Pamiątka z Kostaryki - Psy.pl - mamy nosa!

Pamiątka z Kostaryki

O tym, jak odkryła, że boksery są fajne - opowiada dziennikarka "Wiadomości" TVP 1 Dorota Wysocka-Schnepf

Przeczytałam w jednej z książek o bokserach, że to rasa lubiana przez kobiety, które prowadzą psa ręką czułą i stanowczą – czy to prawda?
Czułą – tak, stanowczą – nie. Nasz bokser jest strasznie rozpieszczony. Pozwalamy mu na wszystko, co mu nie szkodzi. Natomiast jesteśmy stanowczy np. w kwestii smakołyków, ponieważ ma skłonność do alergii. A zjadłby wszystko: winogrona, truskawki, kiszone ogórki…

Kto go najbardziej rozpieszcza?
Oboje z mężem. Chcemy, żeby Felek dobrze się czuł, zwłaszcza że pochodzi z Kostaryki, w której parę lat mieszkaliśmy – kraju, w którym pies jest traktowany tak jak u nas na wsi: ma siedzieć w budzie i pilnować, nie dba się o niego. Na nas patrzono jak na ludzi niespełna rozumu, gdy zobaczono, że wpuszczamy go do domu. Wiedząc, że zanim go wzięliśmy, mógł być źle traktowany, postanowiliśmy mu to wynagrodzić. Stąd też jego imię, bo Felek to nasza polska wersja hiszpańskiego Feliz (Szczęściarz).

A skąd go Państwo wzięli?
Z hodowli kostarykańskiej – choć słowo hodowla ma tam pewnie inne znaczenie niż u nas…

Niekoniecznie – u nas też są hodowle i „hodowle”… Co do wyboru rasy byli Państwo zgodni od początku?
Nie. Początkowo myślałam o posokowcu bawarskim. Mąż z kolei napomykał o bokserze. Mnie jednak trudno było uwierzyć, że boksery mogą być fajne. Na mojej opinii zaważył na pewno wygląd psów tej rasy z obciętymi uszami i ogonem – to straszny widok. Gdy byłam dziewczynką, jeden z moich sąsiadów miał boksera i ten pies wydawał mi się potworem. Kiedy jednak wzięłam na ręce dwumiesięcznego, biało-różowego Felka i gdy mnie oblizał tym swoim językiem, to nawet nie zauważyłam, że ma – niestety! – skopiowany ogonek…

Czyli to był zakup pod wpływem impulsu?
O nie, nie kupiliśmy go od razu. Wzięliśmy telefon od hodowcy i jeszcze przez tydzień się zastanawialiśmy.

Psy, które były w tej hodowli, odzwierciedlały popularność ras na Kostaryce?
Szczerze mówiąc, w tym kraju w ogóle się nie daje zauważyć psów. Byłam jedną z nielicznych osób w mieście, które wychodziły z psem na spacer. Tam nie ma zwyczaju trzymania czworonogów w domu. Tylko dlatego, że mieszkaliśmy w dzielnicy zdominowanej przez obcokrajowców, w naszym sąsiedztwie widywaliśmy ich trochę. W Kostaryce nie ma typowej miejskiej zabudowy – osiedli, bloków, kamienic. Społeczeństwo jest rozwarstwione, klasa średnia prawie nie istnieje, więc ludzie mieszkają albo w wystawnych domach, albo w slumsach. Psy, jeśli są, to w dzielnicach willowych, w ogrodach. Popularność ras łatwiej więc ocenić w miejscach, gdzie można je kupić, niż na ulicy. W hodowli, z której wzięliśmy Felka, były głównie labradory i husky.

Z kotami sytuacja wygląda podobnie?
Kota to już w ogóle trudno tam zobaczyć. Są za to „domowe” gekony, które chodzą po ścianach…

W takim razie pewnie zwierzęta nie pojawiały się w Pani korespondencjach dla polskiej prasy i radia?
Rzadko. Chyba że krokodyl zjadł człowieka…

Felek to Pani pierwszy pies?
W domu rodzinnym miałam kundelka. Został przemycony od mojej koleżanki, która mi go wetknęła właściwie na siłę. Byłam wtedy w pierwszej czy drugiej klasie szkoły podstawowej i nie wiedziałam, czy rodzice się zgodzą na psa. Koleżanka szepnęła mi na ucho imię suczki, a ja zrozumiałam „Lekka”. Potem jednak się okazało, że wyszeptane imię brzmiało „Ledka” i było polskim zdrobnieniem „Lady”. W ten sposób jamnikowata Lady została Ledką.

A rodzice…?
Zakochali się w niej. Nawet mama, która wcześniej mówiła: nie chcę psa, pies w domu to bałagan, pogryzione rzeczy… Ledka była z nami kilkanaście lat, potem niestety zachorowała na raka.

Ma Pani zatem skalę porównawczą między suczką i psem – jakie wnioski?
I ona była cudowna, i on jest cudowny. Felek nie ma zapędów dominacyjnych, niczego nie wymusza. Jest bardzo przymilnym psem.

Ale do obcych, jak widzę, się nie garnie?
Miał ten obyczaj, że pierwszy witał gości, nawet jeśli ich nie znał. Wybierał zwłaszcza osoby nielubiące psów i próbował je do siebie przekonać, kładąc im głowę na ramieniu, gdy tylko usiadły… A teraz wychodzi, wychyla łebek i… jeszcze nie. Gdyby panią zobaczył kilka razy, byłby największym przyjacielem i przez pół godziny wywijałby piruety na powitanie.

Co go tak odmieniło?
Lot z Kostaryki. Klatka (mimo że kupiliśmy ją znacznie wcześniej i staraliśmy się go z nią oswoić), luk bagażowy, doba spędzona w samolocie, trzy starty i trzy lądowania… Dostał wprawdzie środki uspokajające, ale sprawiał wrażenie, jakby czuł, że dało mu się coś niedobrego. Miał w oczach żal i pytanie: co mi zrobiliście? Dlaczego mi język wychodzi na zewnątrz i łapy się rozjeżdżają…?

Przez całą podróż nikt do niego nie zajrzał?
Dopiero we Frankfurcie – steward, który sam miał psa i rozumiał problem. Widziałam z okna samolotu, że klatka zjechała na taśmie i że dał Felkowi wody.

Jak wyglądało spotkanie na Okęciu?
Gdy Felek mnie zobaczył, był tak szczęśliwy, że wydawał się nie pamiętać o całym stresie podróży. Ale gdy dotarliśmy do domu, jego skutki dały o sobie znać. Nie chciał wychodzić, musiałam brać z windy na ręce te 30 kilogramów boksera, wystawiać na chodnik i powoli go przekonywać, że już jest dobrze i że nigdy więcej nic równie traumatycznego mu się nie przytrafi.

Może wpłynęły na to również inne czynniki: że tu się inaczej żyje, inaczej mieszka?
Zapewne. Musi wychodzić na smyczy i tylko kilka razy dziennie… a przecież wychował się w ogrodzie. Nie lubi tego, czeka na weekend, bo wie, że wtedy pojedziemy za miasto – do mamy męża albo do lasu – i będzie mógł się wybiegać. Już w sobotę rano siedzi i pyta tymi swoimi oczami: to kiedy wyjeżdżamy?

Nie boi się innych środków lokomocji?
Uwielbia jeździć samochodem. W Kostaryce nie mogliśmy go z sobą nigdzie zabierać, z wyjątkiem hotelu prowadzonego przez naszego przyjaciela Polaka, który sam ma psa. W Polsce jest lepiej, mamy nawet zaprzyjaźnioną restaurację na Nowym Świecie. Siadamy tam z Felkiem w ogródku, a pani przynosi mu miskę z wodą. Ostatnio jednak dość długo szukałam miejsca na Mazurach, gdzie można by się zatrzymać z psem… Za to w ubiegłym roku Felek pojechał z nami nad morze i był przeszczęśliwy: skakał po falach, chwytał je…

I odtąd morze znalazło się wśród jego ulubionych słów, jak jedzonko czy ciasteczko?
Wszystko niestety zdrabniamy i wiem, że to brzmi idiotycznie, ale człowiek czasem idiocieje na punkcie swojego psiaka.

Jakie jeszcze słowa mają taką magiczną moc?
Wyznam to z niejakim wstydem: samochodzik i brum-brum…

Chcesz dać głos i ocenić?
Dołącz do naszego stada – zarejestruj się!
Ocena użytkowników

Przeczytaj także

Dodaj komentarz

Zaloguj się do swojego konta lub skomentuj anonimowo. Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *