Lekarka, która od 30 lat opiekuje się naszymi zwierzętami, usunęła ten ropiejący i oblepiony muchami guz. Nie było wtedy ubranek ochronnych, więc szyłam je sama. Tyle że Adaś, gdy tylko spuściliśmy go z oka, wyciągał Żbika na włóczęgi, po których ubranka były w strzępach. I tak Żbik zmarnował niejeden mój podkoszulek, bo ileż można szyć ubranek?

„Jazda stąd”

Wie pani, ja karmię wszystkie psy wokół. Jeszcze w latach 70. było ich w okolicy naprawdę sporo. Kiedyś szłam główną ulicą, a tu zgraja psów podąża za małą sunią. Była taka zbrukana, cała pośliniona, oblepiona, ubrudzona i ledwie żywa. Nie namyślając się, wróciłam po jedzenie i zaczęłam odpędzać psy, żeby ją nakarmić. Gapie się denerwowali, że psy mnie pogryzą, ale ja użyłam swoich zdolności aktorskich i grubym głosem krzyknęłam: „Jazda stąd”… i posłuchały.

Nie mam teraz żadnego pieska, ale w domu jest siedem kotów. A moja przygoda z nimi zaczęła się, kiedy poznałam męża. Był on wtedy człowiekiem z kotem, pięknym dachowcem Snujkiem. Kiedy przenieśliśmy się pod Warszawę, wszystkie bezdomne kotki zaczęły przychodzić na nasz taras. Chyba czuły, że nikt ich tu nie przegoni. Był taki moment, że mieliśmy 23 koty. W ogrodzie, w altance jest stara kanapa, regały i kosze, a w drzwiach są powycinane niewielkie otwory, żeby z tego hoteliku dla znajd mogły wychodzić, kiedy zechcą.

Miałam też podopiecznych poza domem. Przed laty jeździłam na nagrania dubbingu. W podwórzu była rampa, pod którą przez kilka lat wczołgiwałam się z suchą i mokrą karmą.

To smutne, ale zawsze, kiedy pomagam zwierzętom, trochę się obawiam, że ktoś mnie nakryje. Bo ludzie zwykle nie tylko sami nic nie robią dla zwierząt, ale i nie przepadają za tymi, którzy coś robią. Zatem jeżeli się zdemaskuję, to narażę też zwierzęta. Jestem wyczulona, kiedy zaczynam z kimś rozmowę, i zwykle wiem, czy mogę powiedzieć prawdę. A wobec brutala, który kopie psa przy sklepie, jestem pokorna, uprzejma i odwołuję się do ludzkiego serca. Wierzę, że to działa i że inaczej spojrzy na istoty powołane do życia przez Stwórcę.

wysłuchała Paulina Król