Czy ten pies kiedyś kogoś ugryzł?

Niewielka część naszych pacjentów chętnie przychodzi w odwiedziny (niezależnie od tego, czy musimy psa szczepić, leczyć czy kłuć). Są to zwierzaki, które na przykład lubią nowe, głaszczące ręce albo prezent w postaci smakołyka. Wtedy, badając psa, można pozwolić sobie na dużo więcej niż u zalęknionego, kłapiącego na wszystkie strony zębami psiaka.

O ile zwierzę jest małe, to raczej dużej krzywdy nie zrobi. Ryzyko rośnie wraz z wielkością psa i spadającą zdolnością oceny możliwości psa przez właściciela. Najgorsza sytuacja występuje wtedy, gdy opiekun zwierzaka zwyczajnie ukrywa przed nami temperament pacjenta.

U weterynarza

Psy z natury nie lubią dotykania łap, zaglądania im pod brzuch czy do uszu. A czasem jest to zupełnie niezbędne do ustalenia, co dolega zwierzakowi. My, jako właściciele, powinniśmy przyzwyczajać naszych podopiecznych do zabiegów pielęgnacyjno-lekarskich już od najmłodszych lat.

Są tacy, co uważają, że weterynarz sam powinien zadbać o swoje bezpieczeństwo i najlepiej sam obsłużyć pacjenta, jednocześnie trzymając go i pobierając krew oraz dając zastrzyki.

Personel pomocniczy?

Niestety na razie w niewielu przychodniach weterynaryjnych w Polsce mamy personel pomocniczy. Zazwyczaj niezbędny jest właściciel lub opiekun psa.

Pamiętam jeszcze ze studiów, jak zwracano nam uwagę na zasadę ograniczonego zaufania. Nawet najspokojniejsze i najlepiej ułożone zwierzę w sytuacji zagrożenia czy bólu (który może zostać wywołany zastrzykiem) może stać się agresywne. Jest to dość oczywiste – gdy zwierzę nie może uciekać, to w jego naturze jest się bronić.

Kto jest najgroźniejszy?

Osobiście najmniejszym zaufaniem obdarzam owczarki niemieckie. Nie dlatego, że ich nie lubię, ale dlatego, że zwykle właściciele psów tej rasy (przynajmniej ci, co do mnie przychodzą), trzymają psy na podwórku. Niestety nie są one wyspacerowane, za to mają za zadanie bronić obejścia i właściciela. Nie zapominają o tym również w gabinecie.

Dwa razy zdarzyło mi się bliskie spotkanie z zębami owczarka. Raz próbował ich użyć na mnie po tym, jak zrobiłam zastrzyk, a właściciel uprzednio zapewnił, że jego pies nigdy nikogo nie ugryzł i jest bardzo grzecznym psem. Drugi raz był wtedy, gdy pies przyjmowany przez koleżankę siedział grzecznie na podłodze, a ja tylko przeszłam obok, idąc do drugiego gabinetu. Złapał mnie wtedy za spodnie. Agresji w tym nie było. Może nie spodobało mu się, że za blisko przeszłam, nie wiem. Oba przypadki skończyły się dobrze, wszyscy cali.

Od tej pory ZAWSZE pytam, czy dany pies może gryźć, jak poczuje się zagrożony. Najczęściej oczywiście słyszę zapewnienia, że jest grzeczny i nigdy nikogo! Bardzo szanuję właścicieli, którzy przyznają, że nie wiedzą, albo od razu mówią, iż ich zwierzę może ugryźć.

Jak pobieram krew, zakładam wenflon czy zdejmuję opatrunek, nie ma możliwości asekurować się czy trzymać psa i być bezpiecznym. To spoczywa na właścicielu i jego prawidłowej ocenie sytuacji.

Taka przygoda spotkała mnie ostatnio…

Przyszłam na dyżur, w szpitalu leży po zabiegu tosa, 60 kg żywej wagi. Śpi smacznie po znieczuleniu. Premedykowany przy panu właścicielu pies był zupełnie grzeczny, dlatego też wybudzał się bez kagańca.

Kiedy działanie leków osłabło na tyle, że podniósł głowę, zaczął ujadać i kłapać na lekarza, który był w pobliżu. Nic się na szczęście nie wydarzyło. Ale nasza czujność wtedy wzrosła. Pies został bezpiecznie przeprowadzony w miejsce, gdzie nikt koło niego nie chodził i gdzie spokojnie czekał na odbiór przez właścicieli.

Kiedy pojawiła się właścicielka, zagadałam, że to dobrze, że już przyszła, bo jej pupil chciał nas „zjeść”. Jej reakcja była pełna zaskoczenia: „To niemożliwe! Chyba tylko zalizać, przecież on jest taki spokojny!”.

Może to reakcja na leki? 

Ponieważ to była moja pierwsza styczność z tym pacjentem, pomyślałam, że właścicielka zna go najlepiej. Być może po lekach anestetycznych percepcja zwierzaka nieco się zmieniła i to był przypadek, że tak na nas zareagował. Dodatkowo zmyliło mnie to, że na widok opiekunki pies złagodniał, merdał ogonem i bardzo chciał już wyjść z przychodni.

Została tylko jedna rzecz do zrobienia

W łapie tkwił wenflon, który należało zabezpieczyć, aby doczekał do dnia następnego. Był potrzebny do kontroli pooperacyjnej.

Uspokojona, że pies łagodny, poprosiłam o przytrzymanie go, aby się nie wiercił i podeszłam. Zanim dotknęłam łapy, usłyszałam gardłowy pomruk i szczek wściekłego psa tuż przy moim uchu. Organizm czasem działa niezależnie od umysłu, wiedząc, co dla nas najlepsze. Odsunęłam się asekuracyjnie.

Właścicielka (i chwała jej za to) przytrzymała psa na tyle mocno za obrożę, że nie zrobił mi krzywdy. Kolega weterynarz, który na zapleczu w spokoju konsumował obiad, nagle pojawił się w gabinecie w pełnej gotowości, aby mnie ratować.

Właścicielka, równie zaskoczona jak ja, powiedziała tylko, tłumacząc się: „Ale utrzymałam go!”.