Czy starego psa warto jeszcze leczyć?

fot. Shutterstock

Jeden właściciel dba o swojego psa wręcz nadmiernie, a inny... Zapomina o pupilu tak długo, aż w końcu trudno mu już pomóc. Skąd się biorą takie różnice w podejściu?

– Dzień dobry, dzwonię z taką sprawą. Pies mojej mamy ma 17 lat, już stary jest. Taki w typie owczarka niemieckiego. Chciałabym go uśpić, bo on już taki wiekowy. Od około pół roku ma problemy z chodzeniem, z tydzień już nie je, a od 3 dni w ogóle nie wstaje i leży w swojej krwi i innych wydalinach. Myłam go, ale nie da się za bardzo.
– A był jakoś leczony?
– Ja tam nie wiem dokładnie. To pies mamy… Ale chyba nie! Stary jest po prostu.

To tylko jeden z licznych telefonów „zatroskanych” klientów. Czy empatia to przeżytek? Ludzie już jej nie mają? Słowo tylko ze słownika?

Tak jest wszędzie…

Podobną historię, i to tego samego dnia, opowiedziała mi koleżanka z sąsiedniej lecznicy. Zadzwoniła do niej właścicielka wiekowego labradora. Miała ona leczyć psa w przychodni, w której pracuję. Okazało się, że była u nas, ale rok temu!

Na co pies był leczony? Na „niechodzenie”. Jak? Dostawał ten rok temu „jakieś” tabletki, było lepiej, ale ponieważ właściciele nie chcieli psa męczyć, to przestali je stosować i się pogorszyło. Dziwne… Po roku przypomnieli sobie o sprawie, jak już pies w ogóle nie wstawał i postanowili go uśpić.

Gdzie tu logika?!

W moim odczuciu męczeniem jest nieleczenie pupila! Podchodzi to nawet pod Ustawę o ochronie zwierząt. Ja jako lekarz nie mogę zmusić właściciela do leczenia jego zwierzaka. Mogę za to znęcanie się nad nim zgłosić odpowiednim służbom. Znęcanie to także niezapewnienie pupilowi odpowiedniej opieki. Włącznie z pozostawieniem zwierzaka w warunkach sprzecznych z zapewnieniem dobrostanu. Brzmi górnolotnie, ale znaczy niewiele więcej, jak zapewnienie komfortu cieplnego, schronienia, dostępu do jedzenia i wody, ale także opieki w chorobie!

Niestety mam wrażenie, że ludzie coraz mniej o tym myślą. Pies to tylko pies. Stary? No to uśpijmy, po co go męczyć leczeniem. Tyle zastrzyków! To trzeba aż tak dużo? Przecież go to boli! To tylko niektóre z komentarzy wygłaszanych przez tych mniej wrażliwych właścicieli. Jeśli, dajmy na to, 12-letni labrador kuleje, to nie jest dla niego wyrok. Wymioty? To też się leczy!

Oczywiście są schorzenia, przy których komfort życia psa jest tak niski, że pozostaje jedynie ulżyć psu w cierpieniach, ale na pewno nie jest to pierwsza rzecz, o której powinien pomyśleć opiekun starego psa. I na pewno nie powinien dopuścić do takich sytuacji, jak te dwie opisane na początku.

Westa boli ucho? Tak ma od zawsze

Nie dalej jak wczoraj u znajomej groomerki był west. Podczas strzyżenia wyszło na jaw, że skóra psa jest zaczerwieniona, początki stanu zapalnego. Większym problemem okazało się jednak psie ucho. Cała małżowina czerwona, ciemna wydzielina w kanale słuchowym. Psiak z bólu kładł ucho i nie mógł nim ruszać.

Fryzjerka postanowiła zwrócić właścicielowi uwagę na ten fakt. Co usłyszała? On ma tak od zawsze, trochę się drapie. Nie, nie ma sensu tego leczyć, i tak wróci.

Mnie, jako człowiekowi, to się w głowie nie mieści! Stary, młody, brzydki, krzywy – każdemu należy się leczenie i dbanie o niego!

Happy end

Ku pokrzepieniu serc ostatnia historia. W tym wypadku też był to wiekowy labrador (ostatnio kilka się ich trafiło).

W sobotni wieczór do gabinetu wszedł niewielki pan. Na rękach wniósł starutkiego, posiwiałego psiaka. Pierwsza moja myśl – pewnie przyszedł go uśpić. I tu było pierwsze zaskoczenie, bo wcale nie. Pies nie wstawał od kilku dni, miał już zaniki mięśni. Pan wyraził zgodę na wszystkie zalecone badania.

Po leczeniu stan psa się poprawił, labrador zaczął chodzić, chętnie jadł. Niestety stan jego stawów i kości był adekwatny do wieku (15 lat) i masy ciała (duży pies). Właściciele zdecydowali się na zakup uprzęży, w której będą pomagali pupilowi spacerować. Można?

Subscribe
Powiadom o
guest
1 Komentarz
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments
Katarzyna
Katarzyna
1 miesiąc temu

Weterynarze też różni bywają. Ja osobiście mam wiedze z anatomii i fizjologii zwierząt (no cóż takie studia). Pies ma 17 lat i stoję przed dylematem – uśpić czy walczyć. Ostatnie pół roku psu się bardzo pogorszyło – nazywa się to starość. Demencja, zaćma, kamień nazębny, silne zwyrodnienie stawów biodrowych, ale była pandemia, tylko pilne przypadki, a przecież wszystko może poczekać. Pies spory. O ile pekińczyka można znieść z 3 piętra, tak 40 kg psisko już ciezej, zwłaszcza osobie, która tyle waży. Przez demencje i utratę wzroku bywa agresywny, lękliwy, nawet do RTG czy USG narkoza. Druga sprawa, to koszt. Koszty leczenia horendalnie wysokie. Ludzi nie stać. I nie tyczy się to tylko zwierząt, ale i ludzi. Czy człowiekowi zarzuca się, ze go nie stać na specjalistyczną terapię za kilka mln dla dziecka? No nie. Czasem zostaje sie tylko pogodzić ze śmiercią jakkolwiek brutalnie to brzmi. Byliśmy razem na dobre i złe. To pies myśliwski, jeszcze rok temu 10 km spacer szedł bez problemu, teraz 1-2 km robi spory problem. Słabo słyszy, słabo widzi, co irytuje go. Powoli traci i węch. Wet zaskoczony, że tyle żyje, bo średnia wieku to 10-11 lat, ale 7 latki w gorszym stanie są. Lekarz sam powiedział, że trzeba powoli myślec o najgorszym. A mimo to wciąż chce się walczyć, bo przyjaciel. Tylko gdzie postawić kreskę – czy brac kredyt na leczenie psa, który miesiąc później odejdzie ze starości albo nie przeżyje operacji? Nie stać mnie na uniwersytecką klinikę we Wrocławiu czy Krakowie, a małomiasteczkowi lekarze są wątpliwej profesji (i ludzccy i zwierzęcy).
Poprzedni pies miał rok. Wydane 12 tys zł na kroplóweczki wzmacniajace i leki. Drugi stwierdził, że glupi bylismy, bo na glejaka tylko eutanazja jak psu się zacznie pogarszać. Wet podał zastrzyk. W przypadku poprzedniego walczylismy do końca, nosiliśmy (beagle, więc lekki) na dwór, 2 msc leżał jak trup w legowisku, karmiliśmy strzykawka. I po uśpieniu miałam wyrzuty sumienia, dlaczego tak późno. A dziś zastanawiam się czy nie za wcześnie. Podobnie było z klaczą. Koszt jej leczenia wyniósł 22 tys zł, z czego niestety po miesiacu klacz zmarła w klinice w Wawie. Nie udało się. Walczone do końca. Kredyt (no cóż rzadko kto ma aż tyle oszędności, bo były też inne wydatki) spłacany ze łzami w oczach, bo raty zostały, a Mazeby nie było już z nami. Powikłania po operacji, serce było zbyt słabe. Nie wiem czy warto, straszne było patrzeć jak oba się męczę, bo dosłownie się męczyły. Ale znów przyszło podjąc najstraszniejszą decyzję. Bo to jest dramat, a nie wygoda właściela. To właściciel słucha skomlenia, to właściciel widzi jak pies drży ze strachu, jak się kuli, to właściciela pies gryzie, bo nie wie co sie dzieje. Nie psa wina i nie czlowieka, ot Bogu się starość nie udała – ni ludzka ni psia.