Portrety z sercem: kochasz mnie? – wywiad z Kariną Schwerzler


Karina Schwerzler, pełnomocnik wojewody kieleckiego ds. ochrony zwierząt, laureatka nagrody Serce dla Zwierząt.

Najwcześniejsze wspomnienie z dzieciństwa Kariny Schwerzler: ma kilka lat, gdy przynosi z piwnicy kotkę z dwojgiem kociąt. Zwierzaki mają biegunkę, przychodzą do jej łóżka i śpią z nią. Jej tata bardzo się denerwuje, ale sprowadza lekarza weterynarii, by je leczył. Karinie nie przeszkadza bałagan – najważniejsze, by uratować zwierzaki. Tak samo było ze zmokniętymi kawkami, też narobiły niezłego bałaganu w domu. Potem na podwórku jej babci oszczeniła się suczka, którą mogła karmić tylko Karina.

Od zawsze znosiła do domu wszystkie chore stworzenia, od chorych kotów piwnicznych przez bezdomne psy, po zmoczone ptaki, które nie mogły latać. Ma to chyba we krwi. Jej dziadek był leśniczym, wciąż dokarmiał jakieś pokiereszowanie zwierzęta leśne, miał sporo przygarniętych psów i w takiej atmosferze wychowywały się mama i ciocia Kariny. – Przeszło to na nie obie, a potem na mnie – mówi Karina Schwerzler.

Chrzest bojowy Kariny

Gdy miała 14-15 lat zobaczyła z koleżanką na mijanej podczas spaceru posesji wychudzoną suczkę, na której ciele było mnóstwo śladów po przypalaniu papierosami. – Weszłyśmy z koleżanką za bramę – opowiada. – Zamachałam właścicielowi przed nosem legitymacją uczniowską, powiedziałam, że jesteśmy z policji – trzeba wiedzieć, że wyglądałam już wtedy jak dorosła kobieta – i że rekwirujemy psa. Odpięłam suczkę z łańcucha. Została u koleżanki i żyła jeszcze kilka lat.

To był chrzest bojowy Kariny. Dowód na to, że los żadnego cierpiącego zwierzęcia nie jest jej obojętny, ale i na to, że umie sobie poradzić – sposobem, a jak trzeba i siłą – z tymi, którzy się nad zwierzętami znęcają. Dowiedzie tego później wielokrotnie.

– Jakoś nigdy się nie bałam – mówi. – Choć wiele razy zdarzało się, że gdyby nie interwencja policji, być może dziś byśmy nie rozmawiały. Weszłam kiedyś do izby, a mieszkający w niej człowiek wyciągnął nóż i chciał mi go wbić w plecy. Policjanci rzucili go na ziemię i skuli. Kiedy indziej niepełnosprawny umysłowo mężczyzna, który zbierał psy, a potem je mordował i zanosił na ofiarę do kościoła, usiłował wbić mi w plecy osikowy kołek. Bo podczas interwencji oplucia czy wyzwiska to standard, do tego jestem przyzwyczajona, ale do wideł czy kosy, którymi ktoś cię atakuje, trudno się przyzwyczaić. Oczywiście ludzie, którzy nie są sprawni umysłowo, nie zdają sobie sprawy z tego, co robią, i często żyją w warunkach, które dziś wydają się wręcz niemożliwe. Tak jak ci od kosy – w drewnianym domu z klepiskiem zamiast podłogi i bez pościeli. W takich sytuacjach ratujemy nie tylko zwierzęta, ale i ich.

Sen pierwszy – ukrzyżowany pies

Gdy pytam Karinę o to, czy są jakieś interwencje, które do dziś jej się śnią, odpowiada: – Wiesz, są trzy takie, o których muszę ci opowiedzieć. Pierwsza, która rzuciła mnie na głęboką wodę, miała miejsce kilkanaście lat temu. Właśnie zaczęłam działać w Towarzystwie Opieki nad Zwierzętami. W okolicy pewien mężczyzna głodził swego psa, a gdy wypił z kolegą, postanowili ukrzyżować zwierzę na płocie, zatłuc łopatami i zakopać. Przybiegła do mnie koleżanka, mówiąc, że słyszy straszny skowyt. Nim dotarłyśmy na miejsce, zwierzak był już zakopany, zobaczyłam tylko zakrwawione płótno na płocie.

Do dziś stoi mi przed oczyma obraz tego psa, gdy z policją go odkopuję. Widzę przerażenie w oczach, skrzywiony z bólu pysk i krew płynącą z uszu. Lekarka weterynarii, która przeprowadzała sekcję w Zakładzie Higieny Weterynaryjnej, powiedziała mi, że pies jeszcze żył, gdy był zakopywany, i że choć od kilkunastu lat tu pracuje, jeszcze nie widziała tak zmaltretowanego zwierzęcia. Czaszka była w kilkunastu kawałkach. Wciąż nie mogę pogodzić się z jego śmiercią, nie dość, że był potwornie głodzony, to jeszcze umarł tak strasznie…

Karina przerywa na chwilę, a potem mówi, że gdy teraz siedzimy i rozmawiamy, gdzieś ktoś morduje jakieś zwierzę. Ta świadomość jest ogromnym ciężarem, ale przecież jedna, nawet najbardziej dzielna kobieta nie może pomóc wszystkim cierpiącym stworzeniom. Dlatego mówię Karinie, by pamiętała, że kto ratuje jedno życie, ratuje cały świat, i że jeśli chce pomagać, nie może myśleć o tym, że nie pomaga tysiącom psów, ale o tym, że pomoże temu jednemu.

Sen drugi – zagłodzone konie

Oprócz cierpiących psów Karinie śnią się też zagłodzone konie. Kilka lat temu cała Polska usłyszała o Angliku Stevenie Drew – chciał on wychować zwierzęta, które same się wyżywią i napoją i do tego pokonają codziennie trasę 30 km. Zima była wtedy ciężka (-28-30°C), a Steven Drew wypuszczał konie na teren pokryty skorupą lodu i chciał, żeby sobie spod niej wydłubały trawę. Zwierzęta padały codziennie. O tym, co się dzieje w okolicy, Karinie opowiedział sąsiad. Ona sama była wtedy tydzień po porodzie. Właśnie przyszedł na świat jej syn Adaś. Choć sama słaba, zmobilizowała policję i powiatowego lekarza weterynarii, by pojechać i odebrać wycieńczone zwierzęta. Niestety trzy konie nie przeżyły.

– Jest taki moment z tej interwencji, który wciąż powraca w moich snach – mówi Karina. – Dzień po interwencji dostałam anonimowy telefon, że w czerwonym dostawczym samochodzie Stevena Drew też są konie. Znów pojechałam tam z policją. Gdy otworzyliśmy drzwi pojazdu, wypadła na mnie odcięta głowa konia. Potem zobaczyłam obdarty ze skóry korpus, odcięte kończyny, znowu głowę, a obok leżały sztućce, cebula i stał otwarty słoik z musztardą…

Karina jeździła potem do stajni doglądać odebrane konie, a że była zima, nabawiła się ciężkiego zapalenia płuc i nie mogła się opiekować Adasiem przez trzy tygodnie. Ale jej mąż i mama, którzy zajmowali się wtedy dzieckiem, rozumieli, że musiała tak postąpić.

Sen trzeci – zakrwawiony pieniek i flagi papieskie

W schronisku gminnym w Białce przerabiano psy na smalec. – Zawsze myślałam, że starsi ludzie są bardziej empatyczni. I dlatego nie mogłam zrozumieć, że to właśnie oni zajmowali się tym procederem – mówi Karina. – Nie mogę też pojąć jeszcze jednej rzeczy. To byli ludzie bardzo wierzący. W każdym pomieszczeniu domu, do którego weszliśmy z policją, były obrazki z Matką Boską i papieżem Janem Pawłem II. A na studni, obok której stał pieniek z siekierą, śladami krwi i sierścią psów, wisiały flagi papieskie i maryjne.

Jako oskarżyciel posiłkowy Karina miała dostęp do akt. – Nie zapomnę opisu, w jaki sposób ci ludzie mordowali psy – opowiada. – Jak wieszali je, tylko ogłuszone, na haku rzeźnickim i obdzierali ze skóry. To wszystko odbywało się 10 metrów od następnego zabudowania. Świadkowie opowiadali, jak mężczyzna woził te zwierzaki maluchem, jak ciągnął je zakrwawione przez wieś. Trwało to wiele lat. I nikt nic nie zrobił. A wystarczyłby jeden anonimowy telefon na policję. Nie trzeba przecież dzwonić na miejscowy posterunek, można to zgłosić policji w najbliższym większym mieście.

Te interwencje zaważyły na życiu Kariny. – Nie wiedziałam, że ludzie mogą być tak okrutni, tak bezwzględni w tym, co robią. Tak bardzo pomysłowi w swoim okrucieństwie – mówi.

Telefony z drogi

Karina Schwerzler działała w Towarzystwie Opieki nad Zwierzętami i w OTOZ Animals, współpracuje z Teresą Łuczak i stowarzyszeniem przy Mars Polska, które przeznacza karmę dla zwierząt schroniskowych, była głównym specjalistą ds. ochrony zwierząt i środowiska przy Kancelarii Prezydenta RP za czasów prezydentury Lecha Kaczyńskiego. To bardzo potrzebna funkcja, ale oczywiście nie dało się zrobić wszystkiego, czego oczekiwałyby organizacje zajmujące się ochroną zwierząt. – W wielu sprawach udało mi się jednak pomóc, jak choćby w wypadku konia, który padł na drodze do Morskiego Oka. W efekcie zmieniono regulamin Tatrzańskiego Parku Narodowego. Inna sprawa to zamknięcie schroniska w Dyminach, w którym psy były głodzone i się zagryzały – mówi Karina. – Poza tym często wystarczyło, że ktoś dostał list na papierze firmowym Kancelarii Prezydenta, e-mail czy faks, by problem został szybko rozwiązany. Były jeszcze takie codzienne sytuacje, kiedy znajdowałam w drodze do pracy porzuconego psa czy kota. Wnosiłam go do biura pod kurtką, a potem panie z sąsiednich pokoi czy panowie z BOR-u wychodzili z nim na spacer.

Obecnie Karina Schwerzler jest pełnomocnikiem wojewody kieleckiego ds. ochrony zwierząt. Pomaga jej policja, choć oprócz tych zwierzolubnych policjantów zdarzają się i tacy, którzy pytają: „A skąd pani wie, że te zwierzęta nie zostały uśmiercone w sposób humanitarny?”. – Jeśli humanitarne jest odcięcie psu głowy, to ja jestem Claudia Schiffer – mówi Karina. Tych pierwszych jest chyba więcej, a z jednym z nich, Krzysztofem Gacą, Karina pomaga i zwierzętom, i niepełnosprawnym dzieciom z ośrodka niedaleko Końskich. Zawożą im słodycze, przybory szkolne, organizują pokazy i odwiedzają z nimi znane osoby. Zadają w ten sposób kłam tym, którzy mówią: „O, pomagają zwierzętom, lepiej pomogliby dzieciom”. Karina współorganizuje też coroczne festyny dla potrzebujących pomocy dzieci z gminy Stąporków.

Po podwórku Kariny biega osiem psów i trzy koty (Adaś, syn Kariny, śpi z nimi, podobnie jak jego mama z przybłąkanymi kotami w dzieciństwie). Dla wielu jest ono też domem tymczasowym. – Często dzwonię z drogi do mojego Roberta i pytam: Kochasz mnie? A on na to: – No dobrze, co tam znowu wieziesz? I już wie, że musi przygotować posłanie dla nowego zwierzaka.

Autor: Magdalena Ciszewska