Przybłęda z marzeń - Psy.pl - mamy nosa!

Przybłęda z marzeń

Mój ojciec był myśliwym, dlatego w rodzinnym domu zawsze były psy myśliwskie. Kiedy w latach 50. XX w. zabrano mu pozwolenie na broń, musieliśmy się z nimi rozstać. Takim zwierzakom trzeba zapewnić co najmniej 15 km spacerów dziennie, więc znaleźliśmy im dom na wsi, gdzie miały możliwość się wybiegać. Pierwszego mojego psa wzięłam ze schroniska. Przypominał foksteriera szorstkowłosego, nazwałam go Drops.

Spędziliśmy razem ponad pięć lat, a gdy odszedł, wiedziałam już, że będę się starała ulżyć sierocej doli kolejnego czworonoga. Gdy więc do znajomej przybłąkała się suczka, bez wahania ją wzięłam. Była biała jak z pianki, otrzymała imię Beza i podobnie jak Drops spędziła ze mną pięć lat.

Kolejny zwierzak w typie pinczera po prostu zażyczył sobie u mnie mieszkać! Przyszedł ze znajomymi, którzy przyjechali do mnie z drugiego końca miasta. Kiedy wsiadali do tramwaju, wskoczył za nimi, a potem wysiadł, wszedł do mojego domu, usiadł przy mnie i został. Miał przekomiczną mordkę – jak małpka kapucynka – okrągłe, jasne okulary wokół oczu i kółko wokół noska. Trudno się było nie śmiać, gdy się na niego spojrzało. No i był kolanowcem – z kolan nie schodził! Nazwałam go Mikrus.

Po nim trafiła do mnie na 12 lat cudowna suczka wielorasowiec. Ze względu na śmieszną minę nazwałam ją Szelma. Miała szczeniaki, ale zadbałam, aby poszły w dobre ręce. Jeden zrobił nawet karierę międzynarodową, bo wraz z księdzem, który go wziął, pojechał na misje na Ukrainę.

Po Szelmie pojawił się Urwis. Wprawdzie ze względu na stan zdrowia nie chciałam już brać żadnego psa, ale pomyślałam, że jeśli trafi się jakiś przybłęda, to przecież go nie wyrzucę. I zaczęłam snuć marzenia: najlepiej, gdyby był kudłaty, żeby było mu ciepło, i czarno-biały, żebym z daleka dobrze go widziała. No i przyjechała do mnie znajoma z Pabianic, która przywiozła takiego właśnie pieska! Kiedy była wieczorem w kościele, w pewnym momencie poczuła, że coś ją liże po nogach… Kościelny wyjaśnił, że ten kościół to swoiste schronisko dla bezdomnych kotów i psów i że nie ma co się zastanawiać, tylko trzeba zabierać – przywiozła go więc. Przez pięć lat opiekowałam się nim w chorobie – cierpiał na padaczkę.

W kwietniu sąsiadka przyprowadziła Psikusa (wtedy nazywał się Pikuś). Nie był przybłędą, tylko sierotą, bo jego pani zmarła. Nazwałam go Psikusem, ponieważ ma poczucie humoru. Musiałam zorganizować jakoś jego wyprowadzanie, zaangażowałam więc dziewczynkę z sąsiedztwa. Niestety, nie chciał z nią wychodzić, chociaż chętnie dawał się wyprowadzać czterem innym osobom, które często u mnie bywają. Zastanawiałam się, czym one się różnią od tej dziewczynki, i doszłam do wniosku, że mają klucze do mojego mieszkania! Kiedy i jej dałam klucze, Psikus zaczął z nią wychodzić. Jak on to wykombinował? Co za zmysł obserwacji!

Wieczorem, kiedy kończę przyjmować podopiecznych, siadamy z Psikusem przed telewizorem, głaszczę go, a on śpiewa.

Oprócz zwierzaków, o których opowiedziałam, przez mój dom przewinęło się jeszcze 17 innych, którym znalazłam nowych opiekunów. Bezdomne psy to wierne stworzenia. Gdy znajdą już dom, nowemu właścicielowi odwzajemniają się w dwójnasób troską, czuwaniem i wiernością.

Maria Sawicka, mecenas

Chcesz dać głos i ocenić?
Dołącz do naszego stada – zarejestruj się!
Ocena użytkowników

Dodaj komentarz

Zaloguj się do swojego konta lub skomentuj anonimowo. Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *