O niemiłej pani ze schroniska dla zwierząt


Wyobraź sobie, że idziesz do banku. Chcesz załatwić jakąś prostą z pozoru sprawę, ale pracownica w okienku zaczyna tłumaczyć ci, jak będzie wyglądała procedura, ile musisz wypełnić formularzy i że nie uda się tego załatwić w czasie jednej wizyty. Jesteś trochę rozczarowany, trochę zły. Myślisz sobie, że pracownica mogła pójść ci na rękę, ale w głębi duszy wiesz, że musiała przestrzegać reguł i nic na to nie poradzisz.

Albo wyobraź sobie, że zawozisz auto do mechanika. Wydawałoby się, że to drobnostka, ale mechanik zaczyna wymyślać przyczyny usterki, gdybać, kiedy dostanie części, ile będą kosztować i ile potrwa robocizna. Kusi cię, żeby jechać gdzieś indziej, jesteś niezadowolony, ale tak naprawdę wiesz, że nie znasz się na elektromechanice i będziesz musiał zaufać fachowcom.

A teraz wyobraź sobie, że idziesz do schroniska albo dzwonisz do fundacji. Zakochałeś się w bezdomnym zwierzęciu i chcesz dać mu dom. Ale pracownik lub wolontariusz zaczyna odradzać ci tego konkretnego zwierzaka. Mówi ci, że jest agresywny/lękowy/niegotowy na daleką podróż lub potrzebuje innego domu niż ten, który możesz mu dać. Co robisz?

Potwarz

Wybuchasz gniewem. Ktoś zwątpił w twoje kompetencje, ktoś dał ci do zrozumienia, że możesz sobie nie poradzić. Dzwonisz do rodziny, opowiadasz znajomym, komentujesz sprawę w internecie: „Pracownicy schronisk są jacyś dziwni. Chyba im nie zależy, żeby znaleźć domy dla psów. Wszystko by tylko utrudniali, mają wymagania z kosmosu i nie wykazują żadnej chęci współpracy. Wolontariusze to samo. Potracili kontakt z rzeczywistością. Według nich nikt nie jest godny, by adoptować zwierzę. Skandal. Działają na szkodę podopiecznych. Wszyscy bez wyjątku. Przez takich jak oni żaden pies czy kot nigdy nie znajdzie domu!!!”.

Frontem do klienta

Każdy inny specjalista ma prawo poddać w wątpliwość twoją wiedzę i mimo twego sprzeciwu stosować się do przyjętych reguł. Każdy fachowiec może zakwestionować twoją wizję jego pracy i będziesz musiał się z tym pogodzić. Wreszcie każdy pracownik dowolnej instytucji może po prostu mieć zły dzień, być opryskliwy czy antypatyczny i – choć nie będziesz zadowolony – to będziesz miał to za złe temu konkretnemu pracownikowi, a nie wszystkim przedstawicielom jego zawodu.

Chyba że mowa o osobach pracujących z bezdomnymi zwierzętami. Oni zawsze będą ponosić zbiorową odpowiedzialność. Tylko od nich będzie się zawsze z założenia wymagać, by byli sympatyczni i uśmiechnięci. Bo skoro już są tacy empatyczni wobec zwierząt, to tym bardziej powinni być milusińscy dla ludzi. Przecież są pewne priorytety, jakaś hierarchia, nie?

Pani z biura, pan od piesków i kotków

Pracownik schroniska, który wydaje zwierzęta do adopcji, powinien być zawsze serdeczny i uradowany widokiem klienta – potencjalnego dobrodzieja. Bez względu na to, czy rano znalazł w jednym z boksów martwe zwierzę, które w samotności umarło w dziesiątym roku pobytu w schronisku. Bez względu na to, czy przed chwilą odebrał od starszej, zapłakanej pani zwłoki jej czworonożnego towarzysza samotności i musiał zapakować je w foliowy worek, czarny jak rozpacz człowieka, który zostaje zupełnie sam na świecie. Pracownik schroniska powinien być zawsze życzliwy, nawet jeśli przed chwilą ktoś udawał, że oddaje do schroniska znajdę, podczas gdy nie ma żadnych wątpliwości, że pozbywał się swojego własnego, wpatrzonego w siebie i zdezorientowanego psa.

Służba (zdrowia)

A schroniskowy weterynarz? Ten, który przekazuje informacje o stanie zdrowia i kalendarzu szczepień? Też mógłby być przyjemniejszy. Ale… Może uśpił dziś kota, który trafił z wypadku w stanie agonalnym. Może amputował ogon psu, który się samookaleczał, z nieszczęścia i z frustracji odgryzając sobie po kawałku ten psi barometr radości. Może przyjął poród kolejnego miotu zwierząt, których nikt nie chciał i pewnie nie zechce. Może pogryzło go dziś zwierzę szalejące z bólu, może w zeszłym tygodniu przyniósł do domu bakterie, od których chorują teraz jego prywatne zwierzęta, może nie jest w stanie zająć się wszystkimi podopiecznymi tak dokładnie, jak by chciał, bo nie starcza mu doby, mimo że już od dawna nie pilnuje swojego czasu pracy.

Ale mimo wszystko, gdzie jego powołanie? Jak mu się nie podoba w schronisku, to dlaczego nie zmieni pracy, zamiast zatruwać życie dobrodusznym adoptującym? Powinien być milszy. Choć tyle powinien zrobić. Nie ma powodu, by ci ludzie siedzieli tam za karę, jest dużo pracy, każdy znajdzie coś dla siebie.

Społecznik-ideowiec

To samo się tyczy wolontariusza. Wszystko pięknie, ładnie, doceniamy jego prywatny czas poświęcany zwierzętom, ale on chyba także powinien docenić naszą chęć adoptowania któregoś z tych nieszczęśników? Nikt mu nie odbiera tego, że coś tam wie o psach, z którymi pracuje, ale umówmy się: to adopcja psa, a nie trepanacja czaszki. To nie może być aż tak skomplikowane…

Może i wyciągnął tego psa z całkowitej zapaści. Psa, który był tak zmaltretowany i złamany, że postanowił umrzeć. Może karmił go ręką, gdy pies odmawiał jedzenia, a może wraz z pracownikami przez wiele miesięcy musiał rzucać mu jedzenie przez kraty, bo pies był skrajnie agresywny ze strachu. Może przyjeżdżał do schroniska w świątek, piątek i niedzielę, by pokazać temu psu, że opłaca się na nowo zaufać, że nie każdy człowiek zawodzi. Może zaniedbywał swoją rodzinę i nadwyrężał budżet, finansując przysmaki treningowe, dzięki którym – mówiąc górnolotnie – mógł uczyć psa, że warto współpracować z człowiekiem, a mówiąc nieco przyziemniej – mógł oswoić go z kagańcem, z wizytami u weterynarza, nauczyć go podstawowych zachowań, które pomogą mu na powrót odnaleźć się w psio-ludzkim społeczeństwie.

Może i jakoś tam opiekował się wolontariusz tym psem przez wszystkie lata pobytu w schronisku, ale to nie jest jego prywatny pies! Więc co on taki ostrożny, ten wolontariusz, co on taki nieufny?! Nie uda się, to się nie uda, adopcję można rozwiązać, co mu do tego?

Praca w ołpenspejsie

Więc siedzą tam ci frustraci, za minimalne pensje albo bez pensji. Bez ekspresów do kawy, kart na siłownię i owocowych czwartków. W upale i w mrozie, w hałasie, który przekracza dopuszczalne normy, w smrodzie sprzątanych boksów, gryzieni przez psy i drapani przez koty, łapiący bezpańskie zwierzęta, odbierający interwencyjnie ofiary ludzkiego bestialstwa. Bez coachingu i mentoringu. Bez szkoleń z radzenia sobie ze stresem, bez spotkań terapeutycznych, w czasie których mogliby wyrzucić z siebie wściekłość. Z pracą zmianową, z wolontariatem we wszystkie weekendy i święta.

Są świadkami powrotów psów z nieudanych adopcji, świadomymi tego, jak cholernie trudno o ponowną adopcję zwierzęcia, które ma łatkę „trudnego”. Są świadkami ponownego zapadania w letarg zwierząt, które zostały porzucone o jeden raz za dużo. Świadkami śmierci zwierząt, które nigdy nie zaznały prawdziwego życia z człowiekiem. I na swoje nieszczęście kochają tę niewdzięczną pracę ponad wszystko.

Odprowadzają zwierzęta za Tęczowy Most, trzymając ich łapy, mówiąc im do ucha, że mimo wszystko były kochane, że miały swoje miejsce w sercach ludzi, że były wspaniałe, dzielne i wyjątkowe. Że nigdy nie zostaną zapomniane. Miały swoje imiona i swoje własne schroniskowe życiorysy, swoje ulubione miejsca do drapania i te, których nie wolno było dotykać, swoje małe i wielkie sukcesy, swoje zwyczaje i swoje ograniczenia, które były znane i szanowane.

Nieznośna ciężkość bytu

Pracownicy schronisk wspólnie świętują udane adopcje zwierząt, które latami czekały na swoją szansę. I za każdym razem czują tę dziwaczną mieszankę radości, wzruszenia i absolutnego przeświadczenia, że będą okropnie tęsknić za każdym z tych adoptowanych szczęśliwców. Weterynarze wspierają się w chwilach zwątpienia, gdy terapia nie przynosi efektów, konsultują się ze sobą i wzajemnie opatrują swoje skaleczenia, te fizyczne i te duchowe, bo ich praca nierozerwalnie wiąże się z odnoszeniem obu rodzajów ran. Wolontariusze wspólnie obmyślają strategię pracy z „trudnymi przypadkami”, poklepują się po ramieniu, gdy nie od razu widać jej rezultaty, zastępują się w opiece podczas urlopów i nieobecności tak, by nie odczuło jej żadne zwierzę i wzajemnie wycierają łzy bezsilności, która powraca z każdym nowo przybyłym skrzywdzonym podopiecznym.

A potem wszyscy wracają do swoich domów, do swoich prywatnych zwierzyńców, do istot, które wygrały los na loterii. Karmią je, bawią się z nimi i przytulają, patrzą jak zasypiają bezpieczne i zaopiekowane. I myślą o reszcie swoich zwierząt – tych ze schroniska, które dziś zasną w metalowej klatce lub zimnym boksie. Czy zjadły wieczorny posiłek? Czy będą mądre i spędzą noc w budzie? Czy w przypływie wieczornej głupawki nie wyciągnęły z niej przypadkiem koca, który leży teraz na zewnątrz – mokry i zmrożony? Czy słoma jest równo wymoszczona w budzie i będzie stanowić ochronę przed zimnem?

I choć cholernie trudno jest czasem nie zwątpić w dobre intencje ludzi – właśnie tego będą jutro od nowa uczyć swoich schroniskowych podopiecznych. Nawet tych bez szans. Tych, którzy od lat, mimo pracy, kiepsko prezentują się przez kraty i nie potrafią tej sztuczki ze zmartwionymi oczami. Ludzie opiekujący się bezdomnymi zwierzętami naprawdę chcą dla nich dobrze. Zaufajcie im, skoro zwierzęta ufają.

zdjęcie główne: https://www.facebook.com/dzikafota/