Portrety z sercem: nic takiego – wywiad z Zofią Białoszewską


Wielu, choć wciąż za mało ludzi pomaga bezdomnym psom. W tym cyklu opowiemy o osobach, które poświęciły im niemal cały swój czas, a na pewno całe serce. Pani chce pisać o mnie? – Zofia Białoszewska, dyrektorka Schroniska dla Bezdomnych Zwierząt we Wrocławiu, patrzy na mnie zdziwiona.

– Naprawdę? Ale ja przecież nie robię nic takiego. Niech pani lepiej napisze o zwierzętach.

W ciasnym pokoiku, w którym urzęduje, jest ich właśnie pięć: dwie suczki Mania i Mucha, dwie szynszyle (niedawno było dwanaście!) i grubodziób. Do wczoraj były tu jeszcze dwa pisklaki sokoła pustułki, które wypadły z gniazda, ale teraz poszły do ludzi. – Niestety, nie mamy ptaszarni. W rezultacie wszystkie znalezione zwierzęta trafiają do nas. Teraz znowu mamy parę pustułek, bo to jest pora, kiedy się wypierzają, kręcą się i wypadają z gniazda – mówi dyrektorka.

I tak to wygląda: na biurku pudełko z ptakami, po lewej klatka szynszyli, na niej jeszcze jedna klatka dla ptaka, a na podłodze łóżeczko Mani. Mania jest najmniejszym psem, jakiego kiedykolwiek widziałam, wystawia z kojca mordkę wielkości minikieliszka i szybko chowa się do środka. Za to Mucha, niczym prawdziwa mucha uprzykrzona, ani na chwilę nie pozwala o sobie zapomnieć. Szczeka, przypada do nóg i nie można się od niej odgonić.

– Mańka jest miłością mojego męża – mówi Zofia Białoszewska – ale ona nie mieszka w schronisku, tylko jeździ ze mną do domu. Ile mam własnych psów? Trzy. I papugę. O, tutaj mam zdjęcie Mani, proszę bardzo – urocza psinka. Jakieś dwa lata temu w środku nocy przyprowadziło ją do nas dwoje ludzi. Mężczyzna i kobieta. Powiedzieli, że znaleźli ją na ulicy. Może i tak, ale pewności nie ma. Równie dobrze mogło być tak, że właścicielka zmarła i rodzina postanowiła oddać psa do schroniska. To nawet dość często się zdarza. Gdy widzimy zmierzającą w stronę biura grupkę ludzi w żałobie, od razu wiemy, co to dla nas oznacza.

Kiedyś ludzie się tego wstydzili

Dlaczego się pani dziwi? Teraz nie tylko psa po matce, ale nawet matkę się przecież oddaje. Byłam jakiś czas temu na przyjęciu zawodowym, które przerodziło się po załatwieniu spraw w półtowarzyskie spotkanie. Sami utytułowani ludzie nauki, profesorowie, oprócz mnie, oczywiście. Rozmawialiśmy o różnych rzeczach i nagle rozmowa zeszła na domy spokojnej starości. Prawie każdy z nich miał na ten temat coś do powiedzenia. Jeden miał matkę tu, a drugi tam. Porównywali ceny, mówili, że gdzieś jest taniej, a opieka też doskonała. Myślę sobie: to już koniec. Po równi pochyłej zmierzamy ku schyłkowi cywilizacji. Bo kiedyś, gdy ktoś miał matkę w domu starców, to się tego wstydził, a dzisiaj nikt tego nie ukrywa, wszyscy rozmawiają o tym, jakby omawiali położenie domów wczasowych.

Ale co ja mam pani o sobie opowiedzieć?

Pani pewnie wymyśliła sobie, że my tu robimy jakieś nadzwyczajne rzeczy. Wiem, pani zobaczyła Nóżkina i od razu pomyślała, że my jesteśmy jakimiś nieziemskimi istotami i że w naszym schronisku wszystkie biedne pieski, którym się coś przytrafiło, poruszają się na wózkach inwalidzkich. A to nie tak. Niestety, psy, które w wyniku wypadku zostały sparaliżowane – usypiamy. Z Nóżkinem była zupełnie inna sprawa. Kiedy uległ wypadkowi, był dość młody i lekarzowi, który się nim opiekował, wydawało się, że jest jakaś nadzieja. Niestety, okazało się, że nie, ale leczenie trwało tak długo, a on sobie tak dobrze radził, że ktoś zmajstrował mu ten pojazd. I Nóżkin zasuwa na nim jak mały samochodzik. Całkiem dobrze się miewa, jest już u nas rezydentem od dziesięciu lat.

Charakterna chrumcia

Tak, Chruma też jest u nas bardzo długo. Czytała pani o niej w internecie, na stronie naszego schroniska? Pewnie więc pani wie, że Chruma wypadła z transportu. Oczywiście, że jechała do rzeźni. Ile wtedy miała? Jakieś sto kilo. Ach, pani pyta o wiek. Sto kilo… Zaraz… To musiało być gdzieś około dziesięciu miesięcy, nie więcej. Teraz waży trzysta pięćdziesiąt. Na początku pojawiło się kilka osób, które chciały ją adoptować. Ale nie zgodziliśmy się. Ktoś, kto ma mieszkanko w bloku, Chrumy trzymać nie może, a ci, co mają gospodarstwa rolne… No cóż, nie wiem, czy rolnicy, którzy chcieli ją zaadoptować, mieli do końca czyste intencje. Patrzyli na nią jakoś tak szczególnie… Nie chciałabym, żeby ktoś tak na mnie patrzył.

Interesowali się głównie tym, ile Chruma waży. Więc została. Teraz już nikt się po nią nie zgłosi, bo dziesięcioletnia świnia do uboju się nie nadaje. Na szczęście. I jest rzeczywiście inteligentna, ale to też charakterek. Nie wszystkich akceptuje. Jedyną osobą, której zawsze słucha, jest jej opiekun. Co do innych, to różnie bywa. Najpierw jest miła, nadstawia łeb do czochrania, a za chwilę… Już tu nieraz widziałam fotoreportera, który się ratował ucieczką i wskakiwał przed Chrumą na murek, bo ona jeszcze do niedawna chodziła na wolności.

Poza tym ciągle przybierała na wadze, po pewnym czasie już było wiadomo, że jak się otrze o samochód, to blacharz będzie potrzebny. O, tu mam urodzinowe zdjęcie Chrumci, obchodzimy jej dziesięciolecie. Tak, oczywiście, że tort jest prawdziwy. Od razu go zjadła. Ledwie zdążyliśmy wyjąć świeczki. Jak długo żyją świnie? Źródła podają, że do dwudziestu lat. Nie wiem jednak, czy ktoś to sprawdza, one przecież raczej wcześnie dokonują żywota.

Jak trafiłam do schroniska?

Tak jak powiedziała ta cytowana przez panią siostra nazaretanka: „po linii charyzmatu”. Najpierw był TOZ – Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami. Byłam wolontariuszką. Czy od dawna? – dyrektorka uśmiecha się. – Od dziecka. Nie miałam rodzeństwa. Strasznie zazdrościłam koleżankom i kolegom, że u nich w domu tak gwarno, wesoło. A u nas cicho. Moja mama była bardzo spokojna i ja też. Więc strasznie cicho. Może to jakoś wpłynęło na to, że zajęłam się zwierzętami. Ciągle mi się wydaje, że pani widzi mnie w trochę nieprawdziwym świetle. A to jest bardzo konkretna praca i stawia przed człowiekiem konkretne wyzwania. Wszystko jest proste, kiedy walczymy z ludźmi, którzy znęcają się nad zwierzętami. To jest nasze powołanie, mogę nawet powiedzieć „misja”. Mamy 40 boksów i 460 psów, więc proza życia jest taka, że trzeba je umieścić, opatrzyć, postarać się znaleźć im dom. Czasami dłużej o któregoś powalczyć. Ciągle je inaczej lokować, żeby się nie gryzły.

To jest Udko. Ma amputowaną tylną nogę, ale i bez nogi, jak trzeba, potrafi tu kogoś pogonić. O, a ten to Dziadek, jest całkowicie niewidomy, na początku ciągle się obijał: o ławkę albo o murek, ale teraz nauczył się chodzić bardzo wolniutko. I też stuknie nosem w przeszkodę, ale bardzo delikatnie. Radzi sobie.

To naprawdę nic takiego

W poczekalni przed gabinetem weterynarza tłok. Jeden kot jest badany, drugi czeka w kolejce. Dwie suczki do sterylizacji. Jacyś państwo przyszli po pieska. Wśród siedzących w poczekalni ludzi i psów kręci się na swoim wózku inwalidzkim Nóżkin, biega w tę i z powrotem, podchodzi do ludzi, warczy na psy, wszędzie go pełno.

– Disel – woła Nóżkina jeden z pracowników schroniska – ja wiem, co ty chcesz zrobić. Zaraz znowu kogoś dziabniesz w nogę. Zostaw nóżki tej pani, bo jak się dalej tak będziesz rzucał, to ci odbiorą wreszcie dowód rejestracyjny. Co wtedy zrobisz?

Nóżkin podnosi do góry biały łepek i uważnie słucha. Najwyraźniej rozumie, że on, Nóżkin, jako dziesięcioletni rezydent placówki i ktoś absolutnie wyjątkowy, na kogo wszyscy zwracają uwagę, musi być dwojga imion: Nóżkin-Disel i wcale go to nie dziwi. Wymija atrakcyjne nóżki nieznajomej, patrząc w drugą stronę, żeby łatwiej było pokonać pokusę, i przednimi łapkami przekracza próg biura. Pracownik chwyta za poręcz wózeczka, unosząc kółka nad progiem, i reszta Nóżkina wjeżdża do środka. Chwilę później podobny manewr wykonuje dyrektorka schroniska, kiedy wózek inwalidzki nie może pokonać zrolowanego koca. Nóżkin wjeżdża na miękkie podłoże i starannie obwąchuje kocyk. Za chwilę precyzyjny manewr zakrętu i Nóżkin decyduje się wyjść na dwór. Pani Zofia znowu wstaje od biurka, podchodzi bez słowa i pomaga mu (który to już raz dzisiaj?) przekroczyć próg.

– No przecież – mówi, widząc mój wzrok – to naprawdę nic takiego.

Autor: Violetta Nowakowska