Miłość zawdzięczam psu. Czy podryw na szczeniaka zawsze działa?

Na świecie jest wiele historii, w których to właśnie pies odegrał rolę swata i połączył dwie osoby. Oto kilka historii z życia wziętych, które spokojnie można by zatytułować: „Miłość zawdzięczam psu”…

Miłość zawdzięczam psu, czyli dog dobry na swata

Był sierpień, schyłek wakacji. Jednak dla Gabrieli Kubalskiej tamten wieczór nie zapowiadał się najlepiej. Jakiś czas temu rozstała się z narzeczonym. Aby nie myśleć o przeszłości, postanowiła iść z psem na długi spacer. Hugo, czarny dog, miał dopiero 10 miesięcy, ale był jak na swój wiek bardzo wyrośnięty. Niestety wciąż zachowywał się jak szczeniak. A to do kogoś podbiegł, a to zaszczekał lub niespodziewanie trącił nosem.

Wracając do domu, Gabriela puściła psa luzem. Mieszkała w bloku na warszawskim Ursynowie, a Hugo doskonale znał drogę. Jednak tym razem nie pobiegł pod klatkę, ale zniknął jej z oczu. Gdy rozglądała się w poszukiwaniu znajomej sylwetki, z pobliskiej knajpki dobiegł ją dziwny harmider. Przy stolikach siedziało mnóstwo osób, a drzwi były otwarte na oścież. Okazało się, że hałas spowodował… Hugo buszujący w środku. Choć zachowywał się bardzo przyjaźnie, i tak wzbudził popłoch.

Po chwili do lokalu wpadłam ja, młoda dziewczyna, metr sześćdziesiąt w kapeluszu. Próbowałam jednocześnie uspokoić gości i wyprowadzić zadowolonego z siebie psa. Złapałam go, przeprosiłam i chciałam już wyjść, gdy pracujący w knajpce chłopak poprosił, abyśmy zostali. Hugo dostał michę wody, a ja herbatę. I tak się zaczęło – wspomina Kubalska.

Chłopak z knajpki pokochał ją, a ona zaraziła go miłością do psów. Niedługo potem zamieszkali razem i wyprowadzili się pod Warszawę. Minęło parę miesięcy i do ich domu zawitała błękitna dożyca – dorosła rówieśniczka Hugona, która dała początek hodowli z Hugowej Ferajny.

Okazało się, że potomkowie Hugona również umiejętnie swatają swoich właścicieli. Kiedy Kubalska sprzedała jego córkę pewnej samotnej pani, ta niemal natychmiast znalazła życiowego partnera. Wystarczyło tylko, aby poszła z nią do związku kynologicznego, a tam pewien pan spojrzał w śliczne psie oczy, a potem na właścicielkę…

para z bokserem
fot. Shutterstock

Miłość zawdzięczam psu, czyli bokserka musi startować

Kiedy Jarosławowi Modrzyckiemu umarła suczka, postanowił jak najszybciej kupić sobie nowego psa. Chciał, aby był tak jak poprzedni żółtym bokserem. W tamtym czasie taki szczeniak był w Polsce tylko jeden – w hodowli we Wrocławiu – i na dodatek wyjątkowy, bo po wielokrotnym championie. Jarosław właściwie nie zamierzał podbijać ringów wystawowych, ale hodowca zastrzegł przy sprzedaży, że pies musi być wystawiany. Na pierwszą wystawę Modrzycki pojechał do Łodzi. Chciał z bliska zobaczyć, jak to wygląda.

Gospodarzem ringu była Anna, która od wielu lat zajmowała się hodowlą bokserów i… wygoniła Jarosława plączącego się po ringu, bo osoby postronne nie mogą się tam znajdować podczas oceny psów.

Mam ogromną słabość do bokserów. Nie zależy mi, aby wygrywały tylko psy z mojej hodowli, i kiedy widzę na wystawie kogoś, kto ma pięknego psa, ale porusza się po omacku, to staram się mu pomóc. Szkoda by było, aby taki pies jak Prisca – o poprawnym eksterierze, ale bardzo ciekawym rodowodzie – nie był wystawiany. Przekonałam Jarka, aby koniecznie pojechał na kolejną, już bardzo prestiżową, wystawę do Wrocławia, która odbywała się ledwie miesiąc później – przyznaje Anna Szymańska-Modrzycka.

I tak Prisca zadebiutowała na Światowej Wystawie Bokserów ATIBOX. Swoim niezbyt łatwym charakterem szybko podbiła serce pani Anny. Wkrótce skradł je też właściciel suczki. Przechadzając się wśród ringów, ni stąd, ni zowąd, zaczęli rozmawiać nie tylko o psach. Okazało się, że łączy  ich też świat innych wartości.

Od pierwszego spotkania minęło trochę czasu, Prisca urodziła pod przydomkiem Memorandum FCI (hodowla Anny) dwa mioty, ale w końcu stanęli na ślubnym kobiercu. Oczywiście towarzyszył im bokser.

Miłość zawdzięczam psu, czyli podryw na szczeniaka

Marta i Dawid spotkali się na dyskotece – ale być może nigdy nie byliby razem, gdyby Dawid nie rzucił nagle, że właśnie urodziły mu się szczeniaki shar pei. Marta, która kochała psy, ale nigdy tej rasy wcześniej nie widziała, od razu zwróciła uwagę na chłopaka, który zafascynowany opowiada o czworonogach. Noc zamiast na szalonych tańcach minęła na opowieści o rasie. A następnego dnia przed swoimi drzwiami Marta zobaczyła Dawida z dwoma szczeniakami, Ajaksem i Amelką.

Całą randkę przeleżeliśmy na tapczanie z maluchami, obserwując, jak się bawią i jak nieporadnie próbują „upolować” moją szynszylę – wspomina Marta Grześkowiak.

Do dziś nie wie, w kim najpierw się zakochała: w Dawidzie czy w shar peiach. Ajax został z nimi. Na datę ślubu wybrali 17 lipca – dzień jego urodzin.

Para z owczarkiem niemieckim
fot. Shutterstock

Miłość zawdzięczam psu, czyli trafiony piorunem

Do małżeństwa Ani i Dariusza doszło dzięki owczarkom niemieckim. A wszystko zaczęło się podczas… II wojny światowej. Dziadek pana Dariusza został wywieziony na roboty do Niemiec. W gospodarstwie, w którym pracował, oprócz koni hodowano również owczarki. I tam narodziła się jego wielka miłość do tej rasy, która w ich rodzinie przetrwała jak dotąd cztery pokolenia. Dariusz Byłeń dzieciństwo spędził w towarzystwie psów i gdy tylko się usamodzielnił, natychmiast kupił sobie wilczastą sunię. Jak wspomina, w połowie lat 80. XX w. podstawowym narzędziem była kolczatka, a jego Kasia jako jedyna na kursie ćwiczyła w obroży. Suczka okazała się niezwykle pojętna. W wieku dwóch lat miała już wyszkolenie PT, PO1, PO2.

Był rok 1987. Kursy we Wrocławiu odbywały się nad brzegiem Odry. Obok placu treningowego ludzie opalali się na kocach i obserwowali, jak psy uczą się aportować, warować czy atakować pozoranta. Na jeden z takich kursów Dariusz Byłeń pojechał asystować. Wśród 40 psów wypatrzył niezwykle atrakcyjnego owczarka niemieckiego.

To był naprawdę ciekawy pies – nadpobudliwy, ale przyjacielski wobec ludzi. Wtedy podniosłem wzrok i zobaczyłem, że trzyma go na smyczy równie atrakcyjna blondynka. Wykrztusiłem: „Masz wyjątkowego psa”. Ania się tylko uśmiechnęła. Jej Piorun robił wszystko, aby tylko niczego się nie nauczyć… – wspomina Dariusz Byłeń.

Okazało się, że pies czuje wobec niego respekt, więc zaproponował pomoc w szkoleniu. Potem chodzili z Anią ćwiczyć z psami i… wkrótce zostali małżeństwem. Na tym kursie nie tylko Dariusz znalazł partnerkę życiową. Razem z Anią wprowadził się Piorun.

Po jakimś czasie urodziła się Magdusia.

Gdy żona wróciła ze szpitala z dzieckiem, psy były bardzo podekscytowane. Kasia wskoczyła na na fotel i oparła się łapami o stół. Potem przysunęła pysk do niemowlęcia i zaczęła je intensywnie obwąchiwać. Robiła to z taką akceptacją, że nawet dziś wzruszam się na to wspomnienie – opowiada Dariusz Byłeń.

A Magda już w wieku dwóch lat wiedziała, że najlepszym umaszczeniem owczarka niemieckiego jest kolor wilczasty…

Autor: Konrad Piskała