W Turcji bez łańcucha

Wąska uliczka. Na rogu meczet XXI w. – wyświetlacz na jego ścianie informuje o aktualnej temperaturze i wilgotności powietrza. W okienku oznaczonym dużą literą C widnieje liczba 47. Sierpień na południowym zachodzie Turcji jest naprawdę gorący.

Wiatr od morza niesie trochę chłodu, co prawda o temperaturze 38-40˚C, ale przynosi ulgę. Idziemy w stronę morza z nadzieją na chłodny plusk. 

Pod murkiem okalającym meczet śpi pies w typie owczarka z Anatolii albo górskiego psa z Pirenejów. Wielki, pokryty kołtunami. Jest stary. Siwy nos oblepiony piachem świadczy o tym, że niedawno szukał czegoś na plaży. Na szczęście tuż obok jest sklepik. Kupuję dużą paczkę parówek. Nie znam psa i nie wiem, czy lubi być budzony. Delikatnie dotykam parówką jego nosa. Otwiera oczy i już wiem, że lubi. Uśmiecha się nie tylko końcem ogona. Serdeczność ma wypisaną na twarzy. Nie rzuca się na różowy smakołyk. Przysiadam obok i podaję kiełbaski wprost do psiej paszczy. Je powolutku. Nagle pojawia się czarna suczka. Widać, że na niczym jej nie zbywa, bo ma sporą nadwagę. Mimo to siada i połyka oczyma każdy kęs przełykany przez kolegę. Ten jest dżentelmenem. Odmawia dwóch ostatnich parówek. Ona też bierze je bardzo delikatnie. Potem kładzie się obok i zasypia.
 
Za rogiem poruszenie. Samochód dostawczy nie może wykręcić na wąskiej uliczce. Wypada na nią rozbrykany szczeniak. Za nim dwie dziewczynki. Usiłują zagonić go z powrotem na ogrodzone murem podwórko. Wystarczyłoby się schylić i wziąć psa na ręce. Nie robią tego. Biegnę, aby im pomóc. Bez potrzeby, bo czarnobrody mężczyzna chwyta szczeniaka. Dziewczynki klaszczą z radości i wszyscy znikają w bramie.
 
Turcja to kraj islamu. Tu zwierzęta nie cieszą się specjalną atencją. Szczególnie pies nie ma lekkiego życia. Kiedyś ugryzł Mahometa i za to ponosi karę. Wiele lat temu pracowałam na Półwyspie Arabskim. Wiem, że muzułmanie nie przepadają za psami. Nawet jeśli mają własnego, nie dotykają go, bo wierzą, że w psiej ślinie jest jad. Oczywiście są i tacy, którzy traktują psa jak przyjaciela. Niestety nie ma ich wielu. Turcja nie jest krajem arabskim, ale religia ma z pewnością duży wpływ na stosunek do świata. Myślę, że to z tego powodu dziewczynki bały się dotknąć szczeniaka, ale chciały go ratować. 
 
Tureckie psy nie boją się ludzi. Może wyglądają na zaniedbane, ale wszędzie stoją miski z wodą. Ktoś pomyślał, że w upale chce się pić. W każdym odwiedzonym miasteczku widzieliśmy psie wodopoje. A to na rogu ulicy, a to przy przystanku dla busów. Woda była czysta i miski też. Każdy spotkany pies był chętny do zawarcia bliższej znajomości. I wcale nie żebrał. Po prostu chciał być podrapany za uchem. Mam nadzieję, że dzieje się tak nie tylko na półwyspie Bodrum. 
 
Z drugiej strony bezdomne psy z Istambułu budziły niepokój już za czasów pobytu Adama Mickiewicza w tym mieście. Trwa to do dziś. Na pewno istnieją w Turcji organizacje działające na rzecz zwierząt. Sądzę, że nie cieszą się specjalnym poparciem społecznym. Zresztą czemu się dziwić? Nie wyznajemy islamu, a gdy kupuję mięso dla psów, słyszę, że dzieci w Indiach głodują. Gdy karmiłam parówkami psa w Ortakencie, przechodnie uśmiechali się życzliwie. Robiłam to każdego ranka i nikt nie zwrócił mi uwagi na nieodpowiednie ukierunkowanie pomocy. 
 
Pod koniec urlopu wybraliśmy się na górską wycieczkę dżipem. Popasy w malutkich wioskach zaskoczyły mnie. Nie zobaczyłam psa na łańcuchu. Witały nas leniwe, uśmiechnięte psiska i psiny. Co prawda odwiedziłam tylko mały skrawek Turcji, ale nabrałam sympatii do jej mieszkańców. Nie widziałam psów zalęknionych. Nie widziałam, aby ktoś bił psa czy przepędzał go spod świątyni. Miski z wodą stały przy bramie do meczetu. Czy doczekam się takiego widoku obok naszego kościoła? Chyba nieprędko. Szkoda, że tak łatwo krytykujemy innych, gdy sami mamy sporo na sumieniu.