„I tak niedługo zdechnie”. Właścicielka psa, który miał ranę wielkości melona, stanie przed sądem


Ponad rok temu pies z raną wielkości melona został uratowany przed śmiercią w męczarniach. Dzisiaj właścicielka czworonoga stanie przed sądem.

Kolejna wstrząsająca historia, w której główne role odgrywają człowiek i pies. To opowieść, w której zwierzę – zamiast być przywiązane do swojego opiekuna – zostało przywiązane do łańcucha, by cierpieć w samotności. Pies z raną wielkości melona został uratowany przez wolontariuszy z Fundacji Jestem Głosem Tych, Co Nie Mówią 8 grudnia 2018 roku. Uchronili oni zwierzę przed długą i powolną śmiercią w męczarniach. Wolontariusze fundacji czekali na ten dzień ponad rok! W końcu „potwór w ludzkiej skórze” (jak mówią o właścicielce pracownicy organizacji) stanie przed sądem.

Pies z raną wielkości melona!

Trudno sobie wyobrazić, jak bardzo człowiek może być obojętny na los zwierzaka, który znajduje się pod jego opieką. A jeszcze trudniej zrozumieć, jak może doprowadzić go do takiego stanu. Wróćmy jednak do dnia 8 grudnia 2018 roku, w którym wolontariusze otrzymali anonimowe zgłoszenie, że na jednej z posesji w Stanowicach znajduje się zaniedbany i uwiązany na łańcuchu pies, który ma bardzo dużą ranę w okolicach szyi. Pracownicy organizacji pojechali pod wskazany adres. To, co zastali na miejscu, przerosło ich najgorsze wyobrażenia. Ponadto wolontariusze z Fundacji Jestem Głosem Tych, Co Nie Mówią, usłyszeli od zdumionej właścicielki psa, że „jak ktoś może przyjechać do psa na łańcuchu, który i tak niedługo przecież zdechnie”.

Pies, który cały czas był przetrzymywany na uwięzi, miał otwartą ranę, z której sączyła się krew, ropa i wydobywała cuchnąca woń. Co więcej, była ona wielkości melona! W ranę wrosła się również skórzana obroża. Pies miał też jeszcze większego guza na tylnej łapie.

Pies łańcuchowy a domowy

Czytając opis interwencji czy oglądając wstrząsające zdjęcia zwierzęcia, niejednemu z nas zapewne uroniła się łza. Właścicielka nic jednak nie robiła sobie z psiego cierpienia, do którego sama zresztą doprowadziła. Kobieta przez cały czas się śmiała i mówiła, że nie wie, w czym jest problem. W końcu leczyła ranę psa przez pół roku… polewając ją wodą utlenioną.

Pies nie miał też szczepień, bo przecież był na łańcuchu, a takiemu psu – jak powiedziała właścicielka – nie są one potrzebne. Podczas interwencji wolontariusze dowiedzieli się, że kobieta jest jeszcze właścicielką dwóch innych czworonogów. Z racji tego, że tamte psy były domowe, kobieta traktowała je zupełnie inaczej. Wolontariusze zapytali też, dlaczego właścicielka – której status ekonomiczny nie jest niski – nie udzieliła psu z raną wielkości melona pomocy, usłyszeli, że „wszystkie samochody są wysprzątane i nie będzie sobie w nich smrodzić”.

Pies został zabrany i niezwłocznie zawieziony do lecznicy weterynaryjnej, gdzie została mu udzielona fachowa pomoc. Suczka całe swoje życie spędziła na łańcuchu, dlatego nic dziwnego, że do świata i ludzi podchodziła nieufnie. Wolontariusze fundacji nazwali ją Cegiełka. Suczka obecnie przebywa w jednym z domów tymczasowych.

Sprawiedliwości stanie się zadość?

Pracownicy Fundacji Jestem Głosem Tych, Co Nie Mówią czekali na to ponad rok. Sprawa rażącego zaniedbania psa trafiła do organów ścigania. Już dziś będzie miała swój finał. Jaki? To się okaże.

źródło i zdjęcie główne: www.facebook.com/FundacjaJestemGlosem 

Autor: Magdalena Olesińska