Warszawiacy pomagali szukać Karo - Psy.pl - mamy nosa!

Warszawiacy pomagali szukać Karo

Karo, średniej wielkości wilczkowaty mieszaniec przygarnięty ze schroniska, cieszył się nowym domem zaledwie pół roku. Kiedy w grudniu zaginął, jego właścicielka zainicjowała akcję poszukiwawczą na ogromną skalę. Wtedy można się było przekonać, jak wielu jest ludzi dobrej woli: mieszkańcy Warszawy zgodnie postanowili pomóc psiakowi wrócić do domu.

Karo przeżył aż dziewięć lat w warszawskim schronisku na Paluchu. Wreszcie uśmiechnęło się do niego szczęście i zyskał wspaniały dom, jednak nie na długo. Około pół roku po adopcji jego pani musiała wyjechać na kilka dni. Psa pozostawiła pod dobrą opieką rodziców. Podczas jednego ze spacerów bardzo tęskniący za nią psiak wyrwał się i pobiegł przed siebie, najwyraźniej w poszukiwaniu ukochanej pani. Miał na sobie szelki z adresówką, co dawało nadzieję, że szybko uda się go odnaleźć.

Karo nie był agresywny, ale trochę bał się ludzi, nie ufał im. Dlatego, choć pojawiało się wiele sygnałów, że przechodnie widzieli go na ulicach warszawskiego Śródmieścia, nikomu nie udało się go złapać. W ciągu kilku tygodni akcja poszukiwawcza rozwinęła się do niespotykanych rozmiarów. Ludzie drukowali ulotki, rozwieszali je na swoich osiedlach. Tworzyły się grupy poszukiwaczy, przeczesujące wyznaczone fragmenty miasta. Niesłychanie pomocni okazali się pracownicy służb miejskich: ekipy sprzątające, służby porządkowe, policja. Także taksówkarze byli bardzo życzliwi – pojedynczy kierowcy, rozdający ulotki klientom oraz całe korporacje, zamieszczające posty o zaginionym psiaku na swoich stronach internetowych. Nawet bezdomni starali się pomóc, rozdając ulotki w okolicy jadłodajni i rozglądając się za psem podczas swoich wędrówek po mieście. W sprawę włączyły się lokalne media: gazety, portale internetowe. Ogłoszenia o Karo pojawiły się także w metrze. Sklepikarze, restauratorzy, właściciele kawiarni – wszyscy chętnie umieszczali plakaty w witrynach swoich lokali. Szef znanej warszawskiej szkoły tańca ufundował jako nagrodę za pomoc w znalezieniu uciekiniera karnety na trzymiesięczny kurs tanga.

Jako że opiekunka Karo wyznaczyła aż pięć tysięcy złotych dla znalazcy psiaka, wszyscy wierzyli, że ta historia będzie miała szczęśliwy finał. A jednak stało się inaczej. Pracownik firmy porządkowej odpowiedzialnej za usuwanie z terenu miasta ciał zabitych zwierząt został wezwany przez służbę ochrony kolei w okolice dworca Ochota, jednego z przystanków kolejki podmiejskiej. Przy torach leżał martwy pies. Kiedy mężczyzna zobaczył, że zabite przez pociąg zwierzę ma na sobie czerwone szelki z adresówką, zachował się bardzo przyzwoicie. Zadzwonił bowiem pod numer ze znacznika, by właściciele dowiedzieli się, co stało się z ich psiakiem.

Tak skończył życie Karo. Nie udało mu się bezpiecznie przekroczyć torów. Po chwilowym załamaniu właścicielka psiaka podjęła decyzję, by nie zamykać wydarzenia psa na Facebooku i wspominając Karo, pomagać innym uciekinierom. Psiarze zgłaszają tu teraz inne przypadki zaginięć. Zawiązała się też nieoficjalna grupa ludzi dobrej woli, którzy chcą pomagać właścicielom zwierzaków w podobnej sytuacji. Zainicjowano zbiórkę na zakup klatki-łapki oraz tak zwanej pułapki fotograficznej, dzięki której można stwierdzić, czy podchodzący do pozostawionego jedzenia pies jest na pewno poszukiwanym uciekinierem. PŁ

Chcesz dać głos i ocenić?
Dołącz do naszego stada – zarejestruj się!
Ocena użytkowników

Przeczytaj także

Dodaj komentarz

Zaloguj się do swojego konta lub skomentuj anonimowo. Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *