„Myślałem, że szybciej zdechnie”. Dlaczego Polacy nie leczą swoich psów?


"Jeśli się rusza, to nie trzeba leczyć, bo zdrowy; jeśli się nie rusza, to już za późno". Historie zaniedbanych psów opowiedzieli nam wolontariusze z całej Polski.

Sara była na tyle duża, że przeżyła potrącenie przez samochód. Gdyby była mniejsza, jest szansa, że zginęłaby na miejscu i kłopot z głowy. Adoptowany Franek nie zasłużył na emeryturę w domu, gdyż zaczął chorować. Na starość „opiekunka” sprezentowała mu zwrot do schroniska. Ugryź jak ognia unikał dotyku, więc dostał łatkę agresora. Choroba to problem. Czy zaniedbany i chory pies kogoś obchodzi?

„Może samo przejdzie”

Sara przestała chodzić. By przenieść przerażonego, ponad pięćdziesięciokilogramowego psiaka do lecznicy potrzebowaliśmy trzech silnych pracowników, naszej największej taczki i pomocy szybkich rąk Kasi, która cudem założyła kaganiec zwierzakowi, gdy ten szczerzył zęby w stronę weterynarza nadzorującego całą akcję. Mężczyzna, który przywiózł Sarę do schroniska, nie chciał ani powiedzieć, jak udało mu się zapakować tak wielkiego, niechodzącego psa do samochodu, ani tym bardziej nam pomóc – zaniedbany zwierzak zlepiony był zaschniętymi na kamień odchodami, spod których wyciekał świeży mocz. Wiadomo, tego lepiej nie dotykać. W gabinecie psiakiem zajęli się specjaliści, a my zaprosiliśmy mężczyznę do pomieszczenia obok i próbowaliśmy wydobyć z niego jakieś informacje.

Od kiedy pies nie chodzi? Od jakiegoś tygodnia… No, może dwóch. Widział go wcześniej weterynarz? Nie, czekałem, aż samo jej przejdzie.

Mężczyzna przyznał, że suka zaczęła mieć problemy z poruszaniem się już wiele tygodni wcześniej – niedługo po tym, jak została potrącona przez samochód. Początkowo podawał jej „końską dawkę różnych leków przeciwbólowych” wsadzonych w kiełbasę, ale od kiedy nagle zaczęła reagować agresją na widok wyciągniętej ręki stwierdził, że na niewdzięcznego psa nie będzie marnować proszków i „niech jej się tam goi samo”. Gdy miała problem ze wstawaniem i zaczęła załatwiać się pod siebie, przywiązał ją sznurkiem do drzewa na podwórku i podsuwał jej miskę z jedzeniem pod nos. Czekając, aż w końcu jej przejdzie i znów zacznie chodzić. Do weterynarza iść nie zamierzał.

Konowały tylko wyciągają od ludzi pieniądze, wymyślają jakieś durne choroby, a na ból to się przecież proszki daje. Wiecie, człowiek trochę poleży i samo przechodzi.

W końcu do działania zmusiła go córka, która przyjechała na weekend do rodzinnego domu. Leżącej bez sił, choć bardzo na nas złej Sarze pobraliśmy krew. Końska dawka leków w kiełbasie jakimś cudem nie uszkodziła jej wątroby, dzięki czemu psinę mogliśmy poddać ogólnemu znieczuleniu, prześwietlić, omacać i oczyścić z grubej warstwy odchodów. Niestety okazało się, że złamania powstałe w wyniku potrącenia przez samochód nie zrosły się jak trzeba, a uszkodzony, nadwyrężany przez tak długi czas kręgosłup jest w dramatycznym stanie. Istnieje szansa, że regularne zabiegi rehabilitacyjne przywrócą Sarze choć część sprawności, choć ciężko powiedzieć, jak duża. Właściciel suki nie zgadza się na pokrycie jakichkolwiek kosztów leczenia – po usłyszeniu orientacyjnej kwoty ochoczo podpisuje zrzeczenie. Na odchodne śmieje się, że następny jego pies będzie znacznie mniejszy i jak wpadnie pod samochód, to przynajmniej zdechnie na miejscu.

Historię Sary opowiedziała nam wolontariuszka małej fundacji z województwa warmińsko-mazurskiego. Imię psa i osób biorących udział w akcji zostały zmienione.

„Myślałem, że szybciej zdechnie”

Takie słowa padają z ust „opiekunów” psów zadziwiająco często. Zaniedbany, pozbawiony opieki weterynaryjnej pies znajdzie się niemal na każdej ulicy dużego miasta i w każdej, nawet najmniejszej wsi. „Opiekunowie” tych „totylkopsów” rzadko są rasistami. Dramatycznie zachudzone, cierpiące katusze czworonogi to nie tylko te „brzydkie, podwórkowe burki”. Zadziwiająca część umierających, nieleczonych psów to zwierzęta rasowe, które swoim wyglądem zachwycały z pewnością niejednego sąsiada i niegdyś stanowiły drogą, wręcz majestatyczną ozdobę domu. Leżący gdzieś pod schodami, zaniedbany i cienki jak kartka papieru czworonóg może być więc zarówno pięknym niegdyś bernardynem, jak i kundelkiem przygarniętym ze schroniska o wyśrubowanych wymaganiach przedadopcyjnych. Niestety zbawienie w postaci śmierci nie przychodzi zbyt szybko. Zagłodzony, poraniony czy zjadany przez nowotwór „totylkopies” może cierpieć przez wiele tygodni, a nawet miesięcy. Chyba że jego „opiekun” postanowi się go po prostu pozbyć. W takiej sytuacji wyrzucenie psa jak śmiecia paradoksalnie może uratować mu życie.

„To tylko pies”

Schronisko w dużym mieście. Do biura wchodzi zadbana, dobrze ubrana kobieta koło czterdziestki. Niecały metr za nią, ledwo dotrzymując jej kroku, wlecze się niewielki, zachudzony kundelek w podeszłym wieku. Z trudem rozpoznaję psiaka – to Franek, adoptowany od nas cztery lata temu.

Dzień dobry, przyszłam zwrócić psa.

Po chwili cichej rozmowy z pracownikiem za zamkniętymi drzwiami kobieta wychodzi z formularzem zwrotu w ręku i siada przy stoliku. Dokumenty wypełnia dość starannie, zachowując obojętną minę. Kątem oka widzę, jak psiak, który został w gabinecie, ledwo trzyma się na nogach, jednak stara się przysunąć do pracownika schroniska jak najbliżej i trąca go nosem, prosząc o głaskanie. Mętny wzrok czworonoga wbity w przestrzeń mówi mi, że zwierzak ma już poważne problemy ze wzrokiem. Po wyjściu kobiety proszę pracownika, by pokazał mi wypełniony formularz.

Franek to czysty, bezproblemowy pies, nie niszczył w domu, nie był agresywny wobec domowników, obcych ludzi czy innych zwierząt. Inne problemy behawioralne? Brak. Powód zwrotu? Pies jest stary i umiera, trzeba go uśpić.

Trudno dziwić się takiej decyzji. Adoptujesz psa, kupujesz mu polecaną w telewizji karmę, wyprowadzasz trzy razy dziennie pod blok, co roku szczepisz przeciwko wściekliźnie. Kładziesz mu koc w kuchni, żeby miał na czym spać. Po prostu robisz wszystko, co trzeba robić z psem. I ten nakarmiony, wyprowadzony, zaszczepiony pies nagle zaczyna ci chorować. Widać tak ma, widać to jego czas. Zrozumiałe jest jeszcze podejmowanie próby leczenia psa, za którego dało się kilka tysięcy złotych… Ale adoptowanego kundla to chyba już lekka przesada – po to przecież go brałeś, by zaoszczędzić. Odstawiasz więc Franka tam, skąd przyszedł. To oni dali ci takiego psa, niech teraz sami go usypiają.

Po wykonaniu kilku badań okazało się, że Franek cierpi na niewydolność nerek. Zatrucie organizmu skutkowało między innymi nawracającymi wymiotami i brakiem apetytu, a w konsekwencji wychudzeniem i poważnym osłabieniem. Zniszczonych tak poważną chorobą nerek już się nie naprawi. Specjalistyczna karma, kroplówki i leki sprawiły jednak, że po trzech miesiącach zwierzak przybrał trochę na wadze, stanął na łapach i coraz chętniej wychodził na krótkie spacery. Wbrew woli dawnej „opiekunki”, zamiast śmiertelnego zastrzyku Franek otrzymał opiekę, która pozwoliła mu stanąć na nogi i sprawiła, że zwierzak mógł cieszyć się jeszcze dwoma latami życia wolnymi od bólu i choroby. Niestety organizm staruszka poddał się podczas epidemii nosówki w schronisku. Gdyby został w domu i był odpowiednio leczony, z pewnością towarzyszyłby kobiecie jeszcze przez kilka lat.

Przypadek Franka opowiedziała nam pracownica dużego schroniska. Imię psa zostało zmienione.

„Przecież jest agresywny”

Nie zawsze zaniedbany pies cierpi z powodu złej woli, braku empatii czy przedmiotowego traktowania żywej istoty. Wielu opiekunów psów nie zdaje sobie nawet sprawy, że niektóre zachowania domowego czworonoga (nawet z pozoru błahe albo zupełnie niezwiązane ze zdrowiem) mogą być objawem mniej lub bardziej poważnych problemów zdrowotnych. A już tym bardziej, że sprawiają zwierzęciu dyskomfort i wymagają odpowiedniego leczenia. Jeśli psiak ma dużo szczęścia, nagle pojawiająca się, silna agresja związana z odczuwanym przez niego bólem skłoni opiekuna do szukania porady u behawiorysty. Niestety trafienie na eksperta, który spojrzy „głębiej” i przed zastosowaniem wymyślnych terapii zasugeruje gruntowny przegląd zdrowia, będzie już sukcesem na miarę wygrania na loterii. Brak bryzgającej krwi, lejącej się ropy, dobry apetyt i rozmerdany ogonek świadczą przecież o doskonałym zdrowiu psiaka i w myśl zasady: „jeśli się rusza, to nie trzeba leczyć, bo zdrowy; jeśli się nie rusza, to już za późno” zwierzaka żaden weterynarz oglądać nie będzie. No bo po co, skoro zdrowy, tylko mu się w głowie pomieszało. Albo po prostu tak ma i już.

„On tak ma od zawsze”

Ugryź miał charakter adekwatny do imienia. Dobitnie pokazywał, że nie życzy sobie dotyku – na wyciągniętą rękę szczerzył zęby, kucających przy nim ludzi omijał szerokim łukiem, a gdy na spacerze niechcący zaplątał się w smycz, dostawał ataku histerii i gryzł wszystko, co sięgnął pyskiem. No taki się trafił, tak ma od zawsze. Niewielkie rozmiary Ugryzia sprawiały jednak, że nie stanowił on zbytniego zagrożenia dla otoczenia, a na osiedlu uchodził za małego, pociesznego potworka i postrach wszystkich psów. Niestety, jak to w życiu bywa, opiekunce się zmarło, a jej rodzina szybko podzieliła majątek… dziwnym trafem zapominając o istnieniu zębatego malucha. Ugryź trafił więc do schroniska, lecz nawet po tak dużej życiowej zmianie zachował swój wyjątkowy charakterek. Nic dziwnego, tak ma przecież od zawsze.

A jednak coś nas tknęło. Mały, puchaty piesek sprawiał wrażenie, jakby chciał kontaktu – do wyciągniętej z przysmakiem ręki zaczął radośnie podbiegać, zapoznanym wolontariuszkom ochoczo pakował się na kolana (o ile tylko go nie głaskały), nawet z innymi psami flirtował jak prawdziwy amant, o ile był od nich odgrodzony siatką… Przy okazji kastracji u psiaka wykonane zostało badanie RTG, które wykazało zaawansowaną spondylozę kręgosłupa i zwyrodnienia w obrębie stawów. Maluchowi przepisane zostały więc odpowiednie leki i suplementy, mające za zadanie zminimalizować odczuwany przez psiaka dyskomfort i zapobiegać pogłębianiu się stanów zwyrodnieniowych. Szybko okazało się, że za agresywne zachowanie Ugryzia odpowiadał właśnie ogromny ból związany z wieloletnimi zaniedbaniami tych problemów…

Od czasu, gdy Ugryź trafił do schroniska, minęły trzy lata. Mały, puchaty piesek adoptowany został przez jedną z naszych wolontariuszek. Wolny od bólu dzięki podawanym mu lekom, suplementom i rehabilitacji powoli nauczył się, że dotyk człowieka nie sprawi mu już więcej przykrości… i stał się prawdziwym przytulakiem!

Śpi w łóżku, domaga się brania na ręce i wystawia brzuch do głaskania. Mieszka obecnie z dwoma innymi, malutkimi psami, z którymi żyje w całkowitej zgodzie. Po dawnym bólu zostało już mu tylko imię.

Historię małego Ugryzia (imię prawdziwe) opowiedziała nam wolontariuszka jednego z dużych, prywatnych schronisk na północy Polski.

Pies to same problemy

Piękny, zdrowy pies może być doskonałą rozrywką, ozdobą domu i zabawką dla dzieci. Pod warunkiem oczywiście, że umie się odpowiednio zachować, zna swoje miejsce… i nie zachoruje. Jednak gdy psiak zaczyna niedomagać, dla „opiekuna” nie liczy się nie tylko złe samopoczucie „totylkopsa” – znaczenie tracą także wspólnie spędzone lata, wszystkie radosne chwile czy wspomnienia, w których obecność wiernego przyjaciela pomagała przetrwać największe życiowe trudy. „Totylkopies” się zepsuł. Na szczęście problem sam się rozwiąże, wystarczy dostatecznie długo poczekać. A potem skombinować nowego, takiego bez wad.

W świetle polskiego prawa niezapewnienie psu leczenia w przypadku choroby uważane jest za znęcanie się, za które grozi kara nawet do 3 lat więzienia. Wciąż jednak wiele przypadków zaniedbań nie trafia nawet na sale sądowe. Wzywane do skrajnie zabiedzonych, chorych i zagłodzonych psów służby często nie stwierdzają żadnych podstaw ani do upomnienia opiekuna, ani tym bardziej odebrania mu zwierząt czy wszczęcia odpowiedniego postępowania.

Autor: Aleksandra Prochocka
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments