Uwaga! Wesoły pies


Jamnik Koleś jest w łóżku aniołem, układa się w nogach, by nam było wygodnie – mówi aktorka Ewa Gorzelak. – Co innego kot Fred – ten złowieszczo prycha i mruczy, kiedy chcemy go przesunąć.

Nie wyobrażam sobie, że mogłabym mieć innego psa niż jamnik, zwłaszcza że w mojej rodzinie zawsze były zwierzaki tej rasy. Rodzice najpierw mieli krótkowłosego Reksia, a kiedy miałam trzy lata, kupili kolejnego. Choć byłam mała, pamiętam, jak pojechaliśmy go wybrać. Z kosza pełnego malutkich jamniczych kuleczek mój starszy brat wyjął Pipka. Strasznie mu tego zazdrościłam, bo to ja chciałam wziąć szczeniaczka na ręce, ale rodzice uznali, że jestem za mała.

Pipek to był jamnik z charakterem. Jego buda legowisko stała tuż przy drzwiach. Kiedy dostawał kość, z którą się w niej zaszywał, nie było mowy, aby wejść do domu. Warczał, szczekał, złościł się, że ktoś ma czelność kręcić się przy jego azylu. Kiedyś tata chciał mu pokazać, że wcale nie robi to na nim wrażenia, ale w efekcie musiał się salwować ucieczką po stołkach. Pipek przeżył w naszej rodzinie 17 lat. Byłam na pierwszym roku studiów, kiedy odszedł. Poczułam wtedy, że razem z nim odeszło całe moje wspaniałe dzieciństwo. Następcą Pipka był szorstkowłosy Burek, który rzadko przychodził na zawołanie, potem był Ziutek, a teraz u rodziców mieszka czteromiesięczny Wicuś.

fot. Celestyna Król

Wesoły ściemniacz

Koleś pojawił się w moim domu 11 lat temu. Jest pieskiem miniaturowym, chociaż kupowałam go jako „normalnego” jamnika. W tej nieświadomości przez całe jego dzieciństwo zamartwiałam się, że wcale nie rośnie. Teraz cieszy mnie, że jest taki mały i zgrabny.

Koleś jest panem na włościach. W ogrodzie stale ma jakieś obowiązki. Każdego przechodnia musi obszczekać, trochę pobawić się z kotem, trochę z dziećmi. Do mnie przychodzi tylko na pieszczoty. Ale to ja nauczyłam go przynoszenia piłeczki. Grałam wtedy w teatrze w Radomiu i zabierałam go na próby. W wolnych chwilach rzucałam mu piłeczkę, a on błyskawicznie nauczył się aportować. Byłam z niego bardzo dumna do czasu, kiedy się okazało, że to jego ulubiona zabawa i tylko czeka na naiwnego, który choć raz rzuci mu piłeczkę – taki człowiek nie zazna spokoju. Koleś aportuje bowiem do upadłego i stale rozpiera go radość, jest taki pocieszny. Zadbaliśmy o to, by nikt, kto da się nabrać na jego sztuczkę, nie mógł mieć do nas pretensji. Na naszym płocie zamiast tabliczki: „Uwaga! Zły pies”, wisi inna… „Uwaga! Wesoły pies”.

Mądrość Kolesia bywa zadziwiająca. Kiedy brakuje mu chętnych do zabawy, sam staje na tarasie, popycha piłkę nosem, a gdy ta spadnie na trawnik, wkracza do akcji. Zbiega po schodkach i… rozpoczyna żmudną pracę węszenia w jej poszukiwaniu po całym ogródku, choć doskonale ją widzi. Zatacza wielkie koła, póki nie postanowi, że może ją już odnaleźć. Zadowolony z sukcesu tarza się wesoło w trawie, po czym wraca z piłką na taras i zaczyna od nowa. Potrafi się tak bawić sam z sobą nawet godzinę. Utrudnia też sobie zadanie, kiedy ktoś mu rzuci piłkę i w jego ocenie jej odnalezienie jest zbyt proste. Udaje wtedy, że jej nie widzi, aby przedłużyć zabawę. Taki z niego ściemniacz.

Kochany sajgon

Koleś zamieszkał z nami rok przed narodzinami starszego syna Franka. Zaakceptowanie nowego domownika odbyło się bezboleśnie. Ale kiedy na świat przyszedł drugi syn – Rysio – Koleś poczuł zagrożenie i zaczął znaczyć teren. Robił to zawsze tam, gdzie leżał Rysio. Cóż, chciał na siebie zwrócić uwagę i dawał nam do zrozumienia, że to on jest ważniejszy. Jeszcze teraz też mu się to czasem zdarza.

Tak, Koleś czasem mnie wkurza, że sika po domu, że kiedy dzieci wreszcie zasną, on chce wyjść na dwór. A do tego kot Fred, który wychodzi przez okno w sypialni i otwiera je na oścież. Prawdziwy sajgon. Ale dorastałam z psami i nie wyobrażam sobie domu bez zwierząt. Kiedy wracamy z podróży i nie ma w nim czworonogów, póki ich nie przywieziemy, czujemy pustkę.

Wspaniałe są relacje Kolesia z moimi synami – bardzo ich lubi, a oni często się z nim bawią. Koleś jest też ulubieńcem znajomych dzieci. Kiedy ich rodzice pytają je, czy chciałyby mieć psa, one mówią: „Nie chcę pieska, chcę Kolesia”.

Pies uczy dzieci szacunku dla słabszego i wrażliwości, tego, że trzeba się opiekować drugim stworzeniem. Dzieci zaczynają rozumieć, że pies to nie zabawka, tylko żywa, czująca istota. Jeśli rodzice dawaliby pociechom przykład, jak odnosić się do zwierząt, mniej byłoby takich przypadków jak maltretowanie kota przez trzylatka w obecności starszego brata, który nagrywa to wszystko na telefon komórkowy.

Mój mąż z kolei bał się psów, bo w dzieciństwie został przez nie pogryziony. I stał się cud. Koleś zawładnął jego sercem. Kiedy są razem, nie ma mowy o żadnym strachu. Dla męża Koleś jest nawet psem obronnym. Pewnej nocy mąż usłyszał dziwny łomot. Sądząc, że to złodzieje, wstał w środku nocy, otworzył drzwi i oczywiście wezwał na pomoc naszego miniaturowego bohatera. Złodzieja nie było, ale pan i jego pies stanęli na wysokości zadania.

Kot na psa

Jamniki słyną z tego, że śpią z właścicielami w łóżku. To prawda. Wszystkie nasze jamniki, choć dysponowały swoimi legowiskami, sypiały z nami. Słyszałam, że słynny Puzon, jamnik Jerzego Waldorffa, był dość kłopotliwym lokatorem, ponieważ nie znosił, kiedy jego pan próbował go przesunąć choćby o milimetr. Co więcej, kładł się na nim, a protesty Waldorffa na nic się nie zdawały. Nasz jamnik pod tym względem jest aniołem. Układa się zawsze w nogach, tak by i nam było wygodnie. Co innego kot Fred, mieszaniec main coona z dachowcem, przyjaciel i towarzysz zabaw Kolesia – ten złowieszczo prycha i mruczy, kiedy chcemy go przesunąć. Depcze też po Kolesiu, a niekiedy kładzie się na nim i tak sobie zasypia na żywym posłaniu. A jest od tego posłania dwa razy większy.

Freda przyniosłam do domu, kiedy Koleś miał już osiem lat. Okazało się, że był to najlepszy prezent dla jamnika. Na powitanie skakał wokół niego ze szczęścia. Pokochali się od pierwszego wejrzenia, a od kiedy poznali się lepiej, ich zabawom nie ma końca. Mogę godzinami patrzeć, jak razem koziołkują, a potem liżą sobie nawzajem uszka, myją się, by wreszcie przytuleni zasnąć.

fot. Celestyna Król

Wykorzystać swoje pięć minut

Kolesia – jako zwierzaka niewielkiej postury – często zabieramy z sobą, kiedy gdzieś wyjeżdżamy. Graliśmy kiedyś spektakl plenerowy „Drzewo”. Wzięliśmy Kolesia, żeby sobie pobiegał, poznał nowe zapachy. Zapomnieliśmy chyba, że to prawdziwy jamnik, który uwielbia być w centrum uwagi. Kolesiowi tak spodobała się scena, że w ogóle nie chciał z niej schodzić. Niestety, nie było dla niego roli.

Tę cechę jamników miałam okazję poznać dokładnie, kiedy mieliśmy Burka. Kiedyś wybrałam się z nim na wystawę psów. Dzielnie zniósł zaglądanie w zęby przez sędziego, ale kiedy nadeszła chwila prezentacji na ringu w ruchu, wyczuł, że teraz wszystkie światła będą skierowane na niego. Zadarł więc wysoko ogon i defilował, szczekając na wszystkich dookoła. Zajęliśmy ostatnie miejsce. Najważniejsze jednak, że Burek był zadowolony – wykorzystał swoje pięć minut.

Psami nas będą leczyć

Ostatnio miałam okazję przekonać się, jak dużo dobrego można osiągnąć dzięki czworonogom. Wiele tygodni spędziłam na oddziale onkologii Instytutu „Pomnika – Centrum Zdrowia Dziecka”. Początkowo z moim chorym synkiem, który szczęśliwie wygrał walkę z nowotworem, a później działając w fundacji Nasze Dzieci, której jestem prezesem. Pierwsi w Polsce wprowadziliśmy psy dogoterapeutów na onkologię. Ich obecność odmieniła psychikę małych pacjentów. Widać było, jaką niebywałą radość im sprawiła. Dzieci, które dotąd miały smutne maski na twarzach, zaczęły się uśmiechać od ucha do ucha. Psy skutecznie odwracały ich uwagę od przykrości związanych z leczeniem. Kiedyś na oddział trafił maluch, który jeszcze mało mówił, a tego dnia były tam też nasze psy. Podczas następnej wizyty na widok szpitala wołał radośnie: Hau, hau! Skojarzył go bowiem z zabawą z psami, zamiast z trudną do zniesienia chemioterapią. A inne dzieci nawet żartowały: – Ty wiesz, jak nas teraz będą leczyć? Psami nas będą leczyć!

Szkoda, że projekt upadł ze względu na wymogi sanitarne, ale wierzę, że przepisy się zmienią. Dla dobra dzieci. Bo pies to prawdziwy terapeuta.

Ewa Gorzelak: Aktorka teatralna i filmowa, znana z seriali „Na Wspólnej” i „M jak miłość”, w 2005 r. założyła wraz z innymi rodzicami fundację Nasze Dzieci przy klinice onkologii Instytutu „Pomnika Centrum Zdrowia Dziecka” pomagającą małym pacjentom z chorobami nowotworowymi (www.naszedzieci.pl)

Autor: Paulina Król