Odprowadzę cię na drugą stronę tęczy... - Psy.pl

Odprowadzę cię na drugą stronę tęczy…

Pluto trafił do nas, ponieważ moja córka Karolina bardzo chciała mieć psa – wymarzyła sobie sznaucera olbrzyma. Pomyślałem jednak: tyle jest bezdomnych zwierząt, dlaczego nie moglibyśmy jednemu z nich pomóc – tak sześć lat temu opowiadał o pojawieniu się w jego domu psa Pluta Ryszard Rembiszewski, który przez wiele lat prowadził w telewizji losowania Totolotka. Dziś Pluta już nie ma, ale jest pamięć o nim, która poruszy każde serce.

Tato, sznaucer olbrzym! Ma być sznaucer!
To miał być mój pierwszy własny pies, mój i tylko mój. Wjeżdżaliśmy z tatą na Paluch pewni, że zaraz pojawi się w naszym życiu piękny, masywny, czarny jak smoła sznaucer olbrzym. Po trzech godzinach biegania z wywieszonymi językami od boksów z psami do recepcji (Nie, ten nie, proszę państwa – kwarantanna; ten też nie, bo przeskakuje przez ogrodzenia i ucieka; ten się nie nadaje na samotnika – muszą państwo wziąć dla niego kolegę). W końcu pani za kontuarem się zlitowała:

– Niech państwo pójdą na drugi koniec schroniska, tam w klatce siedzi duży biały pies, bardzo łagodny, nic tylko kochać.
– Biały? Ale miał być czarny, sznaucer…
– Oj, niech państwo idą, bez gadania.

Podreptaliśmy posłusznie z powrotem, ale we wskazanym boksie siedział… mały, bury, rozwrzeszczany kundelek, który łypał na nas złowrogo swoimi dwukolorowymi ślepkami.

Wracamy. Pytamy, czy to na pewno ten numer boksu. Tak, ten. Ponowny odwrót i znowu – tylko ten mały ujadający kundelek. I tak trzy razy. Za czwartym razem poszedł z nami wolontariusz. Podchodzimy, a tam… no zgadnijcie, kto? Ujadający kundelek. Wolontariusz się rozpromienił i mówi:

– Aaa, OK, Pluto na pewno jest w środku. On się wszystkiego boi. Był bity i ten hałas mu przeszkadza. Zaraz go przyprowadzę.

Po chwili wyszedł z pięknym, biszkoptowym, brudnym jak jasna cholera i chudym jak szczapa psem moich marzeń! Biedak miał ogon podkulony aż pod brzuch i przerażone spojrzenie. Wolontariusz podszedł i zdążył tylko powiedzieć:

– A teraz ostrożnie…

Ja już jednak siedziałam na ziemi, a śmierdzący worek kości lizał mnie po szyi i daję słowo – uśmiechał się do mnie! W ciągu tych kilku sekund zapomniałam nawet, jak wygląda sznaucer olbrzym – Pluto był spełnieniem marzeń i wiedziałam, że żadne z nas nie chce już iść samo przez życie, chcemy iść razem, łapa w łapę albo raczej łapa w rękę.

Pańcia, to jest przegięcie
Przez pół mojego życia robiliśmy wspólnie masę fajnych rzeczy. Jeździliśmy do Jastarni, gdzie Pluto zawsze wypijał pół Bałtyku i ganiał biednych starych rybaków, gdy wracali na rauszu z piwiarni. W pociągu zaanektowaliśmy cały przedział, bo Pluto jakoś nie chciał się dzielić z obcymi. Chodziliśmy na długie spacery nad Kanał Gocławski, które zawsze kończyły się skokiem do wody i pogonią za kaczkami. Każdy dzień przynosił nowe przygody i nową, wyczekiwaną, wytęsknioną i pachnącą niczym ambrozja michę mięcha z ryżem.

Lata mijały i nagle się okazało, że zdrowie już nie to, że kaczki w jeziorku szybsze niż Pluto, a oczy zaczynają zachodzić mgłą. Spacery stawały się krótsze, coraz trudniej było przychodzić na wołanie, bo słuch szwankował.

Pewnego dnia w domu pojawiła się maleńka Kota – no co jak co, można się starzeć, ale przecież żaden szanujący się pies nie będzie spał całymi dniami, gdy po domu tupta małe coś i miauczy! W psich miarach przyniesienie Koty do domu wyszło poza skalę – to był szczyt szczytów i jeszcze trochę wyżej. „Pańcia, to jest przegięcie”.

Z tej złości na mnie i na maleńką Lilu – która łaziła za nim, ocierała się i robiąc oczy kota ze „Shreka”, zdawała się mówić do Pluciaka: „Kochaj kotka!” – wstał z posłania, otrzepał sierść i zanim się zorientował, wstąpiło w niego nowe życie.

Ganiał smarkulę po domu, warczał, kiedy wyjadała mu z miski, ratował, kiedy maleńka wpadła do jego korytka z wodą, i już zupełnie machał na nią łapą, kiedy go zdenerwowała i ze złości wsadził sobie jej maleńką główkę do pyska, a ona… zaczęła ze szczęścia mrrrrrruczeć. Wtedy stwierdził, że to kompletna wariatka, skoro niczego się nie boi. Pogodził się z tym, że Lilu z nim mieszka, i tylko od czasu do czasu pokazywał jej, jaką dysponuje klawiaturą w paszczy – ale tylko tak profilaktycznie, nigdy nic jej nie zrobił.

Cudowny, łobuzerski i wiecznie nienażarty
Tak sobie żyli razem przez kilka lat, aż Plutek zaczął powoli odchodzić, skapitulował, popatrzył na mnie ślepymi oczkami i powiedział, że ma dość. Nie daje rady wejść na pierwsze piętro, bo łapki wykręca reumatyzm, wszędzie nabija sobie guzy, bo już kompletnie oślepł, wymiotuje i wstyd się przyznać Pańci, ale „Ja już nie kontroluję tego, kiedy trzeba iść na siku lub wyskoczyć na kangurka”.

Od roku systematycznie się poddawał, kawałek po kawałku, schodek po schodku rezygnował z dalszej wędrówki przez życie. Było już tak źle, że musiałam podjąć najtrudniejszą decyzję w życiu – jutro pozwolę odejść mojemu Pluszowemu Przyjacielowi. Przytulę go, pogłaszczę po łebku i pozwolę spokojnie zasnąć w moich ramionach.

Od rana płakałam, nie potrafiłam się opanować. Po południu powiedziałam tacie, że muszę wykąpać Pluciaka, żeby był taki puszysty, czyściutki. Tata na mnie spojrzał i powiedział:

– Ale po co? Przecież on się tylko zestresuje kąpielą.

Wróciłam do domu i zrozumiałam, że tata miał rację. Nie mogę siedzieć i rozpamiętywać, na co po kolei zaczął chorować, co szybciej, a co wolniej odmawiało mu posłuszeństwa. Powinnam go zapamiętać takiego, jaki był przez całe życie – cudowny, łobuzerski i wiecznie nienażarty.

I nagle zrozumiałam, dlaczego ludzie, którzy wiedzą, że umrą, robią wszystko, czego zabraniają im lekarze: piją, palą lub wymykają się z domu na zbyt forsowny spacer. Oni chcą poczuć, że te ostatnie chwile są fajne, że mogą się cieszyć z małych rzeczy i jeszcze ten jeden, jedyny raz poczuć się, jakby znowu mieli naście lat.

Nie bądź wiśnia, nie żryj sama, wiesz, jak kocham arbuza
Poszłam do sklepu i kupiłam to, co Pluto zawsze uwielbiał, a czego już od kilku lat w ogóle nie jadł, bo był na suchej diecie: serdelki, puchę megaśmierdzącego mięcha dla psów (im bardziej śmierdzi, tym pies ma większą radochę – nigdy tego nie pojmę), twixa (psom w ogóle nie wolno jeść słodyczy, ale jeden gryz się chyba należy, no weź Pańcia, daj, daj, daj!), gotową pizzę, do której dołożyłam dodatkową porcję sera, oliwki i rukolę (mój pies zawsze był z gatunku „zeżrę wszystko oprócz bananów”, więc wszelkie odmiany sałaty lub oliwki z migdałami były mile widziane), szynka konserwowa w puszce zatopiona w galaretce (no wprost psie delicje), a wisienką na torcie okazał się kawałek arbuza (Nie bądź wiśnia! Nie żryj sama! Upał jest, przecież wiesz, jak ja kocham arbuza, dawaj!).

Uprzedzając zaniepokojone duszyczki – nie, pies Pluto nie dostał skrętu kiszek, bo ja wbrew pozorom mam jeszcze resztki rozumu i dałam mu tylko po kawałku każdego frykasa. Zamiast skrętu kiszek, pies dostał… zajoba ze szczęścia. Ślinił się, żebrał o żarcie jak za dawnych lat. Musiałam odegrać całe przedstawienie pod tytułem „Oooo, jakie dobre, zjem sama” i  pozwolić mu na psią żebraninę, która zawsze mu sprawiała radość. Psie śmierdzące mięcho oddałam mu bez walki (są wszak jakieś granice), trącał mnie nosem i poganiał łagodnym warczeniem, gdy zbyt długo przetrzymywałam „jego” część arbuza.

Potem nastąpiło wielkie głaskanie, zakończone siarczystym beknięciem i Pluto zasnął wtulony w moje kolano. I w ogóle mi nie przeszkadzało, że się do mnie przytula, gdy na dworze taki skwar, ani nawet że uskutecznia to spanie i przytulanie na moim łóżku – śpi, posapuje i wiem, że jest szczęśliwy.

I chociaż wiem, że jutro pęknie mi takie coś, gdzieś tam w środku mnie… i że moje ukochane Pluszowe Serduszko będzie już zawsze tylko w mojej pamięci i w moim sercu – to mam pewność, że jego ostatni wieczór ze mną był pełen radości, przekomarzania się, głaskania za uchem i jego ulubionych frykasów.

Nie ma recepty na bezbolesną śmierć przyjaciela
Nie da się przez to przejść bez emocji. Nie da się nie płakać i nie złorzeczyć na cały świat.

Ale można sprawić, żeby ostatnie chwile, które zwierzak z nami spędza, były dla niego radosnym pomostem między życiem z nami, a spacerem na drugą stronę tęczowego mostu…

Kocham Cię Pluto… dziękuję…

Chcesz dać głos i ocenić?
Dołącz do naszego stada – zarejestruj się!
Ocena użytkowników

Dodaj komentarz

Zaloguj się do swojego konta lub skomentuj anonimowo. Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *