Z tym nie przychodź do weterynarza - Psy.pl
Pies na niebieskim tle

Z tym nie przychodź do weterynarza

Jak to "nie przychodź"? Przecież on właśnie od tego jest, żeby do niego przychodzić! Oczywiście - ale nie ze wszystkim...

Gdy czekamy drugą godzinę w poczekalni u weterynarza, a naszemu psu już całkiem wyschło w gardle ze strachu, zastanawiamy się nieraz, co ten zdrowo wyglądający pacjent przed nami robi w środku tak długo… I rzeczywiście zdarza się, że zawraca on lekarzowi głowę rzeczami banalnymi lub nienależącymi do jego dziedziny…

Właściciel mądrzejszy od weterynarza

Pewna starsza pani wymyśliła, że zabezpieczy psa przed pchłami… podpaską popsikaną muchozolem, przytwierdzoną do obroży.

Ktoś inny kupił wprawdzie obróżkę przeciwkleszczową, ale zakładał ją zwierzakowi tylko na wycieczki do lasu. Po powrocie zdejmował ją i zmykał w szczelnym słoiczku – dzięki temu miała starczyć na kilka lat…

Kolejny właściciel pociął obróżkę na cztery kawałki i przytwierdzał je pojedynczo do skórzanej obroży. Wymieniał te skrawki co cztery miesiące. W ten sposób zabezpieczał psa jedną obróżką przez 16 miesięcy. Cóż za oszczędność. Tyle tylko, że bez efektu.

Suczka do kastracji

Do jednego z podwarszawskich gabinetów przyszedł niedawno pan ze swoim nowym nabytkiem – śliczną sunią. Po badaniu wyszedł z równie ślicznym… pieskiem. Bo rozpoznanie płci to wbrew pozorom dość częsta przyczyna wizyt u weterynarza niedoświadczonych właścicieli. Niejeden planowany zabieg kastracji zakończył się sterylizacją.

A ponieważ weterynarz dla wielu osób wciąż jest jedynym źródłem wiedzy na temat czworonogów, to zadają mu mnóstwo pytań – także stricte kynologicznych, np. o wzorzec czy charakter danej rasy. I choć weterynarze zajmujący się leczeniem małych zwierząt mają pewną wiedzę również w tym zakresie, to zazwyczaj odbiega ona od tej, którą dysponują osoby profesjonalnie zajmujące się kynologią. Dlatego warto czasem poszukać kontaktu z kynologiem, a nie z lekarzem.

No, ale dobry weterynarz powinien przecież wiedzieć wszystko… Pewnie dlatego większość z nich spotkała się już z sytuacją, gdy do gabinetu wkracza dumny właściciel ze szczeniaczkiem (ewidentnym mieszańcem) na rękach i domaga się… określenia rasy psa. Bywa też, że wnosząc do gabinetu kundelka, opiekun pyta, co z niego wyrośnie. A to przecież tak, jakby przynieść niemowlaka do przychodni i – nie mając danych na temat rodziców i dziadków – zapytać lekarza pediatrę, czy będzie to duży chłop czy chuchro.

Golden u weterynarza
fot. Shutterstock

Ciężko osowiały pies

Psy chorują naprawdę lub tylko w głowach właścicieli. „Panie doktorze, on jest taki osowiały”. Objaw ten może być przyczyną tysiąca chorób, ale… nie musi. Wiele z tych w południe ciężko chorych psów wieczorem jest zupełnie zdrowych.

By ocenić, czy coś zwierzakowi dolega, trzeba go poobserwować trochę dłużej (chyba że jest tak słaby, iż potrzebuje natychmiastowej pomocy), stwierdzić jakieś inne objawy, które pozwolą weterynarzowi postawić diagnozę. W przeciwnym razie może on co najwyżej spełnić prośbę właściciela (niektórzy bez tego nie wyjdą z gabinetu!) i dać „coś na wzmocnienie”.

Bywa, że właściciele zwierząt traktują lekarzy jak jasnowidzów. Odpowiedzieć na pytania typu: „Mój pies się drapie, co mu jest i ile kosztuje leczenie?” bądź „Ropieją mu oczka, co mu dać?”, można tylko po przeprowadzeniu badań. Na podstawie rozmowy telefonicznej czy wymiany e-maili nie zrobi tego nawet profesor.

Nie je nawet polędwicy

„Mój pies cierpi na problemy żołądkowe”. „Ma biegunkę?”. „Nie, zatwardzenie. Chyba”. Jak można pomylić biegunkę z zaparciem? Wystarczy przybiec do lekarza, zamiast iść z psem na spacer, by sprawdzić naocznie, co mu właściwie dolega. Niektórzy właściciele zasugerowani tym, że „pies sąsiadki też się podobnie zachowywał i zdechł”, wolą jednak zmusić lekarza do odkrywania Ameryki.

Stałymi pacjentami gabinetów weterynaryjnych są psy niejadki. Najtrudniej doradzić coś właścicielom, którzy już od progu oświadczają, że „on nie je nawet polędwicy”. Ano nie je, bo to wcale nie jest jego największy przysmak albo po prostu – z przejedzenia…

Pytania o żywienie psa, choć słusznie kierowane do lekarza weterynarii, powinny być jasno sprecyzowane. Zwierzenia typu „daję garstkę korpusów i dwie garści ryżu” niczego nie wnoszą. Aby coś doradzić, lekarz musi znać wiek psa, płeć, przebyte i aktualne choroby, tryb życia.

Pies w wannie
fot. Shutterstock

Przepraszam, czy tu myją?

Nagminne jest mylenie lekarza weterynarii ze szkoleniowcem. Często pojawiają się pytania, jak psa czegoś nauczyć lub oduczyć. W gabinetach weterynaryjnych spotkać można także psy, które właściciele przynieśli do kąpieli („w domu nie mamy warunków”) lub strzyżenia („nie wiemy, jak to zrobić”).

Wygląda jak guz

Zwierzęta hipochondrykami nie są, ale co z tego, skoro bywają nimi ich właściciele. Weterynarze muszą ich długo przekonywać, że coś, co „wygląda jak guz”, jest zwykłym ukąszeniem komara. Z drugiej jednak strony – wobec zagrożenia np. chorobami odkleszczowymi – dobrze, że opiekunowie czasem dmuchają na zimne.

Warto jednak pamiętać, że w niektórych rzeczach można weterynarza wyręczyć. Nie jest sztuką nauczyć się podawania tabletki, a wciąż nie brakuje właścicieli jeżdżących z chorym zwierzakiem przez pół miasta do lecznicy, by podać lekarstwo. Konsultacji weterynarza nie wymaga też każda znaleziona w sierści pchła – wystarczy samodzielnie zastosować odpowiedni preparat.

Ja do krycia

Właściciele odwiedzający gabinety weterynaryjne są często zdenerwowani nie mniej od swoich pupili. Efekty tego zdenerwowania są różne. Do jednego z warszawskich gabinetów zadzwonili opiekunowie suki, którzy mieli problem z jej pokryciem. – Proszę przyjść! – uciął lekarz telefoniczne dywagacje. Po kilku godzinach drzwi gabinetu uchylają się i zagląda nieco przestraszona kobieta. Lekarz, nie widząc przy niej psa, pyta o cel wizyty. „Ja do krycia” – mówi nieśmiało kobieta.

W podwarszawskim Piasecznie znana stała się historia pewnego mężczyzny, który przybiegł do gabinetu z psem na rękach. Był bardzo zdenerwowany: „Pod samochód wpadł! Nie żyje!” – szlochał. Pies natychmiast trafił na stół. Lekarka, jak to miała w zwyczaju, przed badaniem delikatnie go pogłaskała. A zwierzak… zrywa się na cztery łapy, merda ogonem i szczeka. „Cud, pani doktor, cud!” zawołał uszczęśliwiony mężczyzna. Takich cudownych weterynarzy życzymy wszystkim właścicielom.

Autor: Tomasz Jastrzębowski, Artur Dobrzyński
2 na 5 na podstawie 3 głosów
Chcesz dać głos i ocenić?
Dołącz do naszego stada – zarejestruj się!
Ocena użytkowników

  • Ola
    Ola 2 czerwca 2017 o 15:12

    Szkoda bylo czasu na stworzenie tego artykułu. Jaki był jego cel? Dobrze, że ludzie dbają o swoich pupili, nawet jesli czasem przesadzą. W koncu i dla zwierzecia to dobrze, a i weyerynarz nawet tabletku za darmo nie poda.

  • dwbem
    dwbem 2 czerwca 2017 o 17:05

    Dobrze, że ludzie dbają o zdrowie swoich psów ale czasem wypada, żeby jednak używali swoich podobno dużych mózgów i od czasu do czasu pomyśleli zanim coś zrobią. Bo faktycznie weterynarz nie jest kynologiem, treserem, fryzjerem i jasnowidzem.

  • Asia
    Asia 2 czerwca 2017 o 19:23

    Nie zrozumie ten kto nie pracował w lecznicy weterynaryjnej...

  • loonysnowflake
    loonysnowflake 2 czerwca 2017 o 23:01

    Już po pierwszym akapicie widać, że autorzy są bardzo niedoedukowani. Zarówno kastracje jak i sterylizacje wykonuje się u obu płci.
    Reszty artykułu nawet nie będę oceniać...

  • Marta Arwena
    Marta Arwena 18 czerwca 2017 o 23:39

    bardzo słaby artykuł. lepiej pójść od razu do weta jeśli pies nie je albo nawet jak nie rozróżnił płci psa to lepiej, że chciał wysterylizować żeby się nie rozmnażał. dmuchanie na zimno jest lepsze niż tragedie, które się dzieją jak ktoś nie dba o pupila...

  • Wiola
    Wiola 20 czerwca 2017 o 10:11

    Akurat lekarz wet to ostatnia osoba, jaką zapytałabym o kwestie żywienia, bo dla nic liczą się tylko komercyjne karmy.

    O wiele lepiej dmuchać na zimne. I o wiele lepiej by było, gdyby zamiast unosić się dumą z zawodu, słuchali by właścicieli zamiast od razu zaprzeczać, że kot czy pies może być chory na to lub tamto. Może i weci mają wiedzę i doświadczenie, ale to właściciel zna najlepiej swojego zwierzaka, i jeśli mówi, że jest osowiały to juz bardzo niepokojąca informacja!

  • Maria Muszynska, lek. wet.
    Maria Muszynska, lek. wet. 20 czerwca 2017 o 22:26

    Nie ma glupich pytan, sa tylko glupie odpowiedzi.

Dodaj komentarz

Zaloguj się do swojego konta lub skomentuj anonimowo. Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *