Musimy zacząć się rozglądać - Psy.pl

Musimy zacząć się rozglądać

Kamil Durczok, szef "Faktów"TVN, nie wyobraża sobie domu bez psa. Miał owczarki: collie i briarda, parę przygarniętych kundelków o tym samym imieniu Bandos, a od kilku lat można go spotkać z goldenem Borysem

Publicysta Rafał Ziemkiewicz powiedział kiedyś, że dziennikarz jest jak pies łańcuchowy – po to go ludzie mają, żeby szczekał, gdy jest taka potrzeba.
Śmiałe porównanie. Choć nie do końca trafione. Zwłaszcza gdy patrzę na wrodzoną dobroć mojego psa.

Dobroć idzie w parze z inteligencją?
Borys ukończył wszystkie możliwe kursy, z wyjątkiem kursu psa obronnego. Ale jest tylko jedna sytuacja, w której prezentuje pełny wachlarz swoich możliwości: gdy widzi orzeszki ziemne. Wtedy robi siad, wstań, łapa, głos, na plecy, z powrotem… dla orzeszków jest w stanie zrobić wszystko.

Mimo to problemów z nadwagą u niego nie widać.
To głównie zasługa mojej szwagierki Joli, która z nim biega godzinę dziennie.

Te walory zaprocentowały już na jakiejś wystawie?
Żadnych wystaw. Jestem ich absolutnym przeciwnikiem. Raz w życiu byliśmy na takiej imprezie, kiedy moje dziecko się uparło. To duży stres dla zwierząt. Można do tego dorabiać różne teorie, ale gdy pani popatrzy, jak Borys tu w parku biega, jaki jest szczęśliwy i jak zżarł już cały ten konar, to widać wyraźnie, gdzie on się dobrze czuje. Nie w Spodku, w którym są trzy tysiące psów i sześć tysięcy rozhisteryzowanych właścicieli.

Mimo to kupił Pan psa z dobrej hodowli.
Szukaliśmy szczeniaka z pomocą mojej koleżanki działającej w związku kynologicznym. Chodziło nam o to, żeby pochodził z hodowli, w której się dba o psy, a nie o to, by się zapowiadał na championa. Zresztą nie mieliśmy wyboru – Borys był ostatni z miotu, troszkę już wyrośnięty. Natychmiast podbił serca całej rodziny. Moja żona Marianna marzyła o goldenie od czasu, gdy umarł nasz poprzedni pies, briard Borys I.

Briard to jedna z moich ulubionych ras…
To był przepiękny pies, z przepięknym charakterem. Walczyliś-
my o niego do ostatka. Najpierw podejrzewano babeszjozę, dopiero podczas operacji się okazało, z czym mamy do czynienia…

„Przerwa w psach” była krótka?
Nie wyobrażamy sobie domu bez psa i musieliśmy go mieć, bo mały Kamil bardzo tęsknił, ciągle pytał, czy Borys jest w niebie – było jasne, że musi się pojawić kolejny kolega.

Ma Pan skalę porównawczą między briardem i goldenem – jakie widzi Pan wady, a jakie zalety?
Obydwie rasy mają same zalety. Różnica polega na tym, że Borys I był może trochę poważniejszy, trochę bardziej dostojny, bardziej pilnował małego – nikt obcy nie mógł się zbliżyć do mojego syna. A Borys II jest przyjacielem wszystkich. Zresztą w jakimś poradniku wyczytałem, że to pies, który prędzej przyprowadzi złodzieja do kosztowności, niż go odstraszy.

Co tydzień można Pana spotkać na spacerze z Borysem w chorzowskim parku?
Częściej u moich rodziców, u których spędzamy dużą część weekendu i tam chodzimy do lasu. To są tereny mojego dzieciństwa, które doskonale znam. A z Borysem jest problem na spacerach, bo wyczuwa wodę z odległości paru kilometrów – i natychmiast cały się zanurza, wystają mu tylko oczy, uszy i kawałek nosa. Pranie go potem jest kłopotliwe.

Kąpiel w wannie też go cieszy?
Znosi ją dzielnie, choć widać, że nie jest to akwen, który lubi najbardziej.

Spacer tak popularnej osoby z psem tak popularnej rasy bywa uciążliwy?
Nie skarżę się na popularność, bo mam w związku z nią wyłącznie sympatyczne doświadczenia. Chociaż to prawda, że poprzedni Borys – charakterystyczny, bo briardów jest mniej niż goldenów – był dużo bardziej identyfikowany niż moja osoba – nawet gdy pracowałem już w katowickiej telewizji. Dzieci na ulicy z daleka krzyczały: Borys! Borys! A nie Kamil! Kamil!…

Briard dziesięć lat temu miał pewnie jeszcze kopiowane uszy?
Niestety tak. I dopiero gdy go przywiozłem od weterynarza i gdy minęła pierwsza noc, zrozumiałem, jak wielką krzywdę robi się zwierzętom tylko po to, żeby ich właściciele mogli zaspokoić swoje estetyczne kaprysy. Borys wyglądał z tymi usztywnionymi uszami jak kosmita, nie mógł z bólu spać, mimo środków znieczulających. A te paskudne rany to koszmar nie tylko dla psa, ale i dla każdego właściciela, który jest choć trochę wrażliwy.

Z wrażliwością na zwierzęce cierpienie to my w ogóle mamy problem. Ma Pan pomysł, jak ją zwiększyć?
Ludzie muszą zacząć się rozglądać, chcieć się zatroszczyć o psiaka, który się wałęsa po ulicy – czy jest gdzieś właściciel? Pamiętam, jak biegaliśmy przez pół miasta, bo duży, fajny pies ewidentnie się zgubił. Aż w końcu znaleźliśmy właścicieli – zrozpaczonych, bo zgubili swojego psa.

Ale wiele psów trafia na bruk z woli swoich właścicieli…
Taka niefrasobliwość i okrucieństwo wobec zwierząt to jedna z nielicznych rzeczy, które są w stanie doprowadzić mnie do białej gorączki. Nie wyobrażam sobie sytuacji – może poza jakimś wyjątkowo dramatycznym przypadkiem losowym – w której mógłbym w ogóle zacząć myśleć o tym, że Borys gdzieś czy komuś będzie oddany. Zresztą – moi rodzice mieli sznaucera olbrzyma Nosfera i on ugryzł moje dziecko. Nikt nie widział tej sytuacji. To był pies, który normalnie bronił Kamila, pilnował, był karny – coś się musiało stać. Przeżyliśmy dwa tygodnie w szpitalu razem z dzieckiem, a jednak nie zdecydowaliśmy się na żaden radykalny krok. Nie uśpiliśmy psa ani go nie oddaliśmy. Uznaliśmy, że to my popełniliśmy jakiś błąd, a on kierował się po prostu własną logiką. Mój syn i Nosfer przestali się kontaktować na długi czas, a potem te kontakty odbywały się już tylko pod naszą kontrolą.

Kamil miał po tym wypadku uraz?
Przez jakiś czas, gdy przyjeżdżaliśmy do rodziców, nie wchodził na posesję, dopóki nie było wiadomo, że pies jest zamknięty. Natomiast wobec Borysa I, którego już wtedy mieliśmy, nie miał żadnych oporów.

Jedna z naszych autorek zaproponowała ostatnio, by stworzyć psie lobby – myśli Pan, że to dobry pomysł? Już widzę po minie, że chyba nie…
Bo ja nie wierzę w takie rzeczy. Myślę, że tylko spokojne, ale systematyczne drążenie pewnych tematów, uwrażliwianie na różne kwestie – to jest metoda.

Dlaczego więc tak mało się mówi w mediach o cierpieniu zwierząt?
Pewnie trudno obudzić wrażliwość pośród tych wszystkich sejmowych awantur, bzdur, którymi się zajmujemy, afer billboardowych i różnych innych.

W ostatniej kampanii wyborczej dużo mówiono o obniżeniu podatków – czy nie należałoby znieść podatku od posiadania psa?
To jest dowód na hipokryzję polityków, którzy kreują się na miłośników zwierząt – minister Kołodko z upodobaniem fotografował się ze swoim briardem, ale jakoś nie zlikwidował podatku od posiadania psa. W sytuacji, gdy ludzie porzucają psy z o wiele bardziej błahych powodów, absurdem jest dodatkowe obarczanie ich jakimikolwiek fiskalnymi naciskami.

Zatem wrażliwość na krzywdę zwierząt pozostaje chyba wynieść z domu?
Mieszkaliśmy w robotniczej dzielnicy Katowic, w której nie brakowało bezpańskich zwierząt. Moja mama dbała o koty, a tata – o psy. Pamiętam, jak ojciec przyniósł do domu psa, który się kulił pod drzewem w ulewny deszcz. Najpierw Bandos – bo tak go nazwaliśmy – miał ciepłe miejsce w piwnicy obok pieca, potem się przenosił coraz wyżej, aż skończyło się na tym, że spał w nogach mojego łóżka.

To był pierwszy Pana pies?
Nie. Najpierw był Reno – pies moich pradziadków, z którymi mieszkaliśmy. Potem Bandos I – owczarek szkocki collie, wówczas jeszcze bardzo rzadka w Polsce rasa. Był gruntownie przeszkolony, potrafił forsować przeszkody, bardzo szybko się uczył. Następnie pojawił się Bandos II. Później Znajdor – mieszanka setera irlandzkiego, wreszcie wspomniany już Nosfer.

Do którego był Pan najbardziej przywiązany?
To tak, jakby spytać, które z dzieci się kocha najbardziej. Każdy był pełnoprawnym członkiem rodziny. Teraz Borys jest jedynym domownikiem, który mnie wita, gdy po północy wracam z Warszawy do Katowic na weekend.

Jest Pan przewodnikiem stada?
Borys uznaje moje zwierzchnictwo. Choć szwagierka jest poza wszelką konkurencją, na jej widok pies staje się trochę inny niż go tutaj widzimy. Jola i orzeszki – to działa na niego najbardziej.

Ma Pan szczęście, że również Pana żona jest miłośniczką psów…
Mariannę poznałem właśnie na spacerach z psem – miała charta afgańskiego. Briard Borys był niespodzianką dla niej. Gdy go zobaczyła, oszalała z radości. Potem Borys I mieszkał z nami na 36 metrach kwadratowych.

Wielu uznałoby to za męczenie zwierzaka…
Jak się ma takiego psa i taki metraż, to trzeba znaleźć godzinę dziennie, żeby mógł się wybiegać – wtedy on wraca do tych 36 metrów tak samo szczęśliwy jak do willi.

Miłośnicy psów dzielą się na tolerujących „niemiłośników” i takich, którzy odnoszą się do osób nielubiących zwierząt z rezerwą. Do której grupy Pan się zalicza?
Zdecydowanie do drugiej. Publiczna deklaracja, że się nie znosi psów, jest czymś dyskredytującym autora takich poglądów. A hotele też oceniam według tego, czy można do nich zabierać psy. Nawet jeśli Borys zostaje w domu…

Chcesz dać głos i ocenić?
Dołącz do naszego stada – zarejestruj się!
Ocena użytkowników

Dodaj komentarz

Zaloguj się do swojego konta lub skomentuj anonimowo. Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *