Małgorzata Braunek – dlaczego przygarnia bezdomne zwierzęta?


Jako dziecko przeczytałam kiedyś o nowofundlandzie (zwanym też po polsku wodołazem), że doskonale opiekuje się dziećmi.

Był to czas, gdy odszedł już jamnik, który towarzyszył mi we wczesnym dzieciństwie i którego tak naprawdę nie pamiętałam. Znałam go tylko z opowieści mojego ojca, który rozpływał się nad tym, jak wspaniałym był zwierzakiem. W tej sytuacji nowofundland stał się psem marzeń mojego dzieciństwa – bardzo chciałam mieć takiego opiekuna w domu. A zrealizowałam to marzenie… gdy moja córka miała sześć lat.

Byliśmy na wakacjach nad morzem w Gdańsku i objeżdżaliśmy tamtejsze schroniska w poszukiwaniu psa. A że mieszkała wtedy w naszym domu sędziwa, bo 20-letnia kotka Frania, nie zamierzałam jej szokować starszym czworonogiem, więc szukałam szczeniaka. I znalazłam… ale szczeniak, choć miał cztery miesiące, był rozmiarów średniego dorosłego zwierzaka i przypominał wymarzonego przed laty nowofundlanda. Saba – tak ją później nazwaliśmy – kończyła właśnie chorować na nosówkę, miała kłopoty z tylnymi łapami, z trzustką i z wątrobą. Gdy jednak spojrzała nam w oczy – po prostu nie było wyjścia. A potem do trzeciej w nocy siedziałam z Franią na kolanach i tłumaczyłam jej, że wielkie coś, które pojawiło się w naszym domu, to tylko dziecko. A dziecko podbiegało i zaczepiało nas łapą niemal wielkości Frani. Ta zaś zdecydowanym ruchem wyciągała swoją łapkę i odganiała Sabę, i w ten sposób pokazała, kto tu rządzi. Gdy Frania od nas odeszła, mój syn znalazł małą kotkę i przyniósł ją do domu. Tak się złożyło, że Saba miała akurat urojoną ciążę, a ja tę drobinę przystawiłam do jej sutka i tak to prawie nowofundlandka wykarmiła bezdomnego kota. Saba miała pewną dość uciążliwą cechę: nie pozwalała nam się kąpać. Siedziała na brzegu i gdy wypływaliśmy według niej za daleko lub fala była zbyt wysoka, rzucała się nam na ratunek. A że nie przeszła kursu ratownictwa wodnego, robiła to w sposób dość nieprofesjonalny.
Tu mała dygresja. Frania była córką przecudnej urody kota Bambosza, syna dachowca i syjamki – brązowego, puszystego, wielkiego. Bambosz, który był kotem wychodzącym, kiedyś zniknął na dłużej. Poszukiwania nic nie dały. Ale po pół roku zauważyłam, że w ogródku pod blokiem, w którym mieszkałam, siedzi kot do niego podobny. Podobieństwo okazało się stuprocentowe, bo to był… Bambosz. Znaleźli go i przygarnęli sąsiedzi. Tak się u nich zadomowił, że nie miałam sumienia go odbierać. A pewnego dnia Bambosz odwiedził mnie z zaprzyjaźnioną kotką, pokazał jej cały dom, a potem spoczęli na poduszkach na ławie w kuchni i gdy uznali, że pora zakończyć kurtuazyjną wizytę, oddalili się. A ponieważ sterylizacja nie była wtedy tak powszechna jak dziś, efektem tego spotkania była Frania. Mój syn dostał wtedy jamnika długowłosego Bilbo i ten, gdy zobaczył kotkę, natychmiast ją wylizał. Jako prawie równolatkowie kochali się ogromnie. A to już temat na osobną opowieść…
Pięć lat temu przyjaciółka Magdy Dygat i Andrzeja Dudzińskiego przywiozła im z Krakowa suczkę Fifkę, która przeczołgała się do jej ogrodu pod płotem. Była wychudzona i przestraszona, miała uszkodzoną tylną część ciała, co widać do dziś, bo ma nieczynny ogon. Nie mogli jej zatrzymać, więc przynieśli ją do mnie. I wyszło, że tak sobie podrzucamy bezdomne zwierzaki, bo dwa lata temu to ja przywiozłam im z Zakopanego bezpańską suczkę (więcej w: „Mój Pies”, nr 12/2010). Bardzo to było wzruszające, kiedy Magda, jeszcze jej nie widząc, powiedziała, że już za nią tęskni. Wracając do Fifki – straszna z niej zazdrośnica. Gdy tylko wypowiem imię husky Koko (ukochany pies synowej trafił do nas, gdy się okazało, że wnuk jest uczulony), wnet do mnie przybiega, by coś jej nie ominęło. Poza tym jest łasa na pieszczoty. Jeśli tylko pojawi się gość, już jest przy nim, siada, bierze jego rękę w swoje łapki i nie malże kładzie sobie na głowie.
Przygarnianie bezdomnych psów jest ze wszech miar sensowne, bo robimy coś naprawdę dobrego – daje nam to satysfakcję, kiedy możemy ulżyć ich ciężkiemu losowi, a pies odwdzięcza się nam na każdym kroku. Poza tym uważam, że zwierzęta są w swych uczuciach bardziej ludzkie niż my. To wierni przyjaciele, a obcowanie z ich czystą lojalnością i miłością przenosi nas na wyższy poziom. Ci nasi bracia – i to wcale nie mniejsi, chyba że wzrostem – uczą nas bowiem najwyższej formy miłości – miłości bezwarunkowej: kochają nie za to, jaki jesteś, ale za to, że jesteś.
Małgorzata Braunek – aktorka („Potop”, „Lalka”, seriale „Dom nad rozlewiskiem” i „Miłość nad rozlewiskiem”), buddystka, wegetarianka, wspiera akcje na rzecz zwierząt.

opowiada Małgorzata Braunek

wysłuchała Magdalena Ciszewska