Pies i człowiek - Psy.pl - mamy nosa!

Pies i człowiek

Pojechaliśmy do Indii, aby podziwiać dzikie zwierzęta. Do głowy nam nie przyszło, że finałem wyprawy będzie adopcja indyjskiego psa

Indie są dla Europejczyka niezwykle egzotyczne, pełne skrajności, kolorów, zapachów, różnych ludzi i różnych zwierząt. Z jednej strony kapiące bogactwem pałace, z drugiej – szałasolepianki stłoczone nad rynsztokiem. Tu pachnące przyprawy i bezkresne plantacje herbaty, tam sterty cuchnących śmieci, których nikt nie sprząta.
Do rezerwatu Periyar przylegają wioski, których mieszkańcy wypasają zwierzęta na terenie parku. Maleńkie koniki, bydło podobne do afrykańskich zebu i bawoły spędzają dzień na łąkach w pobliżu jeziora, a wieczorem wracają do wsi.

Pewnego razu zauważyliśmy stado bawołów i podobnego do dingo psa, który z zapałem zaganiał je w jedno miejsce. Choć w okolicy nie było śladu pasterza w ludzkiej postaci, przez cały dzień zapędzał je do niewidzialnego kręgu, którego granice wyznaczała jego wyobraźnia. Miał pełne łapy roboty, bo co chwilę któryś bawół usiłował się oddalić od grupy. Dopiero przed zachodem słońca pojawił się mężczyzna, który odprowadził zwierzęta do wsi. Pierwszy raz widziałam psa, który przez cały dzień bez wsparcia człowieka umiał sobie poradzić ze stadem. Indyjski dingo wzbudził naszą ogromną sympatię i chcemy wierzyć, że jest szczęśliwy.

W Indiach – jak wszędzie na świecie – psy dzielą los swoich opiekunów. Jeśli człowiek jest biedny, to i jego czworonogowi się nie przelewa. Po tamtejszych wioskach szczęśliwie przechadza się niewiele psów. Są chude i jak ludzie zmęczone upałem. Te, które spotkaliśmy, choć nie wyglądały jak pączki w maśle, nie robiły wrażenia zaszczutych ani nie były agresywne. Mam wrażenie, że Hindusi raczej nie okazują niechęci zwierzętom. Specjalnego zainteresowania – też nie.

Na trzy dni przed powrotem do domu postanowiliśmy spędzić noc nad oceanem, obserwując zwierzęta, które właśnie wtedy korzystają z plaży. Zapadł zmrok. Paweł zaczął się uganiać z aparatem fotograficznym za krabami, które wychynęły z kryjówek. Zdziwiłam się, gdy usłyszałam: „ktoś tu na ciebie czeka”, bo kraby umykają w kosmicznym tempie, oczekiwanie nie jest ich mocną stroną.

W piaskowej koleinie ujrzałam malutkiego szczeniaka. Wzięłam go na ręce, przytuliłam i poczułam, że oprócz niego trzymam w objęciach armię dużo mniejszych istot. Natychmiast oblazły mnie dziesiątki pcheł, wszołów i Bóg wie czego jeszcze. Brak jakichkolwiek preparatów przeciwpchelnych zmusił nas do wykazania się zręcznością. Po walce wręcz z krwiopijcami zaczęliśmy szukać miejsca, skąd suczka przywędrowała. Miała najwyżej miesiąc i powinna być przy matce. Dość szybko znalazł się człowiek, który stwierdził, że jest właścicielem małej i jej matki. Zabrał ją z dużym, ale – jak się potem okazało – udawanym zadowoleniem.

Nie minęła godzina, gdy pośród huku oceanicznych fal usłyszałam płacz. Myślałam, że to dziecko. Rozpaczliwe, rzewne zawodzenie dobywało się ze szczeliny w skałach otaczających plażę. To płakała nieszczęsna suczka, którą wdzięczny opiekun wrzucił między kamienie. Do dziś nie wiem, jak mi się udało wydostać ją ze szczeliny, w której z trudem mieściła się dłoń.

Nakarmiona mlekiem i jajkiem, zawinięta w moją chustkę psina zasnęła kamiennym snem. A my zastanawialiśmy się, co dalej. Wyjeżdżamy za dwa dni, nie zdążymy załatwić formalności związanych z podróżą zwierzaka. Lecimy liniami Emiratów Arabskich, które niechętnie goszczą na pokładzie samolotu nawet małe czworonogi, po drodze trzy przesiadki – tak mały piesek nie przeżyłby podróży. W końcu Paweł krzyknął: – Eureka! Znajdziemy kogoś, kto odpowiednio zmotywowany finansowo zaopiekuje się psem. On będzie przysyłał nam zdjęcia Kalkuty (tak nazwaliśmy suczkę), a my będziemy wypłacać mu pensję.

Nie szukaliśmy długo. Aneesh – recepcjonista z nadmorskiego hoteliku – zrobił interes życia. Dzięki psu znacznie podniesie swoją stopę życiową, a my możemy mieć nadzieję, że Kalkuta (Aneesh nazwał ją Julią) będzie jednym z lepiej utrzymanych psów w Indiach. Po zakończeniu pertraktacji o pensji motywacyjnej dla nowego opiekuna suczki odetchnęliśmy z ulgą.

Usiedliśmy nad brzegiem oceanu. Z zamyślenia wyrwało mnie pytanie Pawła. – Wiem, że marketing nie jest moją mocną stroną. Biznes też nie. Matematyka, którą pod naszą szerokością rozumiałem i lubiłem – zaczyna mi w tropikach szwankować. Dorotko, znasz się na psach, więc mi wyjaśnij – czy myśmy tę suczkę sprzedali, czy kupili?

Chcesz dać głos i ocenić?
Dołącz do naszego stada – zarejestruj się!
Ocena użytkowników

Przeczytaj także

Dodaj komentarz

Zaloguj się do swojego konta lub skomentuj anonimowo. Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *