„Wypuszczam, żeby się wybiegał. Przecież nie będę za nim łazić”. Jak naprawdę wyglądają spacery Polaków z psami?


Zofia kiedyś wypuszczała psy, żeby same biegały po okolicy, ale jak sąsiedzi zaczęli się przyczepiać, to już tylko siedzą na posesji. Zbigniew ze swoim psem czasem wychodzi, ale gdy ten nie chce wrócić, wraca do domu bez psa, przecież Nero zna drogę.

Ten artykuł subskrybenci newslettera Psy.pl mogli przeczytać już miesiąc wcześniej. Też miej wcześniejszy dostęp do treści! Zapisz się: www.psy.pl/newsletter.

Zofia, lat 68, mieszka na wsi, która jeszcze niedawno była niemalże pusta, a dziś co chwilę wyrastają nowe domy sprowadzających się tu mieszkańców dużego miasta, oddalonego o 40 km. Zbigniew, lat 55, mieszka w małym miasteczku, przy jego granicy – z okien widzi okalające miejscowość lasy i łąki. Barbara, lat 59, mieszka w starym i wysokim bloku na warszawskim Targówku. Piotr (33 lata) i Zuzanna (32 lata) to małżeństwo z sześcioletnią córką Amelką, mieszkające na nowym, ogrodzonym osiedlu. Wszyscy mają psy i wszyscy deklarują, że wychodzą z nimi na spacery.

Zofia

Mam trzy takie tam burki. Tego małego to wpuszczam do domu, bo on nic nie robi, tamte to za duże. To jest Franek, taki york trochę – tak wnuczka powiedziała. Jak chodzę sobie na grzyby na przykład albo tak się rozejrzeć po okolicy, rozprostować kości, bo ja stara jestem, to Franek idzie ze mną. Nie, no nie na smyczy, nie mam żadnej smyczy, zresztą po co to psa wiązać jak niewolnika. Wypuszczam go po to, żeby się wybiegał. Przecież nie będę za nim łazić. Raczej za mną wraca, a jak nie, to czeka potem pod bramą, córka wraca, to go wpuści. Ale te dwa to za duże, żeby wychodziły, ludzie się boją. Kiedyś to latały po wsi, tak, i ja tam myślę, że szczęśliwe były, że im się to podobało. Zawsze takie zmachane wracały i tylko do budy weszły i spały.

No ale się tu miastowi posprowadzali w okolicę i się zaczęło. Że czyje to psy, dlaczego tak samopas latają, że ich dzieci się boją, że ze swoimi psami nie mogą wychodzić na spacery. Nie rozumiem tego, 48 lat tu mieszkam w tym domu i nigdy wcześniej nikomu to nie przeszkadzało! Tak się czepiali, na policję dzwonili, że musiałam bramę zacząć zamykać. No i teraz otwieram im kojec i tylko po podwórku biegają, to jest ich spacer. Ale krzywda im się nie dzieje. Tyle że już kotów sobie nie pogonią.

Zbigniew

Nero to jest fajny chłopak. Trochę szczeka, ale do wytrzymania. Ważne, że szczeka, gdy ktoś do bramy podchodzi. Ale to nie jest żaden stróż podwórka – z każdym się bawi, lubi wnuki. Też go często głaszczę. Wychodzimy razem na spacery prawie codziennie. Ja to lubię pokręcić się po kolei, zobaczyć, czy to w lesie już jagód nie ma, a może już grzyby urosły. Z sąsiadem zagadam przez płot. To małe miasteczko, wszyscy tu mieszkamy od dzieciaka i się znamy. Nero mi zawsze towarzyszy w tych przechadzkach.

On dużo biega, więc się czasem oddala, to fakt, ale jak zagwiżdżę, to już przylatuje. No czasem tak daleko odbiegnie, że wiadomo, nie słyszy i go nawet nie widzę. Idę wtedy dalej. Nie, nie martwię się, przecież to małe miasteczko, zaraz wróci, zna okolicę, to się nie zgubi. Wracam wtedy do domu i tyle, telewizję włączę. A potem jak mam gdzieś jechać i wyjdę na podwórko, to widzę, że leży już pod bramą i czeka, to go wpuszczam. Zawsze wraca, nie ma co, dobre jest z niego psisko.

Barbara

Ja to już jestem schorowana, jak staruszka się czasem czuję. Raka przeszłam, niby z tego wyszłam, ale siły wszystkie mi odjęło. Mam takiego kundelka, Florę, kiedyś mi córka od znajomego przywiozła. Szczeniak to wtedy był, dziś już Flora ma 8 lat. Bardzo mi pomogła w chorobie, leżała ze mną w łóżku, głaskałam ją, dodawała mi siły. Naprawdę uważam, że to też dzięki niej wyzdrowiałam. Mieszkam w tym bloku na 6. piętrze. Winda jest, ale to trzeba się ubrać, poczekać na tę windę, zjechać na dół. Zawsze się jakiegoś sąsiada spotka, wiadomo. Ale mnie to męczy. No ale pies wyjść musi. Wypuszczam Florę po prostu na klatkę i ona sama leci na dół. Jak idzie jakiś sąsiad, to ją tam puści na dwór. Jak chce wrócić, to czeka pod klatką, też ją wpuszczają, i ona wraca tu do mnie na górę.

Tak raz dziennie staram się z nią wyjść i jak jest ładna pogoda, a ja muszę iść do sklepu, to idziemy razem. Ale dla niej raz dziennie to za mało, więc zaczęłam ją wypuszczać i to mi się sprawdza. Nie, sąsiedzi nie są źli, przynajmniej nigdy nikt nic nie mówił. Czasem się zastanawiam, czy jej co złego nie spotka, ale tu wokół sami dobrzy ludzie. Także raczej jestem spokojna.

Piotr i Zuzanna

Daisy – maltańczyka – mamy od dwóch lat, od szczeniaka. Amelka dostała ją na swoje czwarte urodziny i tak naprawdę to jest jej pies, ale my – wiadomo – pomagamy w opiece. Mieszkamy na wspaniałym osiedlu, bardzo bezpiecznym, wszyscy tu się znają, jest monitoring i pan ochroniarz przy bramie. Nie ma możliwości, żeby na tym terenie coś się stało córce albo suczce. Dziewczyny wychodzą razem na spacery – oczywiście nie na wszystkie, ale po przedszkolu Amelka biegnie z Daisy na smyczy na dół, na plac zabaw. Tam się spotykają wszystkie dzieci z osiedla, niektóre też przychodzą ze swoimi pieskami.

Tak, oczywiście, Daisy wychodzi też na spacery poza teren osiedla, ale to z nami, razem, nie z córką, jest jeszcze za mała. Co dziewczyny robią, jak są same na placu zabaw? Widzę je z okien, więc wiem, że dobrze się bawią. Daisy biega za innymi dziećmi, trochę szczeka, wiadomo, jak to pies. Bawi się też z pieskami innych dzieci, jak akurat przyjdą. Myślę, że to był świetny prezent dla Amelki i że razem dobrze się ze sobą czują.

Autor: Aleksandra Więcławska
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments