Czy pies może mieć chore… wszystko? Przypadek Azora pokazuje, że tak


Gdy właściciel i Azor weszli do gabinetu, szybko się okazało, że będziemy musieli dobrze się poznać. Co dolegało Azorowi? Wydawało się, że wszystko i nie było wiadomo, od czego zacząć stawianie diagnozy...

Pewnego dnia do gabinetu przyszedł starszy pan ze swoim sznaucerem. Pies oddawał krwisty mocz. Niestety, jak przystało na sznaucera, nie był zbyt ugodowy. Powiem więcej – okazało się, że w domu potrafi nawet wyszczerzyć zęby na właścicieli. Sam opiekun nieco się swego psa obawiał. W związku z tym badanie tego pacjenta nastręczało wielu trudności.

Azor, co ci dolega?

Właściciel przyszedł z poleceniem od żony, aby zrobić Azorowi wszelkie potrzebne badania. Pełna obaw, ale zdeterminowana przystąpiłam do badania psa. W kondycji był bardzo dobrej! Jednak okrągły brzuszek nie wyglądał na przekarmiony, a raczej zmieniony chorobowo.

To, co zaniepokoiło opiekunów, to krwisty mocz. Pojawia się on jako jeden z objawów babeszjozy. Ponieważ jednak nie było innych symptomów tej choroby, opcję odkleszczówki – z dużą dozą prawdopodobieństwa – odrzuciłam. Mimo to pobraliśmy krew do badań, aby się upewnić, czy na pewno pies nie ma babeszjozy albo wykryć coś innego.

Może RTG pomoże

Postanowiliśmy wykonać badanie RTG jamy brzusznej. Wszystko po to, by wykluczyć kamienie w pęcherzu moczowym, które mogłyby powodować krwiomocz. W prześwietleniu nie było cech wskazujących na kamienie, ale w pęcherzu coś niepokojącego zaobserwowaliśmy…

Następnego dnia był u nas specjalista od ultrasonografii. Azor został do niego zapisany. Poprosiłam również opiekunów o przyniesienie moczu psa do analizy. W wynikach badania krwi, które dotarły do mnie późnym wieczorem, stwierdzono wysoki poziom jednego z enzymów wątrobowych. Enzym ten podwyższa się przy zwyrodnieniu stawów, uszkodzeniu kości albo w chorobie Cushinga. Dodatkowo wyszła anemia. Skąd anemia? Problemy zaczęły się niepokojąco mnożyć.

To był dopiero pierwszy dzień zetknięcia z tym psem, a już okazało się, że mój pacjent ma mnóstwo problemów. Nie miałam jeszcze wyników wszystkich badań, ale już zaczynałam się zastanawiać, jak ugryźć temat i od czego zacząć leczenie.

Czy to na pewno mocz?

Gdy następnego dnia Azor pojawił się w przychodni, a w ręce właścicielki zobaczyłam pojemniczek na mocz, byłam zaskoczona. W pojemniczku była gęsta, czerwona ciecz. Mocz, nawet jak pochodzi z objętego stanem zapalnym pęcherza, nawet jeśli są w nim liczne czerwone krwinki, jest konsystencji wody! To, co przyniosła pani Azora, w ogóle nie było podobne do moczu.

Przyszedł czas na USG wykonane przez specjalizującego się w tym lekarza. Okazało się, że pies ma stłuszczałą i powiększoną wątrobę. To mogłoby tłumaczyć powiększony obrys brzucha Azora. Właścicielka zarzekała się jednak, że pies wcale nie je tłustych potraw. Ponadto, podobnie jak na prześwietleniu, było widać coś dziwnego w pęcherzu moczowym.

Jak to wyglądało? Ta nieregularna masa nie wskazywała ani na polipa, ani na guza, bo nie była związana ze ścianą pęcherza. Nie była też unaczyniona, więc – kolokwialnie rzecz ujmując – nie była „żywa”. Biorąc pod uwagę krwisty mocz, najbardziej prawdopodobny był skrzep. Tylko skąd skrzep w pęcherzu? Pierwszy raz coś takiego widziałam! Ale trzeba było działać. Pies dostał leki na zapalenie pęcherza, rozpuszczające skrzepy, a także środki przeciwzapalne, bo nie czuł się dobrze.

Jak wyjaśnić tyle objawów?

Badania trwały, a ja powoli zaczynałam widzieć światełko w tunelu. Aby wyjaśnić powiększony obrys brzucha, stłuszczenie wątroby, ogólne osłabienie i podwyższony poziom AP we krwi, zaproponowałam właścicielom pogłębienie diagnostyki w kierunku zespołu Cushinga. Jest to dość kosztowne i kłopotliwe badanie, ale czułam, że w tym wypadku warto je wykonać.

Kosztuje około 200 zł i polega na tym, że trzeba trzy razy, w określonych odstępach czasu, pobrać krew. Pobranie wykonuje się równo co 4 godziny. Aby więc wykonać badanie, właściciel musi zarezerwować sobie aż 8 godzin. W tym wypadku nie było to przeszkodą – pani Azora od razu umówiła się na następny dzień. Bardzo chciała psu pomóc.

Diagnoza

Po wykonaniu pobrań, gdy wyniki spłynęły na maila, z drżącym sercem otwierałam plik. Nie wiedziałam, jak dalej iść z leczeniem, jeśli okazałoby się, że to nie Cushing. Otworzyłam wyniki, a tu… zespół Cushinga! Wreszcie mieliśmy diagnozę i plan, jak skutecznie pomóc Azorowi. Uradowana zadzwoniłam do właścicieli Azora.

Tak naprawdę ta radość była pełna sprzeczności. Cieszyłam się tylko z tego, że wiemy, co psu jest i możemy zakończyć poszukiwania, a zacząć działać. Ale zespół/syndrom Cushinga to bardzo poważna, nieuleczalna choroba skracająca życie psa. Polega na nadmiernym wydzielaniu przez organizm naturalnego sterydu – kortyzolu. Bez kortyzolu organizm nie będzie funkcjonował. Ale jego nadmiar jest bardzo szkodliwy.

Dodatkowy kłopot to fakt, że na rynku weterynaryjnym jest dostępny tylko jeden preparat umożliwiający kontrolowanie choroby. Jak na monopol przystało, cena leku jest wysoka. Miesięczny koszt leczenia psa o wadze około 15 kg wynosi 250 zł. Jednak to tylko cena leku, a do tego dochodzą kontrolne badania krwi i inne leki na choroby towarzyszące.

Życie z chorobą

Właściciele Azora od początku stosowali się do każdego mojego zalecenia. Kolejne badania moczu wykonywali co kilka dni. Dzięki lekom, mocz z dnia na dzień był coraz mniej krwisty i już nie tak gęsty. W pewnym momencie dostałam próbkę całkowicie żółtą! Jak wielkie było moje zdziwienie, gdy to zobaczyłam. Analiza wykazała, że to mocz ze zdrowego pęcherza. Nareszcie!

W trakcie leczenia kilka razy odbyła się także kontrola ultrasonograficzna skrzepu z pęcherza. Badania wykonywaliśmy mniej więcej co tydzień. Przy każdym przyłożeniu sondy skrzep był mniejszy, aż całkowicie zniknął. Odczułam wtedy wielką ulgę – wcześniej bardzo się bałam, że jak się nie rozpuści, będzie trzeba wykonać cystotomię, czyli nacięcie pęcherza moczowego celem ewakuacji skrzepu.

Leczenie Azora nadal jest skomplikowane, meczące i kosztowne. Niestety, takie już pozostanie. Ale dla mnie największą radością były słowa właścicielki, gdy powiedziała, że jest mi bardzo wdzięczna, bo jej pies znów jest szczęśliwy. Przed diagnozą i wdrożeniem leczenia był smutny i zachowywał się jak znacznie starszy czworonóg. Teraz znów jest sobą i opiekunom wydaje się, że odjęło mu parę lat. Dla takich właśnie momentów kocham ten zawód, bo daje ogromną satysfakcję.